Woś: Z afery wyszła aferka, ale Wulffa i tak nie ma

Rafał Woś, dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Rafał Woś, dziennikarz działu życie gospodarcze świat/Dziennik Gazeta Prawna
Pamiętają państwo Christiana Wulffa? To ten prezydent Niemiec, który nieco ponad rok temu złożył urząd w atmosferze skandalu i oskarżeń o korupcję.

W międzyczasie stracił nie tylko władzę, wszelkie widoki na dalszą publiczną karierę, ale nawet żonę, która nie wytrzymała presji, zabrała dziecko i powiedziała adieu. No a teraz okazuje się, że oskarżenia, które doprowadziły do dymisji Wulffa, są z prawnego punktu widzenia... patykiem na wodzie pisane.

Pisze o tym jeden z najważniejszych niemieckich dziennikarzy śledczych Hans Leyendecker z „Suddeutsche Zeitung”. Chodzi o wyniki śledztwa prowadzonego od lutego 2012 r. przez prokuraturę w Hanowerze. Wulff został przez nią oskarżony o przyjmowanie korzyści majątkowych od lobbystów jeszcze w czasach, gdy był premierem Dolnej Saksonii. Leyendecker ujawnia jednak, że jedyne, czego hanowerska prokuratura może w tej chwili dowieść, to... 400 euro przyjęte przez Wulffa w formie jakiegoś darmowego noclegu hotelowego. Jak na pretekst do dymisji prezydenta zarzuty to dosyć cienkie.

Oczywiście „sprawa Wulffa”, którą na przełomie 2011 i 2012 r. żyły całe Niemcy, była dużo szerszym problemem. Bo zarzutów podnoszonych przez prasę było więcej. Już choćby pożyczka (od tego wszystko się zaczęło), jakiej udzieliła Wulffowi żona pewnego milionera, by polityk mógł kupić dom na przedmieściach Hanoweru i zamieszkać w nim ze swoją drugą żoną Bettiną. Przy okazji tego i innych dziennikarskich śledztw faktycznie wyszło na jaw, że Christian Wulff był jak na polityka trochę zbyt blisko z możnymi tego świata. Trochę zbyt często pozwalał się zapraszać na weekendowe wypady do ich nadmorskich rezydencji albo przyjmował małe prezenciki w postaci biletów lotniczych pierwszej klasy. To stworzyło atmosferę niesmaku, która już Wulffa nie opuściła. I natychmiast pojawiły się głosy, że prezydent, który nie ma w Niemczech żadnej władzy prócz reprezentacyjnej, powinien cechować się jednak większą klasą i wiedzieć, że pewnych rzeczy jako funkcjonariusz publiczny robić nie powinien.

Wszystkie te zarzuty są oczywiście słuszne. Tyle że jedynie na poziomie publicystycznym. Kiedy jednak trzeba je było przełożyć na język paragrafów i konkretnych oskarżeń, to okazało się, że niewiele z tego zostało. Leyendecker twierdzi nawet, że hanowerska prokuratura po prostu się skompromitowała. Prawdopodobnie ktoś chciał się wykazać i dowieść, że nie boi się zaatakować nawet samego prezydenta (w końcu wszyscy są równi wobec prawa). Wyszła z tego odwrotność praktyk znanych z wielu innych krajów, gdzie prokuratura jest wyjątkowo opieszała w formułowaniu oskarżeń wobec osób publicznych. Tu hanowerski urząd faktycznie odstrzelił prezydenta. I to nic na niego nie mając. Szkoda, bo to raczej rola mediów.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś
Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraWoś: Z afery wyszła aferka, ale Wulffa i tak nie ma »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj