Zmarł na raka prostaty i dlatego będę chyba musiał zmienić swoją niepochlebną dotąd opinię na temat raka prostaty. (...) Cieszę się, że nie żyje”. Skąd ten cytat? Z anonimowego komentarza wystawionego przez hejtera pod nekrologiem? Nie. To opinia Billa Mahera, amerykańskiego komika i komentatora politycznego, wygłoszona na antenie HBO. Maher w ciągu 30-letniej kariery telewizyjnej zjednał sobie setki tysięcy zwolenników na lewicy. Demokraci kochają go m.in. za to, że mówi na głos to, przed wypowiedzeniem czego ich samych powstrzymują resztki przyzwoitości. Maher nie znosi tabu i obca jest mu kurtuazja. A zatem radość z czyjejś śmierci? Czemu nie? Zwłaszcza że tym razem chodzi o śmierć osoby, którą amerykańska lewica uznała za wcielonego diabła – Davida Kocha, współwłaściciela imperium Koch Industries i jednego z najbogatszych ludzi świata. Zmarł 23 sierpnia w wieku 79 lat.

Biznesowa dynastia

Jeśli istnieją ludzie stworzeni po to, by budzić zawiść, David Koch był jednym z nich. Po pierwsze – dobrze urodzony. Nie w sensie arystokratycznych korzeni – o bogactwie jego domu rodzinnego zadecydowała ropa. Ojciec Davida Fred C. Koch w połowie lat 20. XX w. opracował nową, bardziej wydajną metodę wytwarzania paliwa, która pozwoliła jego rafinerii konkurować z największymi graczami na rynku. To on stworzył imperium, które potem przejęli jego synowie (David ma jeszcze trzech braci: Charlesa, Williama i Fredericka).

Po drugie – hojnie potraktowany przez matkę naturę. Przystojny, sprawny fizyczne i wysoki (1,96 m) oraz niezwykle inteligentny. Studiował inżynierię chemiczną na prestiżowym Massachusetts Institute of Technology, a jednocześnie – poza nauką – notował sukcesy sportowe. Grał w koszykówkę w drużynie uniwersyteckiej, zdobywając średnio 21 punkty na mecz. Jego rekord, 41 punktów, został pobity dopiero w… 2009 r.

Po trzecie, niezwykle ambitny. Teoretycznie mógł odsprzedać braciom swoje udziały w Koch Industries za kilka miliardów dolarów i delektować się życiem w luksusie, w otoczeniu pięknych kobiet (miał opinię playboya), ale nawet tego nie rozważał. To znów kwestia wychowania. Koch senior nieustannie stymulował wzajemną rywalizację między synami. Nie mogli osiąść na laurach, żeby nie stracić twarzy. Ta rywalizacja odbiła się im czkawką w latach 90., gdy Koch Industries stało się już jednym z największych przedsiębiorstw USA. William i Frederick zaczęli podważać metody, jakimi Charles i David zarządzali firmą. Chcieli przejąć ster. Rodzina się podzieliła i weszła na drogę sądową. Buntownicy zostali wyrzuceni za burtę w 1998 r. i choć na pocieszenie dostali 1,1 mld dol., to jeszcze trzy lata zajęło im pogodzenie się ze zwycięzcami. Gdy dziś w amerykańskiej debacie publicznej ktoś odnosi się do „braci Koch”, ma więc na myśli tylko dwóch z nich – Charlesa i Davida – oraz kierowany przez nich Koch Industries, petrochemiczny konglomerat notujący 110 mld dol. przychodów rocznie i zatrudniający 120 tys. ludzi w 60 krajach świata.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej