Polski sektor rolno-spożywczy od lat chlubi się szybkim rozwojem i zwiększającą się w szybkim tempie produkcją oraz eksportem, który w ostatnim piętnastoleciu (w latach 2004-2019) wzrósł aż sześciokrotnie, z 5,2 mld do 31,4 mld euro. Dzięki temu sektor rolniczy stał się jedną z trzech branż polskiej gospodarki o największym eksporcie. Na dodatek od 2004 r. nieprzerwanie mamy nadwyżkę handlową – w zeszłym roku sięgnęła aż 10 mld euro.

Szczególnie spektakularnie rozwinęła się nie tylko produkcja jabłek, ale np. polskie mleczarstwo, hodowla bydła mięsnego czy drobiarstwo. Polska wyrosła na największego w UE producenta i eksportera drobiu, a także jabłek. Została unijnym wiceliderem w eksporcie wołowiny, choć jeszcze w latach 90. polski oddział McDonald’s musiał ściągać wołowinę z zagranicy, bo w Polsce brakowało odpowiedniego surowca (hodowaliśmy wtedy niemal wyłącznie bydło mleczne).

W tych gałęziach rolnictwa nauczyliśmy się konkurować jak równy z równym z producentami nie tylko z Europy, ale i z całego świata. Ale zaczęliśmy produkować więcej niż krajowy rynek był w stanie wchłonąć, więc cały czas zwiększaliśmy eksport, uzależniając się od niego. Na rynki zagraniczne trafiała połowa produkowanego w Polsce drobiu i aż 80 proc. polskiej wołowiny, a także bardzo duża część polskich jabłek czy tzw. owoców miękkich (malin, porzeczek, borówek amerykańskich itd.). To jednak nie wszystko, bo np. w hodowli drobiu czy świń uzależniliśmy się też w bardzo dużym stopniu od importu przeznaczanej na pasze soi, która, dzięki dużej zawartości białka, przyspiesza wzrost zwierząt.

Polska wyrosła na największego w UE producenta i eksportera drobiu, jabłek, a także została unijnym wiceliderem w eksporcie wołowiny.

Co najgorsze dotąd eksportowaliśmy głównie surowce i półprodukty rolne, nie tworzyliśmy silnych, międzynarodowych marek spożywczych, więc musieliśmy konkurować ceną. To zaś wymuszało maksymalizację produkcji i tworzenie wielkich, przemysłowych gospodarstw. Z drugiej strony szybciej niż w zachodniej Europie zaczęły znikać gospodarstwa średniej wielkości.

Reklama

Brakuje wartości dodanej

Zachodnioeuropejscy rolnicy, w tym średni i mali, zajmują się nie tylko uprawą ziemi czy hodowlą, ale także przetwórstwem żywności. Sami przetwarzają swoje płody rolne i uzyskują wyższe ceny za gotowe produkty, które sprzedają bez pośredników do sklepów. Są też w dużo większym stopniu niż polscy rolnicy zrzeszeni, np. w spółdzielniach.

Duński koncern mięsny Danish Crown, największy przetwórca mięsa w Europie i właściciel polskiego Sokołowa, to należąca do rolników z tego kraju spółdzielnia. Do farmerów – w tym przypadku niemieckich – należy też większość udziałów w niemieckim koncernie cukrowniczym Suedzucker, największym producencie cukru w Europie i właściciel czterech cukrowni w Polsce.

W Polsce wygląda to zupełnie inaczej. Rolnicy, poza mleczarstwem, częścią drobiarstwa i innymi nielicznymi wyjątkami, nie mają należących do nich zakładów przetwórczych czy produkujących żywność. I na ogół działają w pojedynkę. To – przy ich rozdrobnieniu – sprawia, że są zdani na warunki dyktowane przez przetwórców (których duża część, paradoksalnie, to firmy należące do zachodnioeuropejskich farmerów, jak już wymieniony Sokołów czy Suedzucker). Tylko największe, polskie gospodarstwa są w lepszej sytuacji. Podobnie jest w przypadku, gdy rolnicy sprzedają surowe owoce i warzywa bezpośrednio sieciom handlowym.

