Na początku sierpnia tego roku HarperCollins, wydawca książki „Putin’s People” („Ludzie Putina”) autorstwa dziennikarki śledczej Catherine Belton, przeprosił rosyjskiego bankiera Michaiła Fridmana i jego współpracownika Piotra Awena za sugestie, że mieli związki z KGB. Kolejne wydania publikacji ukażą się z odpowiednimi korektami. Teraz autorka i HarperCollins czekają już tylko na wyrok sądu w sprawie pozwu Romana Abramowicza i rosyjskiego giganta energetycznego Rosnieft. Orzeczenie ma zapaść w październiku. Wszystko odbywa się oczywiście w sądzie w Londynie.
Belton, była korespondentka „Financial Times” w Moskwie, pracowała nad swoją książką przez kilka lat. W szczegółowym śledztwie zebrała i opisała mechanizmy dojścia Putina do władzy oraz awansu jego ludzi. Dla zainteresowanych Rosją jej ustalenia rzadko były zaskoczeniem, ale wiele osób czekało na wyczerpujące opracowanie tematu.
Reklama
Nie spodobało się ono niektórym bohaterom. Abramowicz pozwał dziennikarkę za stwierdzenie, że kupił klub piłkarski Chelsea na życzenie Putina. Firma Rosnieft z kolei poczuła się dotknięta fragmentami, z których wynika, że nabycie przez nią części Jukosu, kiedy Kreml rozprawiał się z Michaiłem Chodorkowskim, nie było transakcją krystalicznie uczciwą.
Choć bestsellerowa książka Belton ukazała się również w USA, możni na miejsce złożenia pozwu wybrali Londyn. Nie bez przyczyny. ‒ Brytyjskie prawo o ochronie dobrego imienia słynie na całym świecie z tego, że faworyzuje bogatych ‒ mówi DGP Elisabeth Schimpfoessl, autorka książki „Rich Russians: From Oligarchs to Bourgeoisie” („Bogaci Rosjanie: od oligarchów do burżuazji”) i wykładowczyni Aston University. Jak zauważa, w Wielkiej Brytanii wystarczy, że miliarder poczuje się oczerniony, a to dziennikarz będzie musiał udowodnić w sądzie, że wszystko, co mówi, jest prawdą. W USA jest na odwrót: to na rzekomo zniesławionym spoczywa obowiązek wykazania, że dziennikarz kłamał ‒ i to kłamał umyślnie, kierując się złymi intencjami. ‒ Dlatego ja wydałam moją książkę w amerykańskim oddziale Oxford University Press. Ale wydawnictwo i tak zaangażowało prawnika, który przeczytał uważnie każde zdanie ‒ przyznaje Schimpfoessl.