Czy rosnące zatory płatnicze to już problem?

Wielu klientów zwraca się z prośbą, aby wydłużyć terminy płatności albo żeby opóźnić zlecenia windykacji należności od ich odbiorców. Rozumieją, że oni opóźniają się z płatnościami, bo sami nie dostają pieniędzy, a jednak utrzymanie relacji jest ważne. Są jednak dziś trzy kategorie firm, które opóźniają płatności. Pierwsza to takie, które nie płacą, bo i tak by nie zapłaciły. Mamy do czynienia z sytuacjami, gdy ktoś ze względu na epidemię prosi nas o odroczenie płatności, której termin przypadał na początek stycznia. Co jest oczywistą bzdurą, bo w styczniu koronawirus nie był jeszcze problemem w Polsce. Druga grupa to tacy, którzy już utracili płynność, czyli przede wszystkim firmy usługowe, które zostały wyłączone z powodu stanu epidemicznego. Nie mają przychodów, a jeszcze muszą oddawać zaliczki pobrane na poczet usług, których nie wykonają. Oni proszą o odroczenie licząc na to, że problem minie szybko i odzyskają płynność, by w niedalekiej przyszłości uregulować należność.

>>> Czytaj też: Drugi kwartał będzie najgorszy. Cofniemy się do 2017 r.? [PROGNOZY]

To słuszne założenie?

Powiedzmy sobie szczerze, w większości przypadków, zwłaszcza jeśli chodzi o te najmniejsze firmy, przedsiębiorcy bez pomocy z zewnątrz szybko płynności nie odzyskają. Stąd trzecia grupa firm, takich, które mają pieniądze, mogłyby zapłacić, ale tego nie robią, bo zbierają gotówkę. Sytuacja jest na tyle nadzwyczajna, że jeśli ktoś ma do wyboru – albo ja, albo mój dostawca – to wybiera rzecz jasna siebie.

Może próbują przezimować, wychodząc z założenia, że najważniejsze jest utrzymanie zatrudnienia?

Tak, ci najwięksi, zatrudniający wielu pracowników, mogą tak myśleć, zwłaszcza jeśli obstawiają, że to potrwa stosunkowo krótko, dwa-trzy miesiące, a potem wszystko ruszy z kopyta. W takim scenariuszu lepiej nie tracić pracowników, by być gotowym do odpalenia pełnej mocy silników, gdy wszystko wróci do normalności. Można wówczas wstrzymać płatności faktur na miesiąc, dwa i płacić przede wszystkim pensje i podatki. Ale to jeden rodzaj argumentacji, ten optymistyczny. Pesymistyczny jest taki, że nastąpi armagedon. W takiej sytuacji firma działa trochę tak, jak w warunkach wojennych: ratuje przede wszystkim siebie i swoje życie. Szczególnie ci mniejsi, funkcjonujący jako działalność gospodarcza osób fizycznych, albo spółki osobowe, gdzie ludzie ryzykują majątek całego życia. Wtedy każdy woli zachować pieniądze, niż zostać z niczym.

Do czego może doprowadzić takie zatrzymanie obiegu płatności?

Nawet w scenariuszu, w którym lockdown potrwa miesiąc, dwa, a potem nastąpi otwarcie i gospodarka odbije, będziemy mieli wzrost upadłości o 15–20 proc. Bo odbicie jednak będzie trwało dłużej niż spadek. Zwykle tak jest i w tym okresie firmy będą bankrutować. Natomiast gdyby to się miało przedłużyć, potrwać jeszcze trzy, cztery miesiące, to nastąpi gospodarcza zapaść. Popękają wszystkie łańcuchy dostaw, trzeba będzie wszystko odbudowywać od nowa. Firmy nie mają tylu pieniędzy, żeby trwać bez ruchu tak długo, a państwo – wbrew pozorom – wcale tak dużo nie przeznacza na wsparcie, więc nie ma kto i nie ma czym podtrzymać gospodarki. Obawiamy się takiej spirali śmierci, gdy spadek popytu wpływa na spadek podaży, a ograniczenia podaży, czyli np. zmniejszenie produkcji, będzie powodowało bezrobocie, czyli spadek popytu. Możemy kilka takich obrotów zrobić, zanim spadniemy na samo dno i zostaną tylko ci, którzy produkują rzeczy niezbędne do życia.