Słaby jest także rozwój rolnictwa ekologicznego. Z tych samych powodów: żeby się opłacało rolnik powinien przetwarzać to, co wyprodukuje i sprzedawać gotową żywność. A sprzedając, powinien działać w grupie.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym, że taki model rozwoju polskiej branży rolno-spożywczej jest ryzykowny, było embargo na polską żywność wprowadzone przez Rosję w 2014 r. To najmocniej uderzyło w polskich producentów jabłek, których Rosja była największym, zagranicznym odbiorcą. Eksport tych owoców drastycznie spadł i nadal jest dużo niższy niż przed wprowadzeniem embarga. Kolejnym sygnałem była ptasia grypa, której kolejne ogniska blokowały eksport drobiu.

Najzimniejszym jednak prysznicem okazała się pandemia COVID-19 i wprowadzony przez nią lockdown. Drastyczny spadek eksportu najboleśniej dotknął producentów drobiu i wołowiny. Ich odbiorcami są kraje zachodniej Europy, a w nich tzw. sektor HORECA, czyli restauracje, hotele i catering, który przez lockdown praktycznie zamarł. Wraz z załamaniem się eksportu gwałtownie spadły ceny polskiego drobiu oraz wołowiny. Ich producenci zamiast zysków musieli liczyć straty. Jeden z największych, polskich producentów drobiu, ikona sukcesu w tej branży, tracił podczas lockdownu milion złotych dziennie. I nigdy wcześniej nie był w tak trudnej sytuacji.

Według danych Eurostatu produkcja ziemniaków w Polsce w latach 2000 – 2018 spadła aż o 76 proc.

Problem z polskimi producentami polega na tym, że w porównaniu z gospodarstwami zachodnioeuropejskimi polskie są średnio dużo mniejsze. Zachodnioeuropejskie gospodarstwa są poza tym zrzeszone w większe grupy produkcyjne i przetwarzają swoje płody rolne na gotowe produkty. Tylko ci polscy rolnicy są w stanie konkurować z zachodnioeuropejskimi kolegami, który mają wielkie gospodarstwa lub są zrzeszeni w grupach produkcyjnych lub spółdzielniach. Nie jest przypadkiem, że największe sukcesy polscy producenci odnosili, gdy zajęli się przetwórstwem (np. drobiarstwo) lub zrzeszyli się w większe grupy, bądź zrobili jedno i drugie. Świetnym przykładem jest mleczarstwo. Większość rynku mleka i nabiału należy do polskich spółdzielni mleczarskich, należących do rolników. Dwie z nich, Mlekovita i Mlekpol, są liderami polskiego rynku, wygrywając m.in. z takimi gigantami, jak francuski Danone czy niemiecki Zott.

Wprowadzone przez Rosję w 2014 r. embargo na polską żywność najmocniej uderzyło w polskich producentów jabłek.

Te gałęzie rolnictwa, w których zastosowaliśmy ów model, są rentowne, unowocześniły się, szybko się rozwijają i radzą sobie z zagraniczną konkurencją. Ale tam, gdzie tego nie zrobiliśmy, czyli w większości polskiego rolnictwa, jest na ogół kiepsko,. Znikają tysiące gospodarstw, a produkcja maleje.

Podam dwa przykłady. Pierwszym jest uprawa ziemniaków. Wydawałoby się, że w kraju, w którym ziemniaki są tak chętnie jadane, ich uprawa powinna być narodową specjalnością. Tymczasem według danych Eurostatu produkcja ziemniaków w Polsce w latach 2000 – 2018 spadła aż o 76 proc. Nic więc dziwnego, że dziś więcej kartofli importujemy niż eksportujemy, a do tego coraz więcej importujemy z zachodniej Europy, bo tam często są tańsze niż u nas.

Podobnie jest w przypadku wieprzowiny oraz hodowli trzody chlewnej, w której Polska ma wielowiekową tradycję i świetne warunki do rozwoju. Według danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa Polska już od 10 lat importuje więcej wieprzowiny niż eksportuje. W zeszłym roku eksport mięsa wieprzowego z Polski był wart 3,66 mld zł, ale import aż 6,3 mld zł. Najwięcej wieprzowiny sprowadziliśmy z Niemiec, Belgii, Danii, Hiszpanii i Holandii. Jeszcze gorzej jest w przypadku żywca (żywych świń). W 2019 r. wyeksportowaliśmy go za 53 mln zł, a import sięgnął aż 2,1 mld zł, na co składają się przede wszystkim miliony warchlaków i prosiąt z Danii, w które zaopatrywali się polscy hodowcy trzody.

