"Branża lombardowa, której podstawowa działalność de facto polega na udzielaniu krótkoterminowych pożyczek pod zastaw wartościowych przedmiotów, znalazła się na świeczniku. Wszystko przez wybiórcze dokręcanie śruby innym podmiotom" - czytamy w dzienniku.

"Banki czy firmy pożyczkowe są mocno uregulowane, a lombardy nie, mimo sygnalizowania przez sektor finansowy takiej potrzeby" - powiedział cytowany w "PB" Piotr Palutkiewicz, zastępca dyrektora departamentu prawa i legislacji w Związku Przedsiębiorców i Prawodawców.

Jak podaje czasopismo, rozgoryczeni przedsiębiorcy wzięli sprawy w swoje ręce. "ZPP zlecił butikowi badawczemu Maison & Partners dogłębne zbadanie rynku lombardów. Kilkumiesięczne prace, polegające na badaniach ilościowych i jakościowych, analizie danych, wywiadach telefonicznych, ankietach elektronicznych czy tajemniczym kliencie, w maju tego roku zaowocowały 72-stronnicowym raportem. +Rynek lombardów w Polsce+" - poinformowano.

"Problemem jest (...) brak ustawowej definicji lombardu" - napisano. "Lombardy ze względu na specyfikę prowadzonej działalności powinny podlegać pod ustawę o kredycie konsumenckim. Właściciele lombardów skutecznie jednak obchodzą obowiązujące prawo, podpisując z klientami umowę na świadczenie usług komisowych lub przechowania przedmiotu - mówi Palutkiewicz. "PB" pisze, że w skrajnych przypadkach lombardy funkcjonują jako sklepy mięsne.

Z raportu wynika m.in., "że w branży lombardowej brakuje jednolitych zasad informowania o warunkach świadczonych usług czy standardów obsługi klienta. Wycena przedmiotu oddane pod zastaw metodą na oko wynosi średnio 35 proc". "Szacuje się, że oprocentowanie pożyczek w lombardach sięga nawet 550 proc. w skali roku" - podano.