– Podstawą bezpieczeństwa użytkownika jest zrozumienie produktu, z którego korzysta. Wtedy ma szanse podejmować właściwe decyzje. Jeśli nie wie z czym ma do czynienia, nie wie też, jakie uprawnienia mu przysługują – mówi Emil Radziszewski, p.o. dyrektora departamentu spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych i instytucji płatniczych w Urzędzie KNF.

– Istotne, by odróżniać pieniądz elektroniczny od pieniądza bankowego, czyli pieniądza skryptularnego – tego, do czego mamy dostęp za pomocą bankowości elektronicznej. To, że płacimy, przelewamy, wysyłamy środki za pomocą Internetu oznacza, że tylko robimy to elektronicznie. Nie oznacza to natomiast, że robimy to pieniądzem elektronicznym. Pieniądzem elektronicznym nie są również kryptowaluty – te w ogóle trudno uznać za rodzaj pieniądza – zaznacza urzędnik.

Różne typy pieniądza mają nie tylko odmienną postać. Gotówka, czyli pieniądz fiducjarny, jako jedyny ma zdolność do umarzania należności pieniężnych. – Jeśli jestem komuś winny pieniądze i przyniosę mu gotówkę (a nie umówiliśmy się na szczególną formę płatności), to ma obowiązek ją przyjąć i umorzyć mi zobowiązanie. Jeśli przyjdę z np. wekslem albo sztabką złota, to takiego obowiązku nie ma. Podobnie jest z przelewem bankowym, choć tu przepisy dążą do zrównania tej formy płatności z gotówkową, a w niektórych przypadkach jest to już jedyna dopuszczalna forma płatności – wyjaśnia Radziszewski.

Z prawnego punktu widzenia w banku tak naprawdę nie mamy pieniędzy na rachunku, tylko zapisane tam zobowiązanie banku do wypłaty nam określonej kwoty w gotówce. Gdy płacimy przelewem, to nie przekazujemy pieniędzy, ale roszczenie do banku o wypłatę danej kwoty w gotówce.

E-pieniądz to z kolei dematerializacja i digitalizacja gotówki. Jest to cyfrowa reprezentacja gotówki. – Pieniądz elektroniczny jest sposobem na uniknięcie pewnych niedogodności, jakie są związane z gotówką i transakcjami nią. Np. noszenia i liczenia dużej ilości banknotów, podatności na zgubienie, zniszczenie. Prywatny podmiot emituje i niejako sprzedaje wartości pieniężne zapisane elektronicznie na jakimś nośniku informacji w zamian za tradycyjne środki pieniężne, w relacji 1:1. Czyli np. ja przynoszę banknot 100 zł , a w zamian dostaję cyfrową reprezentację tych 100 zł – tłumaczy przedstawiciel nadzoru.

Billon nie będzie pierwszym emitentem e-pieniądza działającym na naszym rynku. Taką instytucją jest np. brytyjski fintech Revolut, który niedawno informował o przekroczeniu granicy 400 tys. użytkowników w Polsce. Między oboma projektami jest jednak istotna różnica. Revolut (który kilka miesięcy temu uzyskał licencję bankową na Litwie i po jej „paszportowaniu” w naszym kraju chce zmienić status prawny) rozlicza transakcje w swoim systemie. Billon, który opiera się na technologii blockchain, umożliwi bezpośrednie rozliczanie się między użytkownikami, bez pośrednictwa.

Blockchain jest kojarzony zwykle z kryptowalutami. Projekt, na który zgodę dał nadzór, poza technologią, nie ma jednak z nimi nic wspólnego.

Według przedstawiciela UKNF, inicjatywa Billona jest pierwszym przypadkiem na rynku polskim, który faktycznie, w 100 proc. spełnia definicję pieniądza elektronicznego z unijnej dyrektywy z 2009 r. Zgodnie z nią „pieniądz elektroniczny oznacza wartość pieniężną przechowywaną elektronicznie, w tym magnetycznie, stanowiącą prawo do roszczenia wobec emitenta, która jest emitowana w zamian za środki pieniężne w celu dokonywania transakcji płatniczych (…) i akceptowana przez osoby fizyczne lub prawne inne niż emitent pieniądza elektronicznego”.

Co dzieje się z gotówką, która trafia do instytucji pieniądza elektronicznego? – Przyjęte w zamian za wydany e-pieniądz środki wydawca e-pieniądza „chowa do sejfu”: wpłaca na specjalny rachunek bankowy albo lokuje w super bezpieczne płynne aktywa. To najbezpieczniejszy sposób przechowywania środków. Wydawca e-pieniądza nie może z tymi pieniędzmi nic robić, bo w każdej chwili musi być gotowy, żeby te elektroniczne 100 zł odkupić. Tych pieniędzy nie można więc obciążyć ryzykiem, np. komuś pożyczyć albo zainwestować na giełdzie – wyjaśnia Emil Radziszewski.

– Dzięki zezwoleniu będziemy mogli oferować firmom na terenie całej Europy w formacie B2B2C cały szereg rozwiązań, wykorzystujących potencjał pieniądza elektronicznego. Mogą to być przelewy P2P, mikropłatności za treści multimedialne, czy e-commerce, albo wypłaty korporacyjne dokonywane po znacznie niższych kosztach niż w przypadku standardowych systemów bankowych – mówił, cytowany w komunikacie prasowym Wojciech Kostrzewa, prezes Billona (w przeszłości szef BRE Banku, który dziś funkcjonuje jako mBank).

W tej chwili minimalna wartość płatności w Billonie odpowiada najmniejszej jednostce danej waluty – w Polsce jest to grosz, na Wyspach Brytyjskich jeden pens.

Od 2017 r. inna spółka z grupy Billon – Billon Financial jest zarejestrowana w FCA – brytyjskim nadzorze jako „mała instytucja pieniądza elektronicznego”. Zgodnie z brytyjskimi przepisami, tego typu podmiot może świadczyć usługi płatnicze, które w ciągu roku nie przekraczają średnio 3 mln funtów w skali miesiąca. O tym, że firma jest wciąż na początkowym etapie rozwoju, świadczą również jej wyniki finansowe. W 2017 r. (danych za ub.r. jeszcze nie ma) Billon Group miała 2,1 mln funtów straty, co zmniejszyło jej kapitał do 1,9 mln funtów.

>>> Czytaj też: Blockchain może zmienić handel międzynarodowy