Prawie 1,4 mln Polaków pożyczyło w ubiegłym roku poza bankami ponad 2,2 mld zł. To najnowsze dane Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która skupia m.in. kilka pozabankowych firm kredytowych. To prywatne spółki, które pożyczają własne pieniądze (depozytów, z których mogłyby finansować kredyty, nie wolno im zbierać). I nie mają dobrej prasy: lichwiarskie procenty, nieprzejrzystość kosztów, naciąganie naiwnych. Pożyczkobiorcy to na ogół ludzie, którzy z usług zwykłych banków nie mogli lub nie chcieli skorzystać: bo już są zadłużeni, bo mało zarabiają, bo ich kredytowa historia nie jest najlepsza, bo bank piętrzy zwykle formalności albo nie pożycza małych kwot na krótko.

Oba obrazy są fałszywe. Nie istnieje coś takiego jak przeciętna firma pożyczkowa. To bardzo niejednorodny rynek: z jednej strony mnóstwo przedsiębiorstw działających lokalnie, które często psują opinię całej branży, polując na naiwnych, z drugiej kilkunastu graczy o krajowym zasięgu, za którymi stoi międzynarodowy kapitał i którzy próbują walczyć z odium przekręciarzy.

Portretu klienta firmy pożyczkowej też nie da się precyzyjnie naszkicować. Gdyby za wzorzec wziąć profil pożyczającego pieniądze w Vivusie (udziela niskokwotowych, krótkoterminowych pożyczek przez internet), to okazałoby się, że z tej usługi korzystają głównie osoby poniżej 30. roku życia, pracujące na etacie lub prowadzące własną działalność gospodarczą, mieszkające zarówno w małych miejscowości, jak i aglomeracjach. Za to w Providencie (udzielającym pożyczek na dłuższy termin i na wyższe kwoty) klienci to „młodzi mieszkańcy wielkich miast o stosunkowo wysokich zarobkach, którzy szybko chcą zrealizować swoje potrzeby aspiracyjne, jak zakup dóbr trwałych czy wyjazd na wakacje”, ale też np. „osoby o średnich dochodach, z reguły z mniejszych miejscowości, które pożyczają bardzo ostrożnie i w sytuacji wyższej konieczności, takich jak zepsuty samochód czy uregulowanie rachunków”.

>>> Czytaj też: KNF odsłania finanse SKOK-ów: nie jest dobrze

Pułapka chęci posiadania

Reklama

– Nie ma demograficznego szkicu osoby, która ma szczególną skłonność do zadłużania się. Zapożyczają się zarówno ci z dużymi zarobkami, jak i ci z najniższymi. Nie ma to związku z posiadaniem oszczędności. Pożyczki biorą i ci, którzy je mają, i ci nienawykli do oszczędzania. Kobiety i mężczyźni. Mieszkańcy dużych miast i małych miasteczek – mówi Marzena Mazur, psycholog biznesu.

Ale jest jedna cecha, która jest wspólna dla większości potencjalnych dłużników. – Największa grupa to ci, którzy zaciągają pożyczki w celach konsumpcyjnych – tłumaczy psycholog. – Największe skłonności do życia na kredyt ma klasa średnia, albo raczej osoby do niej aspirujące. Ci, którzy pragną lepszego życia, ale nie są w stanie spełnić swoich oczekiwań, np. dochodami z pracy. Próbują przyspieszyć ten proces, myślą: dziś pożyczę, z czasem spłacę – mówi Mazur.

Duża grupa pożyczających to ci, którzy nie potrafią gospodarować własnymi pieniędzmi albo nie mają dostatecznej wiedzy finansowej. – Nie wiedzą, jak działają pożyczki, korzystają z nich, aby zaspokoić bieżącą potrzebę, i w ogóle nie myślą o konsekwencjach – tłumaczy psycholog.

