Czy ekonomiści znaleźli już receptę na kryzys?

O tak.

Na czym ona polega?

To bardzo proste. Wystarczy, żeby ekonomiści otworzyli szuflady swoich biurek i zgarnęli do niej wszystkie te papiery, na podstawie których uczyli ekonomii przez ostatnie 30 lat. A potem szczelnie ją zamknęli i zdjęli z półki prace polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego. Wystarczy. (Przeczytaj, jak Kalecki podpowiada światu, jak wyjść z kryzysu).

Jakim sposobem recepty na kryzys można znaleźć u ekonomisty, który nie żyje od ponad czterdziestu lat, a swoje najważniejsze prace napisał w latach 30. i 40. XX wieku?

Powiedziałbym, że do momentu wybuchu kryzysu Kalecki faktycznie wydawał się anachroniczny. Bo on w gruncie rzeczy pochodził z kraju raczej zacofanego, gdzie nie było zaawansowanego systemu ekonomicznego, a zwłaszcza finansowego. Przynajmniej w porównaniu z bogatym Zachodem. Nie mówiąc już o zglobalizowanym świecie przełomu XX i XXI wieku. I pewnie dlatego Kalecki – mówiąc szczerze – nigdy się światem finansów szczególnie nie przejmował. I wie pan co? On miał rację!

Jak to?

Bo wydarzenia na rynkach finansowych tylko doprowadziły do wybuchu tego kryzysu. Ale tak naprawdę trwająca od ponad 5 lat depresja rozgrywa się już od dawna w realnej gospodarce. I to tam należy z nią walczyć. Trzeba się skoncentrować na cyklu koniunkturalnym. A więc na tym, co najbardziej interesowało Kaleckiego.

Co konkretnie?

Ekonomia to prosta nauka o tym, jak się osiąga zyski. Większość ekonomistów zgodzi się, że nie ma zysków bez inwestycji. I to właśnie one nakręcają gospodarkę w normalnych czasach. Ale gdy nadchodzi kryzys, podmioty ekonomiczne wstrzymują inwestycje. Ze strachu albo dlatego, że nagle mają mniej środków. To oczywiście natychmiast przekłada się na spadek zysków. Ich spadek wywołuje więc nową rundę załamania inwestycji, po której przychodzi nowy spadek zysku. I tak dalej. Nakręca się fatalna kryzysowa spirala.

I to się stało po roku 2008?

W zasadzie tak. Ale to jeszcze nie wszystko. Do tej pory mówiliśmy o spadku zysków i inwestycji przedsiębiorców. I gdyby to się na nich zatrzymało, problem byłby mniejszy. Tylko że recesja szybko schodzi na poziom zwyczajnych konsumentów. Bo oni są jednocześnie pracownikami. I albo natychmiast odczuwają spadek koniunktury, albo przewidują, że czekają ich ciężkie miesiące, w których z pracą będzie krucho. I w jednym, i drugim przypadku redukują więc konsumpcję i oszczędzają. A to jest niestety ostatnia rzecz, której potrzebuje gospodarka. Napędzana – zdaniem Kaleckiego – właśnie przez efektywny popyt. Niedawno razem z ekonomistą Luisem Reyesem Ortizem z paryskiej Sorbony przeanalizowaliśmy sytuację gospodarki USA w ostatnich latach. I pokazaliśmy, że właśnie spadek efektywnego popytu jest tym, co powoduje jej dreptanie w miejscu, które tak bardzo martwi resztę świata.

Przecież rządy takich krajów jak USA od lat pompują pieniądze w gospodarkę właśnie po to, by wyrwać ją z opisanego przez pana zaklętego kręgu. Dość wspomnieć tylko trzy transze poluzowania ilościowego przeprowadzonego przez Fed.

I to jest ten moment, w którym Kalecki jest dużo bardziej aktualny niż John Maynard Keynes, na którego powołuje się od 2008 r. wielu ekonomistów i politycznych decydentów. Owszem, pod sztandarami reaktywowanego keynesizmu uruchomiono wielkie publiczne środki. W większości krajów doprowadziło to do olbrzymiego rozdmuchania długu publicznego. Niestety te środki posłużyły głównie do utrzymywania przy życiu sektora finansowego. Od tego czasu sektorowi finansowemu pomaga się nadal. Tym razem poprzez ekspansywną politykę monetarną. A więc to, co robią od dawna amerykański Fed czy EBC.

