Unijna perspektywa finansowa zdecyduje o tym, czy w nadchodzących 7 latach Polska nadrobi zapóźnienie cywilizacyjne wobec Europy Zachodniej, a dochód narodowy na mieszkańca zbliży się do 90 proc. średniej Wspólnoty.

73,9 mld euro na politykę spójności i 20 mld euro na dopłaty bezpośrednie dla rolników – taki kompromis jest dla Polski satysfakcjonujący. Problem w tym, ze niewielu jest w stanie go przyjąć. Według premiera Tuska trudno dziś prognozować, czy dwa dni, podczas których będzie obradowała Rada Europejska, wystarczą, aby osiągnąć budżetowe porozumienie.

– My dobrze wiemy, czego chcemy (...) Wyraźnie widać, że płatnicy netto, w tym szczególnie Wielka Brytania, też twardo stawiają na swoim. Co z tego wyjdzie, musimy cierpliwie poczekać – powiedział Tusk.

Polska i 13 innych państw (Bułgaria, Czechy, Estonia, Grecja, Hiszpania, Litwa, Łotwa, Malta, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry), tworzą klub przyjaciół polityki spójności, sprzeciwiając się cieciom w programach spójności. Dzięki nim nowa Europa nadrabia dystans do starej Unii.

Liczby mówią same za siebie. 10 mld euro rocznie funduszy strukturalnych z obecnej perspektywy zapewniło 52 proc. wszystkich inwestycji publicznych w naszym kraju. – To jeden z najlepszych wyników w całej Europie – mówi DGP Anne Marie Huber, rzeczniczka Komisji Europejskiej ds. polityki regionalnej.

Reklama

Inwestycje, obok konsumpcji i eksportu, są głównym motorem wzrostu polskiej gospodarki, dzięki funduszom strukturalnym nasz dochód narodowy rósł średnio o 1 pkt proc. szybciej. Gdyby nie to wsparcie, w 2009 roku i zapewne także w przyszłym roku Polska balansowałaby na skraju kryzysu, a może nawet wpadła w recesje.

Jeszcze bardziej widoczne są efekty unijnego wsparcia w okresie dobrej koniunktury w Europie. W latach 2004– 2008 polska gospodarka rozwijała się średnio w tempie 5,4 proc., prawie dwa razy szybciej niż reszta Unii (2,3 proc.).

Taka pomoc powoduje, że bardzo szybko redukujemy dystans dzielący nas od średniego poziomu rozwoju Unii. W 2004 roku dochód narodowy na mieszkańca wynosił w Polsce zaledwie 51 proc. średniej unijnej PKB. Dziś to już 70 proc. I jeśli kurek z pieniędzmi z Brukseli nie zostanie zakręcony, w 2020 r. poziom rozwoju naszego kraju powinien się zbliżać do 90 proc. przeciętnej UE (podobnie jak Hiszpania). – Bez pomocy Unii taki dystans pokonywalibyśmy dwa razy dłużej – uważa Elżbieta Bieńkowska, minister ds. rozwoju regionalnego.

Z obliczeń Komisji Europejskiej wynika, ze dzięki funduszom strukturalnym powstaje w Polsce 300 tysięcy miejsc pracy rocznie. To także potężny katalizator poprawy konkurencyjności naszych przedsiębiorstw: już teraz wydajność polskiego pracownika osiągnęła 2/3 poziomu w całej Unii. A to oznacza, że gdy w przyszłości Polska przestanie korzystać z pomocy strukturalnej, gospodarka naszego kraju będzie ustawiona na ścieżce wzrostu.

W latach 2004–2006 Polska otrzymała z Brukseli 17 mld euro funduszy strukturalnych, a w latach 2007–2013 – kolejne 68 mld euro. Ale do tego dochodzą środki budżetu państwa na współfinansowanie unijnych projektów, które tylko w obecnej siedmiolatce osiągną 17,4 mld euro.

To oznacza, że pod naciskiem Brukseli zostały przebudowane priorytety także krajowego budżetu: z bieżących dochodów w kierunku inwestycji pomyślanych na lata. Jednym z przykładów są nakłady na badania naukowe i rozwój: od wejścia do Unii ich wielkość wzrosła o przeszło 40 proc., choć nadal jesteśmy pod tym względem w ogonie Europy.