Dopiero na trzecim miejscu są ci, którzy ratują się pożyczkami w potrzebie: gdy brakuje im na opłaty, rachunki, aby zapobiec wykluczeniu społecznemu własnych dzieci, opłacając pożyczonymi pieniędzmi zakup podręczników itd. Mówiąc krótko: pożyczają po to, żeby spiąć własny budżet. I też igrają z ogniem. – Ktoś powie: no dobrze, ale co mam zrobić, jeśli nie mam na zapłatę czynszu? Finansowanie się drogą chwilówką jest fatalnym rozwiązaniem. Najlepiej najpierw próbować dogadać się z wierzycielem – np. rozłożyć dług na raty. Finansowanie bieżących potrzeb chwilówką tylko pogarsza sytuację. Żaden wierzyciel nie zażąda tak wysokich odsetek jak firma pożyczkowa – mówi Dobiesław Tymoczko, wicedyrektor departamentu systemu finansowego w NBP.

Jego zdaniem problemem z nieuczciwymi firmami pożyczkowymi nie jest ryzyko destabilizacji systemu finansowego – ten rynek jest na to zbyt mały. Te ponad 2 mld zł pożyczek to nic w porównaniu z tym, ile jesteśmy winni bankom: niemal 127 mld zł w kredytach konsumpcyjnych. Działalność firm pożyczkowych to raczej problem społeczny związany z dużo większym niż w przypadku bankowego kredytu ryzykiem wpadnięcia w pętlę nadmiernego zadłużenia. Banki są objęte nadzorem, działają według rekomendacji, stosują sito weryfikacji potencjalnych kredytobiorców, bo nadzór wymaga od nich wypełnienia konkretnych norm – np. płynności. Rynku usług pożyczkowych nie tylko nikt nie nadzoruje, ale nawet nie ma rejestru, do którego przedsiębiorcy byliby wpisywani. Mówiąc inaczej: nikt nawet nie wie, ile działa na nim podmiotów, a w kwestii kształtowania oferty panuje pełna dowolność. Jedyny limit – ustawowa dopuszczalna wielkość oprocentowania – stosunkowo łatwo obejść, wpisując do umowy koszty dodatkowe. I tu jest pies pogrzebany: nie wszyscy klienci są w stanie zrozumieć, ile tak naprawdę pożyczka kosztuje. Dobiesław Tymoczko zwraca uwagę, że idąc do firm pożyczkowych, często nie zdają sobie oni sprawy z tego, ile tak naprawdę będą musieli zapłacić, patrzą głównie na wielkość raty. Nie dostrzegają, że jest jeszcze opłata za wizytę w domu, że trzeba wykupić ubezpieczenie.

– Klienci nie biorą pod uwagę różnych kar, które można wpisać w taką umowę. Gdy rzeczywista roczna stopa oprocentowania wynosi ponad 20 proc., to nie mówmy, że taka pożyczka jest pomocą dla kogoś, kto nie jest w stanie zaciągnąć kredytu w banku. Z takiego obciążenia nikt się nie wygrzebie – podkreśla. – Pod szyldem pożyczkodawców działa cała masa firm, które są nastawione tylko na ograbienie ludzi. Dlatego zawsze należy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: czy to, co chcę kupić za pożyczone pieniądze, koniecznie muszę mieć – dodaje.

>>> Czytaj też: Kredyty zagrożone: kiedy na rynku nieruchomości pęka bańka

To nie jest rynek dla każdego

Co na to firmy pożyczkowe? Te największe i najbardziej rozpoznawalne dostrzegają problem. – Niewątpliwie pieniądze można pożyczyć coraz łatwiej i coraz szybciej. I coraz częściej wystarczy do tego jeden SMS. To oczywiście spore ułatwienie dla klientów. Rosnącym zagrożeniem jest jednak to, że w wielu przypadkach firmy chwilówkowe nie weryfikują zdolności kredytowej bądź ograniczają się do powierzchownej weryfikacji – mówi Roman Jamiołkowski, rzecznik firmy Provident. To lider rynku, obsługuje ok. 830 tys. klientów i działa w sposób tradycyjny, czyli przez sieć przedstawicieli, udzielając pożyczek na dłuższy termin. O firmach chwilówkowych – pożyczających małe kwoty na maksymalnie miesiąc – nie ma dobrego zdania. – Trudno mówić o poważnej analizie konsekwencji spontanicznych decyzji po stronie klienta, gdy ten otrzymuje pieniądze na konto już po 15 minutach od złożenia wniosku. Nie jest tajemnicą, że duża część przychodów firm chwilówkowych pochodzi z opłat za zwłokę lub opłaty za opóźnienie płatności. To z kolei z perspektywy klienta oznacza, że biorąc chwilówkę, łatwiej można stracić kontrolę nad domowym budżetem, bo wystarczy nawet nieduże opóźnienie, a pojawią się kolejne nieprzewidziane wydatki – przekonuje Jamiołkowski.

Niektóre firmy chwilówkowe – zwłaszcza te z wypracowanym na innych rynkach standardem działania – próbują chronić klienta przed nim samym, zagęszczając sito weryfikacji. Wchodząca na polski rynek Wonga.com (pożycza przez internet) jako jedyna sprawdza klientów w Biurze Informacji Kredytowej. Efekt: trzy czwarte aplikacji o pożyczkę w tej firmie jest odrzucanych. A przychody z opłat karnych – według szefa Marcina Borowieckiego – są znikome.

Podobnie w konkurencyjnym Vivusie. Około 60 proc. wniosków o pożyczkę firma odrzuca. – Przychody z opłat karnych to u nas też pozycja nieznaczna i nie oczekujemy, że kiedykolwiek będzie miała duże znaczenie w budżecie. Gdyby tak się stało, to oznaczałoby, że założenia biznesowe były błędne. Nasza działalność polega na udzielaniu pożyczek i zarabianiu na nich, a nie na windykacji – mówi Lukas Notopulos, prezes firmy. Ale i on przyznaje, że nadużyć w jego branży jest sporo, a rynek nie powinien być dla wszystkich. – W tak wrażliwym biznesie jak pożyczki z błędów firm ogłaszających się na latarniach muszą tłumaczyć się te działające przejrzyście, inwestujące w budowę wizerunku i relacje z klientami – mówi. Główne grzechy nieuczciwych firm? Notopulos wymienia udzielanie pożyczek osobom wpisanym na listę dłużników, pobieranie wysokich opłat za rozpatrzenie wniosku i nieczytelne przedstawianie kosztów pożyczki.

Bezradni wobec zadłużenia

Kiedy zadłużanie się jest niebezpieczne? Gdy klient sam zakłada sobie pętlę na szyję, próbując nowymi długami spłacić stare. Często wynika to ze zdarzeń losowych, takich jak choroba, które odcinają od dochodów. Ale równie często chce on znów mieć satysfakcję, jaką czuł przy ostatnich zakupach. Czasem działa pod wpływem impulsu: „Na rynku pojawiła się dobra oferta zakupu telewizora, więc muszę z niej skorzystać”. – Zaciąga więc drugi kredyt. Zwykle jest on już na gorszych warunkach, bo zdolność kredytowa jest gorsza. A więc raty są większe, obsługa jest większym obciążeniem. Potem jest trzeci – raty jeszcze większe. A później zaczyna pożyczać, by spłacać stare długi. Taka osoba stopniowo zaczyna zauważać, że traci nad tym kontrolę – mówi Marzena Mazur.

Ważny w tym wszystkim jest dostęp do gotówki. Osoba nadmiernie zadłużona nie ma czego szukać w banku. Ale firma pożyczkowa zazwyczaj nie sprawdza klienta w Biurze Informacji Kredytowej i jest bardziej pobłażliwa dla jego zdolności kredytowej – co ma swoją cenę w postaci kosztu pożyczki. Klient, który zaczyna szukać pieniędzy na spłatę długów, nie zwraca już na to uwagi. – Dostaje proste rozwiązanie na tacy. Ma je w reklamach, radiu, telewizji. Czyta o tym w gazetach. Jedno z haseł reklamowych jednej z firm to „Żyj tak, jak lubisz”. To jest właśnie obietnica odzyskania kontroli przez zaciągnięcie kolejnej pożyczki. Osoby, które rozpaczliwie próbują odzyskać wpływ na życie, rzucają się na takie oferty. Ale to pułapka: kłopoty zamiast zniknąć, stają się coraz większe – opowiada psycholog.

