Zazwyczaj wymiana szefa wielkiej spółki giełdowej jest przedsięwzięciem rozpisanym na kilka miesięcy. Odchodzącemu dziękuje się za „świetną pracę oraz trudne do przecenienia zasługi”. A nowy przywódca to nic innego „jak otwarcie kolejnego etapu” i „wyjście naprzeciw wyzwaniom, które niesie ze sobą przyszłość”. Siemens to bez wątpienia gigant. Jeden z największych na świecie wielobranżowych koncernów, który działa w energetyce, przemyśle, infrastrukturze oraz w branży medycznej. A jednak u monachijczyków operacja sukcesja zupełnie wymknęła się spod kontroli.

Doszło wręcz do puczu przeciwko dotychczasowemu prezesowi Peterowi Loescherowi. Na jego czele stał wpływowy przewodniczący rady nadzorczej Gerhard Cromme. Dla niego pozbycie się Loeschera było grą o pozostanie na szczytach niemieckiego biznesu. Kilka miesięcy wcześniej musiał złożyć urząd szefa rady nadzorczej innego giganta – firmy ThyssenKrupp. I wiedział, że jeśli nie wymieni zarządczej wierchuszki Siemensa, to straci również stanowisko głównego nadzorcy w tej firmie. Powodów uzbierało się sporo. Założony w 1857 r. koncern musiał wycofać się z podkulonym ogonem z branży energetyki słonecznej, utopił ciężkie miliardy w nieudanych inwestycjach i nie wywiązał się z prestiżowego kontraktu na dostarczenie pociągów dla Deutsche Bahn.

Problem polegał jednak na tym, że na odstrzelenie prezesa zarządu kierowanego przez Loeschera nie zgodził się wiceszef rady nadzorczej i inny potężny gracz ze szczytów niemieckiego biznesu Josef Ackermann. Ten sam, który do niedawna stał na czele Deutsche Banku. Pojedynek dwóch samców alfa w radzie nadzorczej Siemensa poskutkował przeciekami do mediów. I przeprowadzoną w sposób niezwykle chaotyczny zmianą szefostwa firmy.

Sprawę, jako pokaz braku profesjonalizmu, wyśmiał tygodnik „Der Spiegel”. A branżowa „Boersen Zeitung” nazwała to, co się działo w Siemensie, małpim teatrem.

Ostatecznie to Cromme postawił na swoim. Austriak Peter Loescher po sześciu latach odszedł ze stanowiska. Zastąpił go Joe Kaeser pełniący dotąd w firmie wpływową funkcję głównego dyrektora finansowego. Do układanki pasował idealnie, bo od kilku miesięcy na firmowych naradach krytykował prezesa za stawianie przed firmą nierealnych celów ekonomicznych.

Kaeser to w przeciwieństwie do poprzednika rodowity Niemiec. Nikogo niech nie zmyli anglosaskie imię. Urodził się jako Josef Kaeser w Arnbruck w Dolnej Bawarii. W rodzinnym miasteczku położonym niedaleko granicy z Czechami mieszka zresztą do dziś. W weekendy, bo od poniedziałku do piątku, pracuje w odległym o 180 km Monachium. A Joem Kaeserem został w latach 90., gdy Siemens wysłał go do doglądania interesów w USA. Głównie w Dolinie Krzemowej.

Kaeser to również chodzący dowód na to, jak bardzo niemieckie koncerny stawiają na wychowywanie własnych kadr. Bo Siemens był jego... pierwszym miejscem pracy. Trafił tam, gdy miał 23 lata. I pozostał do dziś. Pracował kolejno w pionie produkcji elementów budowlanych, na firmowych placówkach w Malezji i USA, a potem w dziale finansowym. W 2006 r. stanął na czele tego ostatniego, stając się osobą odpowiedzialną za finanse całego Siemensa.

Fakt, że Kaeser to prawdziwy „simensianin”, to rzecz jasna jego siła. Nie musi – jak jego poprzednik, który przyszedł z branży farmaceutycznej – wszystkiego uczyć się od nowa. Ale to też pewna słabość. Gdy w 2006 r. niemieckie media ujawniły, że Siemens przez lata korumpował na potęgę decydentów w różnych krajach świata, zmieniły się całe władze koncernu. Kaeser się utrzymał, bo nie był jeszcze wtedy na świeczniku. Ale – jak sugerowały potem niemieckie media – był wystarczająco wysoko, by nie móc nie wiedzieć o procederze. On sam zawsze konsekwentnie temu zaprzeczał. Teraz, gdy stanął na samym szczycie, jego prześwietlanie powróci pewnie ze zdwojoną siłą.