To koszmar rodziców: najpierw wydają ogromne pieniądze na studia, a potem widzą, że absolwent nie jest stanie zdobyć pracy, która wymaga wysokich kwalifikacji.

Niestety, takie zjawisko staje się coraz bardziej powszechne, ponieważ popyt na umiejętności poznawcze związane z wyższym wykształceniem po ostrym wzroście do 2000 roku, od tego czasu wyraźnie spada – pisze dla Bloomberga wiceprezes Citigroup Peter Orszag, były szef wpływowego Biura Zarządzania i Budżetu (OMB) w administracji prezydenta Baracka Obamy.

Takie wnioski płyną z nowych badań ekonomistów Paula Beaudry'ego i Davida Greena z University of British Columbia i Benjamina Sana z York University w Toronto. Odwrócenie popytu sprawia, że wysoko wykwalifikowani pracownicy zgadzają się na obejmowanie stanowisk na niższym szczeblu, co spycha nisko wykwalifikowanych ludzi na ostatni szczebel zawodowej drabiny lub w ogóle pozbawia ich pracy. Jeśli uczeni mają rację (jeszcze nie ma w tej sprawie pełnej jasności), to konsekwencje będą ogromne i kłopotliwe – i to nie tylko dla absolwentów uczelni i ich rodziców.

Oczywiście zawsze istnieli absolwenci studiów, którzy lądowali na posadzie, dla której nie jest wymagane ukończenie uczelni. Ale odsetek takich osób wyraźnie rośnie. W 1970 tylko jeden na stu taksówkarzy i szoferów w USA posiadał dyplom college’u – wynika z analiz statystyk pracy na Ohio University. Dzisiaj jest to 15 na 100.

>>> Czytaj też: USA: młodzi Amerykanie są najbardziej zadłużonym pokoleniem w historii

Trudno byłoby uwierzyć, że dzieje się tak dlatego, iż od 1970 roku zdecydowanie wzrosły wymagania wobec kierowców taksówek. Pojawienie się technologii GPS spowodowało raczej skutek całkiem odwrotny.

Podobnie w 1970 roku tylko około 2 proc. strażaków miało dyplom uczelni, w porównaniu z 15 proc. obecnie. Z kolei ekonomiści Paul Harrington i Andrew Sum z Northeastern University stwierdzili, że co czwarty barman ma jakiś stopień naukowy.

Co zatem się zmieniło? Jedna z możliwości polega na tym, że skutki globalizacji siły roboczej przycinają skalę dochodów. Wiele miejsc pracy, które kiedyś wymagały umiejętności poznawczych, zostało zautomatyzowanych. Wszystko co można było zdigitalizować jest wykonywane albo przez komputer, albo przez pracowników za granicą. Jeśli zasada „zwycięzca bierze wszystko” może wciąż oznaczać ekstremalnie wysokie zarobki dla pracowników na samym szczycie, dotyczy ona coraz mniejszej liczby absolwentów uczelni.

Zespół pod kierownictwem Paula Beaudry'ego twierdzi, że nadmiar wysoko kwalifikowanych pracowników sprawia, iż ostatecznie trafiają oni na “rutynowy” rynek pracy – jako sprzedawcy i urzędnicy. Równocześnie w tych sektorach spadają wynagrodzenia, a mniej wykwalifikowani pracownicy są wypychani do zajęć „manualnych” w budownictwie, rolnictwie itp.

Badania te z pewnością nie ukoją nerwów absolwentów, którzy chcą znaleźć pracę. Ze swej strony – pisze Orszag – oferuję następującą radę: studia mogą wciąż być coś warte, bo jeśli nawet nie gwarantują pracy z wysokimi kwalifikacjami, to przynajmniej pozwalają uniknąć jeszcze gorszej perspektywy, która jest udziałem ludzi bez dyplomu.

>>> Polecamy: Bezrobocie w Polsce wciąż wysokie, a pracodawcy nie mogą znaleźć pracowników