Przyszłość polskiego rolnictwa

Dlaczego tak źle wypadamy, jeśli chodzi o uprawę ziemniaków, hodowlę trzody i produkcję wieprzowiny? Odpowiedzią jest przede wszystkim zbyt duże rozdrobnienie produkcji. Gospodarstwa zachodnioeuropejskie są dużo większe od polskich. I dzięki efektowi skali są tańsze.

Mamy więc w polskim rolnictwie skrajności: przerośniętą produkcję w jednych gałęziach, a niedorozwój w innych. Z jednej strony dominują wielkie, przemysłowe farmy, a z drugiej tysiące maleńkich gospodarstw, które są skazane na wymieranie. Brakuje trzonu, którym powinna być liczna grupa dobrze radzących sobie, średniej wielkości gospodarstw. W tym takich, które zajmują się produkcją ekologiczną.

Rolnictwo zachodnioeuropejskie jest dowodem, że nie jesteśmy skazani na uprzemysłowienie i poleganie wyłącznie na wielkich farmach. W zachodniej Europie z powodzeniem funkcjonują średnie gospodarstwa. Dzięki temu unijna żywność uchodzi za najlepszą na świecie, za którą konsumenci z wielu krajów są skłonni więcej zapłacić. Dlatego Unia Europejska jest największym, globalnym eksporterem żywności.

W Polsce 80 proc. ziemi należy do gospodarstw rodzinnych, reszta do dużych gospodarstw.

Co więc stanie się z polskim rolnictwem? Ciągle mamy szanse, by przy odpowiedniej polityce państwa zmienić sektor rolny na bardziej zrównoważony, z przewagą średnich gospodarstw. Rolnicy mogliby więcej zarabiać nie tylko dzięki zwiększaniu powierzchni gospodarstw i skali produkcji (jak dotąd), ale także dzięki zrzeszaniu się w spółdzielnie i grupy produkcyjne. Zdecydowanie częściej niż dotąd powinni zajmować się też przetwórstwem, produkcją gotowych produktów spożywczych.

Takie zmiany w dużym stopniu zależą od sprzyjających przepisów i tworzenia przez państwo zachęt finansowych. Prof. Walenty Poczta z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, jeden z najlepszych znawców polskiego rolnictwa, uważa, że ma ono duży potencjał, który nie jest w pełni wykorzystany. „Samorząd woj. wielkopolskiego na południu regionu, z trzech powiatów – gostyńskiego, rawickiego i krotoszyńskiego – i jednej gminy z powiatu leszczyńskiego, utworzył subregion rozwiniętego rolnictwa. Na tym terenie produkcja rolna w przeliczeniu na hektar jest około dwa razy wyższa niż w całym kraju. Mimo że tamtejsze rolnictwo niczym szczególnym się nie wyróżnia. Jest dość tradycyjne, 80 proc. ziemi należy do gospodarstw rodzinnych, reszta do dużych gospodarstw. Także środowisko naturalne jest w świetnym stanie, co potwierdzają biolodzy i czego dowodem jest występowanie kilku chronionych, rzadkich, zagrożonych wyginięciem gatunków ptaków. To oznacza, że gdybyśmy mieli w Polsce ten typ rolnictwa, to podwoilibyśmy naszą produkcję rolną – przy niegorszym stanie środowiska” – powiedział.

Dziś coraz powszechniejszym trendem, także w Polsce, jest powrót do tradycyjnych praktyk rolniczych, takich jak np. płodozmian i dbałość o glebę. Coraz popularniejsze jest rolnictwo zrównoważone, proekologiczne. To wielka szansa dla nas. Jest nią nawet zmiana klimatu, bo dzięki niej zaczynamy na coraz większą skalę uprawiać rośliny, na które wcześniej było po prostu za zimno, jak np. soję. Pytanie tylko, czy te szanse wykorzystamy.

Jacek Krzemiński

Źródło nieznane