Żyjemy w czasach wielu rewolucji – cyfrowej, energetycznej, komunikacyjnej. W gospodarce coraz istotniejszą rolę odgrywają nowe technologie, a kwestie środowiskowe zajmują coraz ważniejsze miejsce w strategiach firm. Dlatego z jednej strony nowe programy i regulacje, które trafiają na czołówki gazet głównie za sprawą astronomicznych kosztów, są przyjmowane ze sceptycyzmem, z drugiej zaś jako szansa – na nową i bardzo prawdopodobne, że zyskowną ścieżkę biznesową.

Polityka klimatyczna wymusza na koncernach paliwowych i energetycznych szukanie nowych nisz, nowych źródeł energii. To prawda, ale nie cała. Owszem kolejne konferencje klimatyczne i wynikające z nich regulacje były impulsem do poszukiwania nowych modeli biznesowych, jednak firmom energetycznym i paliwowym przyświeca ten sam cel, co wszystkim innym przedsiębiorstwom na całym świecie – zysk. A że osiągnięty z mniejszym wpływem na środowisko, to chyba nie powinno być zarzutem.

Nowe ścieżki

Koncerny rozszerzają zakres swojej działalności na nowe (chociaż pokrewne) branże. Pierwszym powodem jest powszechna w biznesie dywersyfikacja działalności. W czasach wielkich przełomów warto zabezpieczyć się przed skutkami gwałtownych zmian w jednej branży. To także dlatego firmy dotychczas kojarzone z energetyką węglową inwestują w farmy solarne, a koncerny paliwowe w energetykę.

Drugim powodem jest czysta kalkulacja zysków. Owszem, mówimy o miliardowych kosztach, np. realizacja celów przedstawionych w ogłoszonym niedawno Europejskim Zielonym Ładzie będzie wymagała znacznych inwestycji. Szacuje się, że aby osiągnąć cele wyznaczone obecnie w zakresie klimatu i energii na okres do 2030 r., w UE konieczne będą dodatkowe inwestycje rzędu 260 mld euro rocznie, czyli ok. 1,5 proc. PKB wspólnoty z 2018 r. Jak szacuje Komisja Europejska transformacja energetyczna w Polsce będzie kosztować nasz kraj aż 240 mld euro.

Reklama

Z drugiej jednak strony, te setki miliardów euro można potraktować jako inwestycję. Coraz większe zainteresowanie energią z odnawialnych źródeł wynika bowiem z tego, że jest ona niemal darmowa (niemal, bo trzeba przecież konserwować wiatraki i panele słoneczne, o sieci nie wspominając).

Początkowa mała popularność energii z OZE wynikała z ogromnych kosztów inwestycji. Dziś ceny technologii na tyle spadły, a efektywność paneli i wiatraków na tyle wzrosła, że możemy mówić o konkurencyjności tych źródeł, a jeżeli te trendy cenowe i wydajnościowe się utrzymają, to OZE będą oczywistym pierwszym wyborem.

Coraz taniej

Tak zwany uśredniony koszt energii elektrycznej (LCOE – ang. Levelised Cost of Electricity) określający wartość bieżącą netto kosztu jednostki energii elektrycznej w całym okresie funkcjonowania elektrowni, a więc zarówno nakłady inwestycyjne, jak i wydatki operacyjne w tym na paliwo, w przypadku niektórych technologii OZE spadł w ciągu ostatnich ośmiu lat nawet czterokrotnie. Rekordzistą są panele fotowoltaiczne, dla których średni ważony LCOE dla instalacji przemysłowych spadł z poziomu 0,371 USD/kWh w 2010 r. do 0,085 USD/kWh w 2018 r.

Według prognoz działu analitycznego Bloomberga (BNEF) do 2040 r. koszty wytwarzania energii z lądowych farm wiatrowych spadną o 41 proc., a z instalacji fotowoltaicznych o 60 proc. Do 2030 r. najbardziej efektywne farmy wiatrowe będą dostarczać energię po cenach o ponad połowę niższych od tego, ile kosztuje dziś prąd na rynku hurtowym w Polsce.

BNEF ocenia, że już dziś instalacje wiatrowe i słoneczne są najtańszymi źródłami energii w regionach, w których żyje dwie trzecie światowej populacji, czyli ponad 5 mld ludzi. Na obszarach tych generuje się 85 proc. zużywanej przez ludzkość energii. W porównaniu z drugą połową 2019 r. ceny energii z lądowych farm wiatrowych są obecnie o 9 proc. niższe, a z wielkoskalowych instalacji słonecznych – o 4 proc. Łączna cena, czyli LCOE wynosi obecnie 44 dol./MWh (w przeliczeniu 184 zł/MWh) w przypadku wiatru i 50 dol./MWh (około 210 zł/MWh) – dla porównania, na warszawskiej Towarowej Giełdzie Energii w piątek płacono prawie 246 zł/MWh.

Kalkulacja cenowe obejmuje również koszty surowców energetycznych. Większość krajów musi je importować, a w ten sposób jest zależna od poziomu cen na światowych rynkach. Na przykład Niemcy wydają niemal 90 mld euro rocznie na import ropy, węgla i gazu – kwoty te rosną. Przypomnijmy zresztą, że pośrednim efektem drugiego kryzysu naftowego był kryzys zadłużeniowy lat 80., który nie ominął również Polski.

Własne źródła energii dają w tym względzie większą niezależność i przewidywalność cen. A skoro nie zawsze mamy surowce kopalne (w przypadku Polski węgiel i owszem, ale krajowe złoża gazu zapewniają ok 25–30 proc. zapotrzebowania), to energia odnawialna lub nowe, dopiero wkraczające do biznesu technologie jak wodór (chociaż nieprzypadkowo wciąż nazywa się je źródłami niestabilnymi – bo nie zawsze świeci słońce i nie zawsze wieje) są czynnikiem stabilizującym system energetyczny.

Popyt stale rośnie

Poszukiwanie nowych źródeł energii jest działaniem dalekowzrocznym, ponieważ będziemy jej potrzebowali coraz więcej. Dużo więcej. „Komputery pojawiły się w gospodarstwach domowych, fabrykach i biurach. Dziś są wszędzie. (…) W świecie internetu rzeczy (ang. Internet of Things, IoT) czy internetu wszystkiego (ang. Internet of Everything) każdy fragment naszego codziennego otoczenia będzie cyfrowy, generując w czasie rzeczywistym ogromne ilości danych na bieżąco gromadzonych, przesyłanych i analizowanych w celu ulepszania i usprawniania funkcjonowania świata, w którym żyjemy. Inteligentne budynki, miasta, sieci, a nawet ubrania – wszystkie te systemy będą wymagały ogromnych ilości energii elektrycznej – czytamy w raporcie Jak zazieleniają się globalne spółki naftowe analityków 300RESEARCH, działu analitycznego platformy gospodarczej 300GOSPODARKA.

Swoje dołoży rozwijająca się elektromobilność. BNEF szacuje, że pojazdy elektryczne zwiększą zapotrzebowanie na energie o prawie 4 tys. TWh do 2050 r., co będzie stanowiło 9 proc. światowego zapotrzebowania na energię elektryczną. W sumie globalne zapotrzebowanie zwiększy się o 62 proc. do 2050 r.

Dla koncernów paliwowych ta sytuacja stanowi dodatkowe wyzwanie. W perspektywie kilku następnych dekad zapewne okaże się, że aby utrzymać się na rynku potrzebne będą nie stacje benzynowe, a stacje ładowania, a wytwarzanie energii elektrycznej będzie znacznie ważniejsze niż przetwarzanie ropy. Prognozy S&P Global Platts Analytics przewidują, że pojazdy elektryczne typu plug-in, w tym hybrydy, będą stanowiły prawie połowę globalnej sprzedaży aut do 2040 r., wypierając popyt na ropę jako paliwo transportowe i rozszerzając rolę sektora energii elektrycznej.

Ta rewolucja już trwa. Niedawno brytyjski think tank Ember przedstawił półroczną analizę dotyczącą transformacji energetycznej w Europie. Analitycy informują, że po raz pierwszy produkcja ze źródeł odnawialnych (OZE) przekroczyła wytwarzanie energii z paliw kopalnych.

Według wyliczeń Ember w pierwszej połowie 2020 r. elektrownie słoneczne, wiatrowe, wodne oraz biogazownie wytworzyły 40 proc. energii elektrycznej w krajach UE-27, podczas gdy ta wyprodukowana w elektrowniach konwencjonalnych stanowiła 34 proc.

Udział OZE wzrósł o 11 proc. wskutek powstania nowych instalacji wiatrowych i słonecznych. Wskaźniki produkcji podbiły także sprzyjające warunki pogodowe. Energetyka wiatrowa i słoneczna stanowiły 21 proc. produkcji energii w Europie, w poszczególnych krajach zostały odnotowane wyższe wskaźniki: 64 proc. w Danii, 49 proc. w Irlandii i 42 proc. w Niemczech.

Jest bezpieczniej

Nie zapominajmy również o jeszcze jednym aspekcie, nieczęsto wymienianym w kontekście OZE – bezpieczeństwie. Skoro idealnym modelem jest niezależność energetyczna, to właśnie OZE, a także technologie wodorowe, tę niezależność wzmacniają. Słońca, wiatru i wodoru praktycznie każdy kraj ma pod dostatkiem. Jest tylko problem technologii.

Najlepszym symbolem tego aspektu są słowa prezydenta Jimmy’ego Cartera z 1979 r., wypowiedziane przy okazji montowania słonecznego systemu grzewczego na dachu Białego Domu. – Nikt nigdy nie stworzy embargo na słońce – stwierdził ówczesny prezydent USA.

Kontekst tych słów był oczywisty: to był szczyt drugiego kryzysu naftowego, który wywindował ceny ropy pod niebo (jak na ówczesne czasy). Ale czy takie podejście możemy dziś uznać za nieaktualne? Zarówno kryzysy naftowe lat 80., jak i już znacznie późniejsze poczynania Gazpromu uświadamiają dobitnie, że surowce energetyczne mogą być traktowane jako broń w walce politycznej. Kraje bez własnej rezerwy energetycznej są wobec takich zabiegów zupełnie bezbronne.