Wydaje się, że Lech Wałęsa był agentem dosyć typowym, takim, który ma informować o swoim najbliższym otoczeniu w miejscu pracy: o atmosferze w zakładzie, o tym, co kto mówi, czy nie są przygotowywane jakieś antypaństwowe działania, jak np. strajk. mówi w wywiadzie prof. Andrzej Paczkowski, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN.

Kim dla pana jest Lech Wałęsa dziś po otwarciu szafy Kiszczaka?

Z szafy Kiszczaka nic nowego dla mnie nie wynikło. Fakt współpracy jest znany od wielu lat i był parokrotnie opisywany. Na pewno dojdą nowe szczegóły jej dotyczące. A więc Wałęsa jest nadal tym, kim był przed 16 lutego 2016 r. – samorodnym talentem politycznym, ludowym, charyzmatycznym przywódcą, człowiekiem o skłonnościach autorytarnych, który swój najlepszy czas miał w latach 1978–1989. Jedenaście lat – to nie tak mało.

Pan mówi, że to potwierdza to, co wiemy, czyli, że Lech Wałęsa był agentem SB?

W 2008 r. ukazała się książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka pt. „SB a Lech Wałęsa”, w której – na postawie ówczesnej wiedzy i dostępu do źródeł – starali się opisać, jak wyglądały relacje Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa w pierwszej połowie lat 70. Te dokumenty, które teraz zostały odzyskane i zapewne niedługo zostaną udostępnione, o ile wiem, potwierdzają, poszerzają i uszczegóławiają informacje zawarte w tej książce.

Co z tego wynika? Jakim agentem był Lech Wałęsa dla SB?

Wydaje się, że dosyć typowym, takim, który ma informować o swoim najbliższym otoczeniu w miejscu pracy: o atmosferze w zakładzie, o tym, co kto mówi, czy nie są przygotowywane jakieś antypaństwowe działania, jak np. strajk. Musimy pamiętać, że werbunek nastąpił w okresie ogromnego napięcia w grudniu 1970 r. Bezpiece zależało na tym, by mieć jak najwięcej źródeł informacji. Stocznia była jednym z głównych punktów zapalanych. W samej stoczni zwerbowano wówczas kilkadziesiąt osób, które miały informować, co się dzieje wśród robotników. Tego rodzaju współpracownik był pożyteczny w momencie, gdy coś się działo. Gdy sytuacja się stabilizowała i w stoczni się uspokoiło, informatorzy w tej ilości przestawali być potrzebni. Rezygnowano z nich albo ograniczano liczbę kontaktów. Więc faktycznie był informatorem niskiego szczebla, z tym że z punktu widzenia ówczesnej sytuacji ulokowanym w dosyć istotnym miejscu, jakim była stocznia i ważne było też to, że należał do liderów strajku.

A jak interpretować to, że brał pieniądze? Tak ma wynikać z dokumentów.

Esbecy oferowali pieniądze sami. Uznawali, że to sposób lojalizacji, związania takiej osoby z SB, motywacji do aktywnego zbierania informacji. Kwoty zresztą były dosyć niskie, co któreś spotkanie kilkaset złotych. Bardzo rzadko trafiali się współpracownicy, którzy byli wynagradzani systematycznie czy bardzo wysoko. Choć zdarzały się takie ekstrapremie. Jest przykład tajnego współpracownika Eligiusza Naszkowskiego, przewodniczącego zarządu regionu Solidarności w Pile, który w grudniu 1981 r. wyniósł nagrania z posiedzenia kierownictwa Solidarności w Radomiu. Ponieważ taśmy przydały się w akcji propagandowej uzasadniającej wprowadzenie stanu wojennego, dostał nagrodę w wysokości 50 tys. zł, co wówczas było poważną kwotą. Przeciętna pensja wynosiła wtedy 5–6 tysięcy.

Jak się zakończyła współpraca Wałęsy z SB?

