Koniec węgla, koniec prądu
Winda jedzie ponad minutę. Na 20. piętrze trzeba wysiąść, potem krótki spacer poziom wyżej i jesteśmy na dachu Elektrowni Pątnów, około 115 metrów nad ziemią. Z góry – w szerszej perspektywie – widać więcej. W oddali majaczy Konin. Od końca lat 60. lokalna społeczność żyła tu dzięki elektrowni węglowej korzystającej z pobliskiej odkrywki węgla brunatnego. Powstały bloki, szkoły, sklepy i mniejsze firmy.
Kiedyś układ był prosty - elektrownia i kopalnia dawały pracę, a także pieniądze dla samorządu. Po latach ten model został przecięty. Zespół Elektrowni Pątnów–Adamów–Konin (ZE PAK) istnieje już tylko z nazwy. Od ponad dekady zamykane są kolejne bloki. Dwie elektrownie - Adamów w 2018 roku i Konin w 2021 roku - zamknięto na cztery spusty. Działa już tylko Pątnów, ale i to niedługo.
– Smutny widok. Z komina nic nie leci – słyszę, stojąc na dachu. Faktycznie, elektrownia jest już uśpiona. Polskie Sieci Elektroenergetyczne, nadzorujące krajowy system elektroenergetyczny, nie zamawiają stąd energii, choć w każdej chwili mogą zmienić decyzję. Na razie płacą za gotowość do pracy. Blok nr 9 będzie działał do przyszłego roku. Wtedy ZE PAK zamknie też ostatnią odkrywkę. Wydobycie węgla i produkcja energii z niego przejdą w tym regionie do historii.
„Jesteśmy zdeterminowani”
Elektrownia, mimo słonecznego dnia, wygląda dość ponuro. Odrapana elewacja, zużyte kominy i stare hale pamiętające jeszcze czasy głębokiego PRL-u. Życie ucieka stąd każdego dnia, tak jak farba z biało-czerwonego komina.
Wygaszanie elektrowni było sygnałem dla młodego pokolenia. W 2003 roku w Koninie mieszkały 83 tys. osób, dziś jest ich około 65 tys. Według prognoz za kolejne ćwierć wieku będzie to już tylko 45 tys. Wówczas połowę mieszkańców stanowić będą emeryci pamiętający jeszcze dymiące kominy elektrowni i warczące maszyny odkrywkowej kopalni. Konin jest jednym z najszybciej wyludniających się miast w Polsce. Nie bez powodu.
- Mamy wysoką stopę bezrobocia. W Koninie wynosi ona 7,5 proc., a w powiecie niemal 10 proc. Nie wygląda to dobrze, skoro w całym województwie wskaźnik wynosi około 3 proc. Ale są to zasoby, które mogą zostać wykorzystane - przekonuje Piotr Korytkowski, prezydent Konina.
Miasto chce zatrzymać negatywny trend. Jak słyszę, pomóc ma w tym budowa elektrowni jądrowej. Problem w tym, że decyzja nie została jeszcze podjęta. W 2027 roku rząd ma wybrać technologię dla drugiej „atomówki”, a rok później poznamy jej lokalizację.
Konin walczy z Bełchatowem
W grze są dwa miejsca: Bełchatów i Konin. W obu przypadkach są to miasta od lat żyjące z węgla i energii. Zakończenie pracy elektrowni oznacza dramatyczny spadek wpływów i odpływ mieszkańców, co już dziś doskonale widać w wielkopolskim mieście.
- Dotyka nas depopulacja. Jesteśmy w procesie transformacji. Nasz konkurent ma przed sobą jeszcze wiele lat produkcji energii z węgla brunatnego. U nas to już się kończy – dodaje prezydent. Liczy, że rząd wybierze jego miasto. „Jesteśmy zdeterminowani” – powtarza.
To nie pierwsze podejście Konina do atomu.
Tu powstanie elektrownia atomowa?
Przedstawiciele województwa przekonują, że rozmowy o atomie rozpoczęli już w 2009 roku. Wtedy zaproponowano dwie lokalizacje dla tego typu inwestycji w Wielkopolsce, a jedną z nich był Konin. Później jeździli do Stanów Zjednoczonych, Kanady i Francji, by pytać samorządowców, jak przekonywać mieszkańców, że taka inwestycja jest bezpieczna.
Problemem nie była jednak niechęć mieszkańców, lecz brak ostatecznej decyzji. W 2021 roku pojawiło się światełko w tunelu. Koreański KHNP podpisał list intencyjny z ZE PAK w sprawie budowy elektrowni jądrowej w Koninie. Miało to być przedsięwzięcie państwowo-prywatne, jednak w 2025 roku z pomysłu się wycofano.
