Grecja, która od 2010 r. utrzymywana była dzięki kroplówce Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, robi dziś pierwszy krok w kierunku samofinansowania się.

Rząd w Atenach planuje podczas dzisiejszej aukcji sprzedać pięcioletnie obligacje na łączną sumę dwóch miliardów euro, choć może zostać ona zwiększona o kolejne pół miliarda. Premia, którą zaoferuje inwestorom, wyniesie ok. 5,3–5,4 proc., ujawniają anonimowo źródła zaangażowane w przeprowadzenie aukcji, dodając, że spodziewają się dużego popytu. Po raz ostatni Ateny sprzedały obligacje w marcu 2010 r., czyli na dwa miesiące przed pierwszym bailoutem.

>>> Czytaj też: Grecja reformuje gospodarkę. W nagrodę UE da transzę pożyczki

Aukcja – stosunkowo niewielka jeśli chodzi o łączną sumę – ma charakter głównie sondażowy. Grecja nie potrzebuje pieniędzy na bieżące wydatki, ale chce przetestować reakcję inwestorów przed kolejnymi, już większymi ofertami. Gabinet Antonisa Samarasa planuje, by przed 2016 r. wszystkie swoje potrzeby pożyczkowe finansować poprzez sprzedaż obligacji. Ponadto udana aukcja poprawi sytuację koalicji rządowej przed zaplanowanymi na koniec maja wyborami lokalnymi i europejskimi, zaś samemu Samarasowi silniejszą pozycję w rozmowach z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, która do Aten przyleci jutro.

Analitycy zwracają uwagę, że wiele problemów wciąż budzi niepokój – chociażby najwyższe w Unii Europejskiej bezrobocie oraz dług publiczny, który jest obecnie nawet większy niż w 2012 r., gdy zrestrukturyzowano greckie. A Grecja w procesie wychodzenia z kryzysu znajduje się kilka kroków za Irlandią i Portugalią, które już zaczęły sprzedawać swoje obligacje. – Najbardziej dynamiczne i zorientowane na eksport sektory prawdopodobnie zanotują wzrost za I kw., ale odbicie gospodarki wciąż wydaje się dość słabe, a wskaźnik PMI dla przemysłu, który przekroczył poziom 50 rozdzielający wzrost od spowolnienia, znów wrócił na tereny recesji – podkreśla Daniele Antonucci, analityk z banku Morgan Stanley. Poza tym sytuacja polityczno-społeczna kraju wciąż jest daleka od stabilnej, o czym przypomniały wczoraj największe greckie zwązki zawodowe GSEE i ADEDY, organizując pierwszy w tym roku strajk generalny, co też nie jest zachętą dla inwestorów.

Ale fakt, iż Grecja wraca na rynek obligacji – a inwestorzy chcą je kupować – jest niewątpliwym sukcesem rządu Samarasa, szczególnie biorąc pod uwagę, że jej wiarygodność kredytowa w oczach agencji ratingowych wciąż jest niska. Moody's ocenia ją na Caa3, czyli dziewięć szczebli poniżej poziomu inwestycyjnego, a Standard & Poor's i Fitch na B-, czyli sześć szczebli poniżej. To z jednej strony świadczy, że inwestorzy szukają okazji, które mogą przynieść wysoką stopę zwrotu, z drugiej – postęp, którego Grecja dokonała, jest wyraźny. Dziś nie ma już tematu opuszczenia przez nią strefy euro. W tym roku, po sześciu kolejnych latach recesji, zanotuje wzrost gospodarczy, już w zeszłym roku osiągnęła większe przychody niż realne wydatki, a jednym powodem, dla którego ma jeszcze deficyt budżetowy (i tak mniejszy niż unijna średnia), jest to, że musi spłacać odsetki. 

>>> Czytaj też: Deflacja, dezinflacja? Prawdziwym zagrożeniem dla Europy jest ultraniska inflacja

Zwiększające się zaufanie do Grecji widać też po cenie jej obligacji. Wczoraj po raz pierwszy od czterech lat rentowność 10-letnich obligacji rządowych spadła poniżej poziomu 6 proc. – w najgorszym momencie, czyli pod koniec 2011 r. i na początku 2012 r. utrzymywała się ona powyżej 30 proc. – Emisja obligacji nie znaczy, że Grecja całkiem wyszła z kłopotów, ale dla kraju będącego pod kuratelą UE i MFW jest to przełomowe wydarzenie – mówi Timo del Carpio, ekonomista z fundszu RBC Capital Market.

>>> Giełdy w Grecji i Portugalii osiągają najlepsze wyniki w Europie. Czytaj więcej na ten temat.