W statystyce Narodowego Banku Polskiego jak na dłoni widać, jak kryzys – paradoksalnie – zachęcił zagranicę do kupowania polskich obligacji. Duży transfer zysków to efekt wyraźnego wzrostu zaangażowania inwestorów z zewnątrz w krajowy rynek obligacji. Gdy kryzys dopiero nabierał tempa - czyli w 2008 roku – wartość papierów skarbowych w portfelach zagranicznych graczy wynosiła 55,8 mld zł. Na koniec ubiegłego roku było to już 193,2 mld zł. Polskim obligacjom pomagały programy drukowania pieniądza przez największe banki centralne świata (zwłaszcza Fed), stabilna sytuacja wewnętrzna i... stosunkowo wysokie oprocentowanie. Grubo ponad połowa wartości obligacji w rękach zagranicy ma kupon mieszczący się w przedziale między 5 proc. a 6,25 proc.

>>> Zobacz, jak doszło do gospodarczej katastrofy – interaktywna oś czasu

- W ostatnich latach zwiększało się nie tylko zaangażowanie zagranicy w polski dług, zmienił się też rodzaj inwestorów, którzy kupowali nasze obligacji. Coraz częściej byli to długoterminowi gracze, którzy trzymali obligacje do dnia ich wykupu. Stąd też rosnący transfer zysków z polskich papierów dłużnych – mówi Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ.
To, że polskim długiem interesowali się stabilni inwestorzy miało też swoje pozytywne skutki: uodparniało notowania obligacji na wstrząsy na rynkach światowych. Dowód to ostatnie wahania z ostatnich dni stycznia, kiedy to problemy Turcji i Argentyny oraz niestabilna sytuacja na Ukrainie były przyczynami osłabienia walut i wzrostu rentowności obligacji krajów z grupy emerging markets.

Polski dług też stracił na wartości – ale na stosunkowo krótko i dość szybko odrobił większość strat. Dziś rentowność np. obligacji pięcioletnich wynosi około 3,88 proc., papierów dziesięcioletnich 4,54 proc. W obu przypadkach to około 20 pkt bazowych mniej niż pod koniec stycznia.

Jednak z drugiej strony argumenty, by nadal kupować polski dług, z punktu widzenia zagranicznego inwestora są coraz słabsze. Przykład to czwartkowy przetarg papierów średnio- i długoterminowych. Ministerstwo Finansów wystawiło na sprzedaż takie właśnie obligacje, bo miało wcześniej sygnały, że zagranica jest zainteresowana aukcją. Wyniki są jednak umiarkowanie dobre: resort sprzedał obligacje za niewiele ponad 3 mld zł realizując w ten sposób plan minimum, przy dwukrotnie większym popycie. Jedna z potencjalnych przyczyn? Wielkość kuponu w przypadku sprzedawanych serii nie jest imponująca. Pięciolatki są oprocentowane 2,5 proc., a dziesięciolatki 4 proc.

- To był też pierwszy test dla ministerstwa po „operacji OFE” Wynik nie jest zachwycający biorąc pod uwagę to, jak wyglądał popyt na poprzednich aukcjach. Przetarg miał dać odpowiedź na pytanie, czy inwestorzy mają apetyt na ryzykowne inwestycje, czy nie. I wygląda na to, że ten apetyt jest teraz nieco mniejszy – mówi Piotr Nurzyński, dealer rynku długu w PKO BP.