>>> Czytaj też: Wszyscy święci ekonomii i ich recepty na kryzys

Czy gdyby od początku pójść za radami Kaleckiego, a nie Keynesa, to sprawy wyglądałyby inaczej?

Tak. Bo Kalecki był bardzo sceptyczny wobec skuteczności czystej polityki monetarnej. Nie wierzył, że może ona dać gospodarce ten decydujący impuls do przełamania kryzysu. Jego zdaniem ten cel można osiągnąć tylko poprzez wydatki rządowe. Ale nie każde. Jeśli już rząd chce pobudzać gospodarkę, to najlepiej, by robił to od dołu.

Co to znaczy „od dołu”?

To takie wydatki rządowe, które nie trafiają od razu do kieszeni wielkiego biznesu, lecz do pracowników. Według zasady, że jeśli da się im pewną dobrze płatną pracę, to przestaną oszczędzać i zaczną wydawać. To z kolei przełoży się na zamówienia dla przedsiębiorstw. I recesja zacznie ustępować. Kalecki w ogóle był zdania, że najzdrowszy wzrost gospodarczy zawsze musi bazować na zarobkach, a nie na zyskach sektora przedsiębiorstw. Bo zarobki są dużo szybciej konsumowane i nakręcają koniunkturę. Zyski się z kolei najpierw odkłada, a dopiero potem inwestuje. Dlatego w czasie kryzysu można – zdaniem Kaleckiego – zupełnie spokojnie opodatkować zyski przedsiębiorstw. A zgromadzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na subsydiowanie pracy. Tak by cały ciężar zatrudnienia nie spoczywał na przedsiębiorcach borykających się z trudnym rynkiem. Biznesowi się to zwróci z nawiązką, gdy efektywny popyt rozrusza koniunkturę.

I tego wszystkiego brak w klasycznym myśleniu keynesowskim?

Moim zdaniem tak. U Keynesa nie ma tak wyraźnego spojrzenia na sprawę od strony efektywnego popytu. To mnie zresztą szczególnie nie dziwi. Keynes pochodził z serca bogatego Zachodu, czyli z Wielkiej Brytanii. To była gospodarka, która w czasie wielkiego kryzysu wpadła w kłopoty i potrzebny był jej ratunek. Ale generalnie dla Keynesa nie ulegało wątpliwości, że cały kapitalizm funkcjonuje należycie. A Wielka Brytania na globalnym podziale ekonomicznych ról wychodzi dobrze. Kalecki z kolei pochodził z kraju peryferyjnego. I widział, że w warunkach czystego wolnego rynku peryferyjna gospodarka nigdy swoich zapóźnień nie nadrobi. I dlatego potrzebna jest aktywna rola państwa. To też powód, dla którego Kaleckiego czytało się po wojnie w całej Ameryce Łacińskiej. Ja nie jestem tu wyjątkiem.

Ale gdzie Polska, a gdzie Ameryka Łacińska? Przecież to zupełnie różne gospodarki z zupełnie różną historią.

Wbrew pozorom jesteśmy do siebie bardzo podobni. Weźmy choćby gospodarkę Meksyku, którą od wielu lat zawodowo badam. Kraj znajdujący się na obrzeżach rozwiniętego zachodniego świata. A jednocześnie sąsiadujący z potężnymi i bogatymi Stanami Zjednoczonymi. Podobnie jak Polska leżąca tuż obok Niemiec. Łączy nas jeszcze jedno. I my, i wy byliśmy jednymi z pierwszych królików doświadczalnych neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego.

I jak wyglądają meksykańskie doświadczenia z neoliberalizmem?

Aż do lat 80. meksykańska gospodarka pozostawała zamknięta. Wtedy w odpowiedzi na okres stagnacji zaimportowano z USA nową strategię gospodarczą, którą z braku lepszego określenia nazwano neoliberalizmem. Sprywatyzowano wtedy dużą część firm państwowych i cały system bankowy.

Podziałało?

W pierwszej fazie tak. Do kraju zaczęły napływać niesamowite ilości kapitału. Nastąpiło więc przewartościowanie lokalnej waluty, czyli peso. Meksykańska produkcja szybko traciła swoją konkurencyjność. Ale niewielu to dostrzegało. Panowała euforia, bo Meksykanom coraz bardziej zaczęło się opłacać kupowanie w USA. Zwłaszcza że jednocześnie trwała liberalizacja handlu pomiędzy nami a naszym północnym sąsiadem. Drogie peso sprawiało, że zwiększał się popyt wewnętrzny. Ten wzrost pompował giełdę. Czyli rynki kapitałowe. To z kolei nakręca dalszą aprecjację waluty. Więc gospodarka rosła. Ale tylko do czasu.

I co się stało?

Nie był to niestety zdrowy wzrost. Jego ukrytą słabością było szybkie powiększanie się deficytu obrotów handlowych. A więc – mówiąc wprost – coraz większe uzależnienie od zewnętrznych kredytodawców. Taka sytuacja nigdy nie jest do utrzymania na dłuższą metę. Bańka musiała pęknąć. Stało się to w 1994 r. Wówczas stopy procentowe w USA zaczęły rosnąć i kapitał spekulacyjny popłynął z powrotem do Stanów. Do tego doszły wewnętrzne zawirowania polityczne. Czyli powstanie zapatystów (zbrojnej grupy rewolucjonistów działających w stanie Chiapas, czyli najuboższym regionie Meksyku – red.). Plus dwa zamachy na ważnych polityków. Wystarczyło, by przestraszyć tych inwestorów, którzy nie odpłynęli jeszcze do tańszych stóp procentowych w Ameryce. Peso się zawaliło. Za tym poszły szybki wzrost cen i inflacja. Oczywiście płace nie poszły w górę w równie szybkim tempie. Więc dochody ludności stopniały niemal z dnia na dzień. Na domiar złego meksykańskie państwo oraz wielu przedsiębiorców wpadło w pułapkę zadłużeniową. Bo nagle ich zobowiązania w dolarach raptownie skoczyły. Nastąpił szybki spadek inwestycji prywatnych. I załamanie PKB. W latach 1994–1995 o jakieś 6 proc.

Jaki z tego morał?

Nigdy więcej tak wielkiej naiwności politycznej. I ślepej wiary w globalizację i w radykalną liberalizację gospodarki. Bo to – wbrew zapewnieniom – nigdy nie służy krajom peryferyjnym. To od tamtych meksykańskich doświadczeń zaczęła się w Ameryce Łacińskiej reorientacja polityki gospodarczej. Od tamtej pory bierzemy przykład choćby z Azji. A więc Korei, Tajwanu albo Japonii.

Ale przecież to akurat kraje, które postawiły po wojnie na otwarcie swoich gospodarek?

Tak, ale otwarcie selektywne. Oni nigdy nie mieli problemów z liberalizacją handlową. Dzięki temu mogli zaliczyć dużo większy sukces eksportowy. I to pomimo dużo słabszego poziomu uprzemysłowienia niż Ameryka Łacińska. Ale proszę zauważyć, że azjatyckie tygrysy właściwie do dziś nie otworzyły swoich rynków finansowych. Do niedawna w wielu z tych krajów można było zostać skazanym za sam handel obcą walutą. My postąpiliśmy odwrotnie. W Meksyku 95 proc. systemu bankowego należy dziś do zagranicznego kapitału.

W Polsce akurat w tej dziedzinie jest bardzo podobnie.

No właśnie. Czy nie mówiłem panu, że mamy bardzo podobne doświadczenia i problemy? A wystarczyło uważniej czytać waszego Kaleckiego.

Wśród polskich ekonomistów światowej sławy oprócz Kaleckiego znajdują się m.in. Lange czy Frydman. Przeczytaj więcej o nich i o ich poglądach na gospodarkę.

Profesor Julio Lopez Gallardo przebywał w Warszawie na zaproszenie Instytutu Studiów Zaawansowanych.