Konin zdążył już nakreślić plan dla potencjalnej elektrowni i pozostaje on aktualny do dziś. Z dachu elektrowni przedstawiciele ZE PAK pokazują mi rozległy teren. To działki położone tuż obok – dziesiątki hektarów, na których mogłaby stanąć nowa elektrownia jądrowa. Koreańczycy chcieli postawić tam dwa duże bloki. Pozostali gracze proponują trzy, a nawet cztery. Wszystko zależy od wybranej technologii i ostatecznego zapotrzebowania na energię.
B jak Bełchatów
- Dzięki budowie elektrowni jądrowej mamy szansę osiągnąć nasze cele. Udałoby się domknąć transformację. Straciliśmy wiele miejsc pracy, które zapewniał ZE PAK. Budowa elektrowni jądrowej mogłaby zastąpić je na wiele lat. W samej elektrowni pracowałoby od tysiąca do 1,1 tys. osób, a w czasie budowy jeszcze więcej – przekonuje Maciej Sytek, prezes Agencji Rozwoju Regionalnego w Koninie.
Specjalistów od energetyki, którzy jeszcze pozostali w regionie, jest około tysiąca. To nie wszystko. Lokalni przedsiębiorcy również czekają na decyzję. Już teraz deklarują, że będą tworzyć miejsca noclegowe dla pracowników i gości oraz dostarczać wyposażenie – od rękawic po odzież roboczą. Lokalna gospodarka liczy na boom inwestycyjny albo przynajmniej na zatrzymanie negatywnego trendu.
W czasie dyskusji wielokrotnie - dosłownie lub w domyśle - pojawia się słowo „Bełchatów”. To największy konkurent Konina. W kuluarach słychać, że ma przewagę polityczną, choć zdaniem zgromadzonych to właśnie we wschodniej Wielkopolsce panują lepsze warunki do budowy elektrowni jądrowej.
Woda atutem?
Miliard metrów sześciennych wody - tyle znajdzie się wkrótce w zbiornikach położonych tuż obok Konina. To zarówno naturalne jeziora, jak i zalewane obecnie wyrobiska po odkrywkach. Woda podczas spotkania z dziennikarzami była odmieniana przez wszystkie przypadki. W elektrowni jądrowej jest potrzebna do chłodzenia reaktorów. A Konin ma jej znacznie więcej niż Bełchatów, co zdaniem władz i lokalnych ekspertów stanowi przewagę miasta.
Łukasz Sułakowski z firmy Inplus Energia zaznaczał, że teren obecnej elektrowni Pątnów, gdzie miałaby powstać „jądrówka”, nie jest zagrożony z punktu widzenia geologicznego, m.in. przez wstrząsy sejsmiczne. Nie znajduje się też w pobliżu dużych baz wojskowych ani zakładów ciężkiego przemysłu. Jak przekonywał, nie występuje tu również zagrożenie powodziowe.
- Konin od dziesięcioleci jest jednym z najważniejszych węzłów energetycznych w Polsce. Dysponuje także rozwiniętą infrastrukturą drogową i kolejową. To lokalizacja, która wymaga minimalnych inwestycji infrastrukturalnych, np. w zakresie sieci przesyłowych – przekonywał.
A co, jeśli się nie uda?
Na spotkaniu, podobnie jak podczas wizyty na dachu elektrowni, dziennikarzom towarzyszyli eleganccy panowie w garniturach, przedstawiciele firm EDF, Candu i Westinghouse, rywalizujących o kontrakt na dostawę technologii dla drugiej elektrowni jądrowej w Polsce.
Przyglądali się dyskusji, uśmiechali się, ale nie chcieli mówić zbyt wiele. W pewnym momencie zapytano ich, czy woda faktycznie jest przewagą Konina. Dyplomatycznie odpowiedzieli, że nie. Zarówno technologia francuska, amerykańska, jak i kanadyjska poradzi sobie również z warunkami, jakie oferuje Bełchatów. Jednocześnie podkreślali, że jeśli Polska wskaże Konin, są gotowi budować właśnie tutaj. Oczami wyobraźni wskazywali nawet miejsca, w których mogłyby stanąć ich reaktory.
A co, jeśli się nie uda? To pytanie zadawało sobie wiele osób. W kuluarach usłyszałem, że Bełchatów prowadzi w wyścigu o drugą „atomówkę”. W Koninie jednak się nie poddają. Mają jeszcze ponad rok na przekonanie władz. - Jak to ludzie z Wielkopolski, mamy też plan B, a nawet plan C, ale nie będę dziś o nich opowiadał – usłyszałem.
- Jeżeli o wyborze lokalizacji będą decydować obiektywne, naukowe fakty, wierzymy, że mamy przewagę – powiedział marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak.
