W 2009 r. działająca w Mozambiku spółka Chikweti Forests of Niassa otrzymała zgodę od plemienia Licole na założenie plantacji sosny. Rok później firma poszerzyła obszar upraw – tym razem zrobiła to na terenach, których społeczność jej nie przekazała. Skutkiem tego działania był wybuch zamieszek w 2011 r. Uzbrojeni w maczety oraz motyki chłopi zniszczyli 60 tys. sosen. Mozambijska policja w końcu opanowała sytuację, aresztowano 12 liderów plemienia Licole.

Jeden z nich tłumaczył w sądzie, że przez nielegalną ekspansję Chikweti Forests of Niassa stracił poletko, dzięki któremu utrzymywał rodzinę. – Spółka zajęła nasze ziemie i co teraz mamy uprawiać? Nasze pola znajdowały się blisko domów, a teraz musimy chodzić daleko za góry – opowiadał rozgoryczony.

Tę historię opisuje raport „Wpływ zakładania plantacji drzew na prawa człowieka w Mozambiku”, który po polsku wydał Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Ale do podobnych sytuacji – przejmowania wielkich połaci gruntów przez firmy – dochodzi w wielu innych krajach. Potwierdza to opublikowana w tym roku praca naukowców z Uniwersytetu w Wirginii i Politechniki w Mediolanie, który ukazał się w „Proceedings of the National Academy of Sciences”. – W ciągu dekady zjawisko landgrabbingu (zawłaszczania ziemi) radykalnie się zwiększyło. Bezpieczeństwo żywnościowe w krajach zawłaszczających w coraz większym stopniu zależy od rolnictwa opartego na zawłaszczaniu – opowiada Paolo D’Odorico, współautor publikacji.

Z raportu wynika, że landgrabbingiem są już dotknięte 62 państwa. Prawie połowa (47 proc.) zawłaszczanych gruntów znajduje się w Afryce, równo 1/3 w Azji. W Europie najwięcej ziemi straciła Ukraina. Autorzy raportu twierdzą, że w sumie tereny uprawne, które przeszły w ręce obcych inwestorów, to w skali świata od 0,7 do 1,75 proc. wszelkich gruntów tego typu. Mało? To więcej niż trzykrotna powierzchnia Polski. Najbardziej aktywne w pozyskiwaniu nowych możliwości uprawy są Stany Zjednoczone, kraje Bliskiego Wschodu, południowo-wschodniej Azji i Europy.

Papier zniesie wszystko

W opisywanym przypadku Mozambiku historia rozpoczęła się w 1997 r., kiedy to rząd tego kraju wraz z władzami Szwecji podpisały porozumienie o współpracy. W celu ułatwienia inwestycji sektora prywatnego w 2005 r. wspólnie założono Fundację Malonda. Jej celem jest promowanie inwestycji i nowych biznesów w regionie Niasa, a także pomoc w ich wdrażaniu. Jednym z czterech filarów, na których opiera się jej działalność, ma być zapobieganie i rozwiązywanie konfliktów między lokalnymi społecznościami a inwestorami, które mogłyby powstać wskutek działalności tych drugich. Według szwedzkiej Agencji ds. Międzynarodowej Współpracy Rozwojowej SIDA głównym celem kooperacji jest „zmniejszenie skrajnego ubóstwa w prowincji, ale dzięki strategii, która obejmuje prywatne inwestycje skupione na procesie zrównoważonego rozwoju gospodarczego i ludzkiego”. Jedną z sześciu firm, którym fundacja ułatwiła rozpoczęcie działania, jest właśnie Chikweti Forests of Niassa.

Na papierze wszystko wygląda pięknie. Jednak o tym, że przywódca danej społeczności wyznacza teren, który oddaje koncernowi, posługując się określeniami typu „od tego lasu do tej chaty”, a potem podpisuje umowę, której nie potrafi przeczytać (jest niepiśmienny) i której treść może mówić zupełnie co innego, powoduje, że na papierze pojawiają się brzydkie plamy. Złe głosy mogłyby powiedzieć, że koncerny żerują na naiwności rolników, niczym kiedyś biali kupujący od Indian towary za świecidełka.