Gdy pętla zadłużenia zaciśnie się wystarczająco mocno, dłużnik może popaść w stan, który psychologowie nazywają wyuczoną bezradnością. Po wielu próbach wyjścia z długów przez zaciąganie kolejnych zobowiązań uczy się tego, że cokolwiek zrobi, efekt będzie taki sam, czyli narastanie długów. Wyuczona bezradność to stan ciężki. Jego cechą charakterystyczną są cztery deficyty, które wpływają na zachowanie człowieka. Pierwszy to deficyt motywacyjny. Próbowałem, próbowałem – nic z tego nie wyszło. I już mi się nie chce więcej próbować, bo i tak ciągle dostaję po głowie. – Takie osoby rzadko szukają pomocy, bo niczego nie chcą robić. Najczęściej zamykają się w sobie, udają przed sobą i innymi, że nic się nie stało. Mają całą gamę technik wyparcia: jeśli nie będę o tym myślał, gdy nie będę odbierał telefonów od wierzycieli, nie będę z tym nic robił, to może problem załatwi się sam – tłumaczy Mazur.

Drugi deficyt: emocjonalny. Gwałtowne wahania nastrojów, silny stres, na końcu pojawia się depresja, która w skrajnych przypadkach może prowadzić do samobójstwa. Trzeci to deficyt poznawczy. Osoby w tym stanie mają problemy z uczeniem się nowych rzeczy, nie są w stanie zrozumieć najprostszych pojęć. – Brałam kiedyś udział w badaniach ze studentami. Po 20 minutach treningu wyuczonej bezradności – który polegał na próbie rozwiązywania problemów matematycznych, które nie miały rozwiązania – nie byli w stanie poradzić sobie z zadaniami na poziomie pierwszej klasy gimnazjum. To jest tak, jakby ktoś znienacka odciął im 30–40 pkt ilorazu inteligencji – mówi psycholog. Czwarty deficyt – ludzie zaczynają się izolować. Zdarzają się przypadki ucieczek, porzucania rodzin.

Pomoc jak dla alkoholika

Jak z tego wyjść? Osobie zadłużonej można pomóc i trochę przypomina to terapię alkoholika. – Na początku leczenia nikt mu nie powie: zrób wszystko, aby nie wypić ani kieliszka do końca życia. Podobnie z osobą z wyuczoną bezradnością – powiedzenie: weź się zepnij i spłać ten kredyt, spowoduje tylko to, że ktoś taki więcej się już nie pojawi. Alkoholikowi w trakcie terapii mówi się: zrób wszystko, żeby dziś nie wypić ani jednego kieliszka. Tak samo z dłużnikiem. Należy mu powiedzieć: usiądźmy i poszukajmy rozwiązania, żebyś mógł spłacić choćby 100 zł – tłumaczy Marzena Mazur.

Jej zdaniem pomagającym nie musi być wcale psycholog. Dłużnicy najczęściej trafiają do opieki społecznej – i to tam powinni znaleźć pomoc. – W ramach projektu „Wydatki kontrolowane” prowadzimy warsztaty dla pracowników opieki społecznej, by przygotować ich do pracy z dłużnikami. Uświadamiamy im, z czym wiąże się stan wyuczonej bezradności, jak działa np. deficyt poznawczy, który może przecież spowodować, że osoby zadłużone nie są w stanie dostrzec oczywistych oszczędności – mówi psycholog.

Dodaje, że w całym procesie najtrudniejszy jest ostatni etap: wszystkie badania pokazują, że osoby, które raz wpadły w pętlę długów, mają tendencję do powtarzania tego błędu. Trzeba więc popracować nad ich świadomością finansową. – Z pożyczaniem jest trochę jak z inwestowaniem w akcje: kupujemy wtedy, gdy chciwość jest silniejsza niż strach, a nie inwestujemy, gdy strach jest silniejszy niż chciwość. Czasem trzeba ten strach wywołać. To może zadziałać otrzeźwiająco – uważa Marzena Mazur.

>>> Czytaj też: Kredyt hipoteczny: wartość mieszkania bywa niższa niż wysokość kredytu