Od pewnego momentu przestał wyrażać na nią ochotę. Zmniejszała się liczba informacji, które przekazywał. Zaczął wycofywać się z tej współpracy. Równocześnie na terenie zakładu wchodził w rozmaite konflikty na tle spraw socjalnych i zawodowych. Należał do tych, którzy pyskują na zebraniach, co się SB nie podobało. Z drugiej strony zmniejszyło się zapotrzebowanie na informacje tego typu i SB jakiejś ogromnej wagi do niego nie przywiązywała. Choć jak ktoś był zarejestrowany i powiązany z nimi przez otrzymane pieniądze, zakładali, że może jeszcze uda się go nakłonić do współpracy, gdy będzie naprawdę potrzebny. Wałęsa miał kilka spotkań ze swoim oficerem prowadzącym, na których stanowczo odmawiał dalszej współpracy i w 1976 r. wykreślono go z ewidencji, co SB określała jako „wyeliminowanie z sieci”.

Mamy pewność, że ta współpraca nie wróciła.

O ile wiem, żadnych zapisów na ten temat nie ma.

Jak pan odbiera obecne tłumaczenia Lecha Wałęsy, który nadal de facto się tej współpracy wypiera?

Gdy sprawa stanęła na forum publicznym w 1992 r., Wałęsa powinien według mnie po prostu w „krótkich żołnierskich słowach” powiedzieć, jak to wyglądało. A on od początku zaczął – mówiąc kolokwialnie – kręcić. By atakowany, więc się bronił. Oskarżony ma prawo kłamać, nie może kłamać świadek, a on był oskarżonym i obrał strategię, że będzie wypierał się całkowicie lub minimalizował te fakty.

Te dokumenty nie przekreślają jego postawy w latach 80.?

Te dokumenty, czyli teczka pracy i teczka osobowa kończą się na roku 1976 i na ich podstawie nie można niczego powiedzieć o tym, co się działo później. Mówienie o tym na ich podstawie to czysta fantazja, a raczej złośliwość oparta na wrogości. Nie wiadomo, czy ktoś mu wypominał współpracę, czy straszono, że się go zdekonspiruje. Jednak przypadki dekonspiracji były niezwykle rzadkie, nawet jeśli agent zerwał współpracę w jakiś drastyczny sposób, SB nie upubliczniała agentury. To było w interesie jej samej, bo w innym przypadku miałaby kłopot z pozyskiwaniem następnych współpracowników.

Jak pan odbiera takie głosy jak np. Andrzeja Gwiazdy, że od trzeciego dnia strajku w sierpniu 1980 r. miał pewność, że Lech Wałęsa jest agentem SB i działa na jej rzecz?

Musi jakiś dowód przedstawić. O ile wiem, żadnego materialnego dowodu ani wiarygodnej relacji na ten temat, nie przedstawił. Mówi się, że Wałęsę przywieźli motorówką, ale nie wiem nic o relacji osoby, która tą motorówką płynęła, przecież Wałęsa sam nią nie płynął. Ktoś go wiózł. Kto to był? To są pewne podejrzenia, które – jak sądzę – zrodziły się na tle tego, że w 1979 r. w jakiejś rozmowie, w tym małym środowisku Wolnych Związków Zawodowych, Wałęsa wspomniał, że miał jakieś „zaszłości”. Ci, którzy go nie lubili, konkurowali z nim czy nie zgadzali się z nim, łatwo przyklejali mu najróżniejsze złe rzeczy. A wtedy nie było gorszej rzeczy niż tajny współpracownik SB. Zresztą WZZ miały autentycznego TW, którego sami zdekonspirowali, co wuzetzetowców dodatkowo uczuliło na agenturalną infiltrację.

A na ile akcje SB wymierzone w Wałęsę w latach 80. uprawdopodabniają, że żadnych jego związków po roku 1976 z SB nie było?

Na przykład to, że w czasie internowania się nie poddał. Choć była na niego wywierana presja, by zgłosił gotowość współpracy z WRON. Nie poddał się. Oczywiście ci, którzy byli jego rywalami, znajdują pretekst, by mówić inaczej. Zresztą to jeden z powodów, dla którego dokumenty „od Kiszczaka” podpisane przez Wałęsę powinny być poddane badaniom grafologicznym. Wiadomo, że SB przygotowywała operację „Ambasador”, która polegała na przekazaniu do Norwegii, do komitetu noblowskiego, dokumentów kompromitujących Wałęsę. Jej założeniem było fikcyjne przedłużenie faktu jego współpracy. Może niektóre z dokumentów obecnie ujawnionych były sporządzone w ramach tej operacji? Dlatego jest potrzebna analiza grafologiczna oraz przede wszystkim – co wydaje mi się ważne, choć trudne do osiągnięcia – pomoc prawna ze strony Instytutu Nobla. Zapewne dostali via ambasada norweska w Warszawie zbiór dokumentów kompromitujących Wałęsę, który być może składa się z kopii dokumentów autentycznych i sfałszowanych. Ale u nich obowiązuje przepis, że dokumenty dotyczące kandydatów mogą (ale nie muszą) być ujawniane po 50 latach. Może pomogłoby, gdyby Lech Wałęsa o to się zwrócił.

Jak rzutuje odnalezienie tych papierów w szafie szefa SB na to, jak Lech Wałęsa zachował się po 1989 r., w latach 90., jako lider opozycji, a potem prezydent?

To zupełnie co innego. Od dawna już – a obecnie z nową siłą – włączono to w wielką kampanię polityczną dyskredytacji III Rzeczpospolitej, w tym Okrągłego Stołu. Dyskredytacja Wałęsy obojętnie czy oparta na faktach, czy na materiałach mniej lub bardziej zmyślonych, jest po prostu elementem walki politycznej. Od kilku miesięcy mamy do czynienia z czymś w rodzaju rewolucji – oczywiście bezkrwawej – która ma zmienić polską rzeczywistość i Polaków, a to oznacza, że należy usuwać wszelkie przeszkody. Zaś mity Wałęsy i Okrągłego Stołu to mity założycielskie III RP.

Co pana w tej sprawie najbardziej zaskoczyło?

Sam fakt, że generał Kiszczak miał jakiekolwiek dokumenty, nie był zaskoczeniem, bo w wywiadach się chwalił, że coś ma, ale to, że trzymał tak duży zbiór dotyczący Wałęsy. Myślałem, że zostało to rozproszone, częściowo zniszczone i pozostał ewentualnie jakiś mikrofilm. Tymczasem okazuje się, że miał kilkusetstronicową „teczkę pracy” TW „Bolek”. Jeśli zawiera ona autentyczne zapisy (odręczne lub zrobione przez funkcjonariuszy SB) oznaczałoby to, że współpraca była dosyć intensywna. Trzeba jednak poczekać na dokładne informacje, bo w takich teczkach często jest dużo papierów administracyjnych: pisma przewodnie, zlecenia, mogą być liczne kopie tego samego dokumentu itp.

Czym było to domowe archiwum: polisą ubezpieczeniową czy metodą wpływu na Lecha Wałęsę?

Trudno powiedzieć. O ile wiem, nie ma zeznań lub relacji świadków ani żadnych materialnych dowodów bezpośrednich czy pośrednich wynikających z dokumentów esbeckich, partyjnych lub solidarnościowych, by po 1982 r., a zwłaszcza po 1989 r. generał Kiszczak czy ktoś z jego upoważnienia starał się wywrzeć wpływ na Wałęsę, odwołując się do faktu jego współpracy z SB. Na pewno takie działania były podejmowane w czasie internowania , gdy np. odwiedził go jeden z oficerów, którzy w latach 70. zajmowali się Stocznią. Z postawy Wałęsy wynika, że nie wywarło to efektu. Ale osobną sprawą jest to, że Wałęsa był świadom tego, co zrobił, nawet jeśli było tego niewiele, to miał świadomość, że przecież nie tylko on o tym wie i że może to być przeciwko niemu wykorzystane. Myślę, że żył pod pewną presją wynikającą z tego.

Jak ta sprawa będzie rzutowała na postać Lecha Wałęsy za granicą?

To nie pierwszy raz, gdy mamy taki wybuch. Podobnie było w 1992 r., potem w 2008, po ukazaniu się książki Gontarczyka i Cenckiewicza. Czyli jest to co najmniej trzeci przypadek, gdy sprawa nabiera ogólnokrajowego rozgłosu, a zatem jest dostrzegana przez media i polityków na zewnątrz. Nie sądzę, by to miało jakieś specjalne znaczenie i pogarszało wizerunek Polski. Ale na pewno nie poprawia. Podobnie w przypadku samego Wałęsy. Świat jest chyba już uodporniony na informacje o „Bolku”. W końcu, kogo to obchodzi, że słynny noblista miał taki epizod w młodości. Ja też ma takie podejście, choć oczywiście źle, że się do tego nie przyznał w 1992 r. Bo ten błąd pociągnął kolejne przypadki negowania i minimalizowania sprawy oraz grożenia sądem tym, którzy mają inną opinię.