>>> Czytaj też: Polski podbój Afryki, czyli mrzonki o potędze

Według danych Banku Światowego w latach 2004–2009 2,7 mln ha gruntów w Mozambiku zostało przekazanych inwestorom. 53 proc. tego obszaru oddano podmiotom krajowym, pozostałą część nabyli inwestorzy z zagranicy, którzy jej większość (73 proc.) przeznaczyli na modne ostatnio uprawy leśne. ONZ podaje, że ich obszar na globalnym południu wzrósł z 95 mln ha do 153 mln ha w latach 1990–2012. Wpływ na to ma przede wszystkim polityka dotacji, która podobnie jak w przypadku znanych w Polsce dopłat rolniczych zaburza naturalne procesy rynkowe. „Lasy i plantacje nabrały ponownie znaczenia dzięki dyskusjom toczącym się w związku z Ramową konwencją Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC) na temat mechanizmu redukcji emisji wynikających z wylesiania i degradacji lasów (Reducing Emissions from Deforestation and Forest Degradation – REDD/REDD+). Podstawową ideą jest to, że kraje, którym uda się deforestację ograniczyć, nagradzane są dopłatami. Ponieważ używana przez UNFCCC definicja lasów nie rozróżnia lasów rodzimych od plantacji drzew, zakładanie tych drugich można wykorzystać do osiągnięcia celów programu. Wielu ekspertów obawia się, że może to nawet zachęcić do przekształcenia lasów naturalnych w plantacje. Chociaż negocjacje na temat REDD/REDD+ są nadal w toku, Bank Światowy, ONZ oraz niektóre dwustronne inicjatywy zaczęły już przekazywać pieniądze krajom tropikalnym i subtropikalnym. Po to, by mogły się do programu przygotować”. Tak pisze Philip Seifert z Uniwersytetu w Wirginii.

Ale warto podkreślić, iż nie jest tylko tak, że źli Amerykanie czy Europejczycy zabierają ziemię biednym Afrykanom czy Azjatom. Bardzo często swoi grabią swoich. Na stronie www.globalwitness.org można obejrzeć film pokazujący to zjawisko. I tak według jego twórców np. wietnamskie koncerny produkujące gumę i kauczuk Hoang Anh Gia Lai i Vietnam Rubber Group ruszyły do Kambodży i Laosu. – Nie zgodziliśmy się na cokolwiek, a i tak nasza ziemia została sprzedana, i teraz wszystko jest tu niszczone – mówi jeden z mieszkańców laotańskiej wsi, którego tożsamość jest ukrywana ze względów bezpieczeństwa. Z pól ryżowych, które lokalna społeczność uprawiała od lat (i dzięki temu mogła się wyżywić), mieszkańcy są przepędzani. Nagle okazuje się, że te pola są państwowe.

Jeszcze przed pokazem filmu Global Witness zwróciło się do HAGL o komentarz. Firma potwierdziła, że jej plantacje w Laosie i Kambodży obejmują prawie 47 tys. ha drzew kauczukowych, ale stwierdziła, że nic nie wie na temat konfliktów z miejscową ludnością. Z kolei VRG uznała, że dowody na nieprawidłowości są nieprawdziwe i odmówiła komentowania czegokolwiek w tej sprawie. Co ciekawe, udziały w obu koncernach ma m.in. obecny także na polskim rynku potentat finansowy Deutsche Bank.

Paliwa zamiast jedzenia

– W krajach Południa można zaobserwować prawidłowość, że jeśli ziemia przechodzi w obce ręce, to żywność na lokalnym rynku drożeje. Potem jej cena zaczyna rosnąć w skali globu. Z tym że dla mieszkańców biednych regionów wydatki na żywność stanowią dużo większą część budżetu niż w krajach rozwiniętych, dlatego to, co u nas kończy się zaciskaniem pasa, tam głodowaniem – tłumaczy Dorota Moran z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. – Często ta żywność drożeje z tego powodu, że zaczyna się uprawiać cashcrops, czyli uprawy, na których można dużo i szybko zarobić, jak np. trzcinę cukrową. A trudno się żywić samym cukrem. Bardzo często też wielkie farmy są kupowane z myślą o uprawie roślin na biopaliwa – mówi socjolog.

Tu dobrym przykładem jest Indonezja. Ponieważ olej palmowy jest używany jako jeden z komponentów biopaliw, jego cena na lokalnym rynku wzrosła. Na tyle, że choć jeszcze niedawno był używany praktycznie w każdym domu wyspiarskiego kraju, dziś powoli staje się dobrem luksusowym.