>>> Czytaj też: Ostry reżim w handlu nie całkiem uspokoił sprzedawców. Pracownicy oczekują ochrony

Czeka nas wzrost bezrobocia?

Jeśli zmaterializuje się czarny scenariusz. Racjonalnie myślący przedsiębiorca, jeśli widzi, że w perspektywie najbliższego półrocza gospodarka nie ruszy, dochodzi do wniosku, że lepiej dla niego i dla firmy byłoby wszystkich zwolnić. Taka jest brutalna prawda. Lepiej to zrobić, nie ponosić koszty i próbować wytrwać. To się spotka oczywiście z dużym negatywnym społecznym oddźwiękiem, ale być może dzięki temu za pół roku, gdy już epidemia zostanie powstrzymana, taka firma, utrzymując majątek trwały, będzie w stanie przynajmniej część tych zwolnionych zatrudnić z powrotem.

Czy to się właśnie dzieje w USA? Według ostatnich danych liczba bezrobotnych, którzy się zgłosili po zasiłek w ciągu jednego tygodnia, wzrosła do 3,3 mln osób.

W USA zwolnić człowieka jest bardzo prosto, dlatego nie dziwi mnie tak szokowe dostosowanie tamtejszego rynku pracy. Amerykańskie firmy w ten sposób odpowiadają na kryzysy, bo to łatwe. W Europie ramy prawne rynku pracy są bardziej solidne i tutaj wzrost bezrobocia będzie następował wolniej. Te różnice powodują, że – jak przy okazji poprzednich kryzysów – USA szybciej wpakują się w recesję, amerykańskie społeczeństwo zubożeje mocniej i szybciej niż europejskie, ale z drugiej strony już po wszystkim Stany mocniej i szybciej odbiją niż Europa. W Europie konsumpcja będzie spadała wolniej, podtrzymywana przez socjal i jakieś formy wspierania ze strony państwa, ale potem będzie też wolniej przyspieszać. Tak było po ostatnim kryzysie finansowym.

Jak w tym wszystkim odnajdzie się sektor finansowy, np. ubezpieczenia?

Szykujemy się na bardzo trudny rok, na dużo więcej wypłat odszkodowań, o łącznie wyższej wartości. Spodziewamy się, że dużo trudniej będzie odzyskiwać należności. Uważamy, że w nieunikniony sposób będziemy musieli podnosić ceny, bo ryzyko skokowo wzrosło – a cena w ubezpieczeniach musi być adekwatna do ryzyka. Z drugiej strony wiele firm uzna zapewne, że nie jest w stanie zapłacić tej ceny, bo skoro zbiera gotówkę, to ze wszystkich źródeł, a ubezpieczenie należności z ich punktu widzenia może nie być artykułem pierwszej potrzeby. No i będzie pewnie tak, że w przypadku części klientów spadnie obrót. A składka jest liczona od obrotu.

Ale chyba są takie segmenty, które będą teraz zyskiwać. Jak windykacja.

Windykatorzy będą mieli więcej pracy, ale w Polsce ich model biznesowy jest zbudowany tak, że zarabia się tylko wtedy, jeśli się odzyska dług. Co prawda wartość zleceń pewnie będzie dużo większa niż w ubiegłym roku, ale suma odzyskanych kwot już niekoniecznie.

A faktoring? Skoro przedsiębiorstwa nie płacą, to i firmy faktoringowe mogą dostać po kieszeni.

Faktoring w ostatnich dwóch latach rósł bardzo mocno, faktorzy mają mocno spuchnięte portfele i u nich będzie widać już teraz większe ryzyko, skoro firmy będą miały kłopoty z płatnościami. Ale większość faktoringu jest ubezpieczona. Więc i tak, prędzej czy później, problem trafia do takich firm, jak nasza. Większość faktorów jest częścią grup bankowych, więc zapewne będą reagowali tak jak banki w przypadku próśb o prolongaty spłat. Banki już zaczynają prowadzić takie rozmowy z klientami.

>>> Czytaj też: Czeka nas Polska dwóch prędkości? Migracja może zróżnicować tempo wzrostu