A jeszcze w odniesieniu do samych dokumentów. Prezes IPN użył sformułowania, że są autentyczne. Co to znaczy?

To znaczy, że oceniając je po wyglądzie, powiedzmy „po cechach zewnętrznych”, można stwierdzić, że zostały wytworzone wtedy, kiedy na to wskazują zawarte na dokumentach daty, a ich forma odpowiada formie innych dokumentów o podobnym statusie. Prezes nie miał na myśli, że była wykonana analiza grafologiczna, która może być zrobiona jedynie na zarządzenie prokuratora (lub sądu). Musielibyśmy zatem wstrzymać się na parę miesięcy. Zapewne byłoby to bardziej właściwe, ale presja mediów i opinii była chyba zbyt silna.

Jak wygląda badanie takich dokumentów?

Najpierw należy porównać je z innymi, które wytworzono w podobnych warunkach, przez podobne kancelarie, wedle podobnej instrukcji i w podobnych celach. Na przykład w przypadku notatek ze spotkania z tajnym współpracownikiem musi być podane źródło (jego kryptonim), pseudonim osoby odbierającej informację od źródła oraz data, a na końcu dokument winien być podpisany przez tego, kto go sporządził. Na ogół mamy do czynienia ze standardowymi dokumentami. Każdy może zawierać inną treść i pochodzić od kogoś innego, ale są sporządzane według takich samych zasad. Można też sprawdzić, czy informacje w nim zawarte odpowiadają okresowi, w którym powstawały, czy np. nie jest opisane coś, co miało miejsce później niż dokument jest datowany. To wszystko robi sam historyk. Jeśli zaś rodzą się podejrzenia, że dokument mógł być sporządzony w innym czasie i okolicznościach niż te, które na nim uwidoczniono, trzeba przystąpić do analizy technicznej. Wówczas potrzebni są eksperci, np. grafolog, niekiedy specjalista od papieru lub maszyn do pisania. Te dwa rodzaje analizy pozwalają nam powiedzieć, czy dokument jest autentyczny, czy nie. Natomiast zupełnie inną sprawą jest, czy informacje zawarte w dokumencie są prawdziwe, czy nie. Może być dokument absolutnie autentyczny, ale ten, kto go sporządzał, napisał nieprawdę. Albo nieświadomie, po prostu dlatego, że jej nie znał lub celowo, bo chciał coś ukryć lub kogoś oszukać, więc skłamał.

Czyli w przypadku dokumentów z szafy Kiszczaka pewne jest, że są autentyczne w pierwszym znaczeniu, natomiast teraz pora na historyka, który sprawdzi, co tam jest?

No tak, z tym że ewentualnie potrzebna byłaby analiza grafologiczna dokumentów z odręcznymi zapisami TW „Bolek”. Jeśli zaś chodzi o to, czy treść jest prawdziwa, czy fałszywa to niezbędna jest analiza odwołująca się do kontekstu, np. sprawdzania, czy zawarte w dokumencie informacje znajdują potwierdzenie w innym źródle. Stara dziennikarska zasada głosiła, iż „informacja z jednego źródła nie jest informacją”, jednak znalezienie dokumentu, który pozwoliłby potwierdzić lub zaprzeczyć zawartości tego, który badamy, bywa – nawet w historii najnowszej, nie mówiąc o dziejach dawniejszych – trudne lub niemożliwe. Ale nawet w sytuacji gdy dokument jest autentyczny, a informacje w nim zawarte są potwierdzane przez inne źródło, nie znika pole do interpretacji, np. jeśli chodzi o znaczenie opisywanego w dokumencie faktu. Stąd nierzadko bywa tak, że dwóch historyków czyta ten sam dokument, ale wyciągają z niego inne wnioski. A jak jest ich trzech... szkoda gadać!

>>> Czytaj też: "Zemsta Kiszczaka zza grobu". Historycy i działacze opozycji oceniają teczki Wałęsy