Do rozmów z indyjską stroną dojdzie w ciągu miesiąca. – Będą dotyczyć cen, terminów dostaw oraz tzw. indianizacji, czyli ulokowania części produkcji wozów w Indiach – potwierdza DGP Krzysztof Krystowski, szef Bumaru. Nie zdradza dalszych szczegółów.

Kontrakt na dostawę 204 wozów WZT-3 ma wartość 275 mln dol. Jest to największe zlecenie dla polskiego przemysłu zbrojeniowego i jeden z największych polskich kontraktów eksportowych w ostatnich latach. Głównym przeznaczeniem wozu tego typu jest obsługa techniczna czołgów uczestniczących w działaniach bojowych. Może być wykorzystany do każdego rodzaju specjalistycznych prac technicznych i ratowniczych, w tym chemicznych i przeciwpożarowych.

Według zapisów kontraktu już w lutym do Indii miało popłynąć osiem pojazdów. Tak się nie stało, choć jak zapewniały władze Bumaru, wozy były gotowe do wysłania. Strona indyjska zakwestionowała wtedy jakość wyrobów. Tamtejsze przepisy nakazują, by tego typu produkty składały się z nowych części. Tymczasem w wozach, które przygotowali Polacy, były używane już wcześniej elementy. Zgrzyt był jeszcze większy, gdy wyszło na jaw, że kolejne szykowane dla Indii pojazdy mogą być odkupione od polskiego wojska. Wszystko po to, by wywiązać się z kolejnego warunku, zakładającego dostawę 46 maszyn w styczniu 2013 r.

Nieoficjalnie wiadomo, że w tzw. indianizacji chodzi o to, by ponad 30 proc. elementów wozu powstało w Indiach. Nowy prezes Bumaru chce to zmienić, by polskie zakłady miały więcej pracy. Ale tu z kolei możemy mieć problem z napędem. W wozach miały być montowane silniki produkowane przez ZM PZL-Wola z Warszawy. Problem w tym, że zakład już ich nie produkuje, a do ich wytwarzania w Łabędach dopiero się szykują.

Dlatego eksperci nie mają wątpliwości, że Krystowski bardzo dobrze robi, wybierając się do Indii. – Ten kontrakt wydaje się nie do zrealizowania w tej formie. Albo musi być bardzo poważnie renegocjowany, albo anulowany – ocenia ekspert wojskowy Tomasz Hypki.

Zmiana kontraktu z Indiami – obok rozliczenia kontraktu na czołgi z Malezją – to dwa najważniejsze zadania, jakie stawia sobie nowy prezes Bumaru. Zwłaszcza że ostatnio okazało się, że firma nie radzi sobie aż tak dobrze, jak przez lata utrzymywali poprzednicy Krystowskiego. Sporządzony na jego zlecenie przez Deloitte bilans otwarcia wykazał, że zamiast zysków firma generowała straty. Nowe wyniki to minus 110 mln zł w 2011 r. oraz korekta wyników lat poprzednich o kwotę 277 mln zł w 2010 r., i wcześniej dodatkowo o 243 mln zł. Jedną z przyczyn obniżenia wyników jest skorygowanie wycen niektórych spółek grupy. I tak po zastosowaniu metody skorygowanych aktywów netto okazało się, że producent czołgów z Łabęd jest wart 99 mln zł zamiast 254 mln zł. Dodatkowe kilkadziesiąt mln zł na minusie przyniosła ponowna wycena nieruchomości spółki. Poprzednicy poprawiali bowiem wynik, ujmując w nim wystawione na sprzedaż nieruchomości. Wreszcie, nie zawiązywali rezerw na wypadek kar umownych za niewywiązanie się z kontraktów. To spowodowało pogorszenie wyniku o dodatkowe 150 mln zł.