Fakt, że coraz więcej ziemi jest uprawianej po to, by produkować paliwa, a nie żywność, staje się znany. Organizacja Grain.org podaje, że w Brazylii indianie Guarani walczą o przetrwanie, ścierając się z koncernami, które chcą przejąć ich ziemię, by produkować etanol z trzciny cukrowej. Na jej stronie można znaleźć wykaz prawie 300 miejsc, dosłownie od A do Z, czyli od Angoli po Zimbabwe, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat na prawie 17 mln ha zaczęto uprawiać palmy, trzcinę cukrową czy kukurydzę. Jednak zastanawiać mogą szacunki, które mówią, że w porównaniu z rokiem 2008 w 2020 rynek biopaliw będzie mniej więcej dwa razy większy. Innymi słowy – potrzeba będzie jeszcze więcej terenów pod uprawy roślin przetwarzanych na paliwo.

Warto też pamiętać, że duży wpływ na to, że ten rynek rośnie tak szybko, ma m.in. polityka Unii Europejskiej, która przewiduje, że coraz większa część paliw musi mieć domieszkę roślinną. Skutki tego są poważne. Czasem dochodzi do tak paradoksalnych sytuacji, że kraje, w których ludzie głodują, eksportują żywność przetwarzaną później na paliwa. Z kolei jeden z raportów organizacji Human Rights Watch opisuje, jak w Etiopii sprzedano duży obszar żyznej ziemi, z którego wypędzono lokalną społeczność. W efekcie dochodziło nawet do przypadków śmierci głodowej.

>>> Czytaj też: Europa potrzebuje Afryki, by wyjść z kryzysu

Wielkich korporacji nie zatrzymasz

Badania pokazują, że proces landgrabbingu będzie dalej narastał, a wielkie firmy będą kupowały coraz więcej ziemi w coraz większej liczbie krajów. Będzie się to odbywać głównie kosztem najbiedniejszych i najsłabszych, a rządy państw zawłaszczanych takim operacjom raczej będą sprzyjać niż wprowadzać ograniczenia. – Staramy się nagłośnić przypadki, gdzie dochodzi do wypaczeń. A także pokazać przykłady, że można działać inaczej – mówi Dorota Moran.

Jednym z takich miejsc, gdzie rolnicy radzą sobie sami, jest kooperatywa Kuapa Kokoo w Ghanie. Tworzy ją ok. 68 tys. plantatorów, którzy założyli Kuapa Kokoo Ltd. zajmującą się licencjonowanym handlem i sprzedażą kakao. Demokratyczna struktura, która obejmuje całą firmę, gwarantuje utrzymanie silnej pozycji ruchów oddolnych – czytamy w raporcie holenderskiego Transnational Institute. Z dokumentu można się także dowiedzieć, że w 1998 r. Związek rolników Kuapa Kokoo włączył się w joint venture z producentem i dostawcą czekolady z Wielkiej Brytanii. Wspólnie założyli Divine Chocolate. KK ma 45 proc., reszta zaś należy do Twin UK, organizacji brytyjskich rolników, której celem jest rozwijanie łańcuchów dostaw opartych na sprawiedliwym handlu, Oikocredit, dostawcy mikrokredytów oraz organizacji charytatywnych Comic Relief i Christian Aid.

Dzięki pomocy w wysokości 400 tys. funtów z brytyjskiego Departamentu Międzynarodowego Rozwoju (DFID), a także dostępowi do wszystkich sklepów marki Body Shop, Kuapa Kokoo odniosło duży sukces w sprzedaży czekolady własnej marki. W 2007 r. obroty Divine Chocolate wyniosły 19 mln dol. W 2006 r. po zainwestowaniu 750 tys. dolarów z Oikocredit firma rozwinęła się i założyła sieć w USA, w której kooperatywa rolników ma 33 proc. udziałów.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tego przykładu? Optymista powie, że przy pomocy z zewnątrz rolnicy z biedniejszych krajów są w stanie samodzielnie się utrzymywać – wystarczy im po prostu dać wędkę, a nie rybę. Poza tym oznacza to, że nie każdy atrakcyjny teren rolniczy musi od razu być przejęty przez wielkie koncerny, które z reguły się nie martwią monokulturą, która wyjaławia glebę, i tym, że zupełnie zaburzają lokalne zwyczaje i równowagę ekonomiczną (różnica między tym, że żyje się ubogo, a tym, że się głoduje, jest olbrzymia). Z kolei pesymista stwierdzi pewnie, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, że bez hojnych dotacji biznes by się nie udał oraz że bardziej się opłaca uprawa na biopaliwa. No i że prawa rynku są nieubłagane.

Cóż, prawda leży bliżej tej drugiej wizji świata. Warto o tym pamiętać, kupując biodiesla czy kawę ze znakiem fair trade.