Jak według unijnych dyrektyw wygląda idealny proekologiczny obywatel Polski? Nie bacząc na koszty, rzetelnie segreguje śmieci na pięć frakcji, kupuje droższe produkty od lokalnych dostawców i pakuje je do płóciennej torby, a do sklepu dojeżdża komunikacją miejską, choć ceny biletów rosną. Tanich produktów jednorazowych z plastiku nie kupuje, a gdy idzie do baru, to prosi o drinka bez słomki. Plastikowej, rzecz jasna.

Czy ciężar odpowiedzialności za ratowanie planety przed ekologiczną katastrofą powinien spoczywać głównie na maluczkich? Przykłady innych państw UE pokazują, że mogą zostać do tego zmuszeni także pozostali uczestnicy rynku: przemysł czy wielkie koncerny. Jednak u nas cały czas nie udaje się wprowadzić rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP) – oznacza to, że firmy troszczą się nie tylko o rosnące słupki sprzedaży, ale też o późniejszą utylizację np. opakowań po swoich produktach.

W efekcie wieloletnich zaniedbań, beztroski kolejnych rządów i skutecznego lobbingu koncernów staliśmy się patologicznym rajem.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP