Chociaż przedstawiona przez Ministerstwo Środowiska koncepcja wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP), czyli mechanizmu, który ma zrewolucjonizować rynek recyklingu w Polsce, jest jeszcze na bardzo wczesnym etapie, to zdążyła już wywołać duże kontrowersje i podzielić rynek. Na szali są miliardy złotych, które zależnie od przyjętego modelu redystrybucji będą przepływać przez wiele instytucji i ostatecznie trafią do budżetu państwa, samorządów lub kolejnych prywatnych podmiotów. Właśnie o to, do kogo, ile i na jakich zasadach będą przekazywane środki, toczy się teraz walka.

Co do jednego jest zgoda: to przemysł opakowaniowy zapłaci najwięcej, bo to on ma bardziej niż obecnie wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co się później dzieje z pozostałościami po ich towarach. Dziś obowiązek uprzątnięcia i zagospodarowania opakowań spoczywa przede wszystkim na gminach. Te z kolei mierzą się z brakiem zbytu na surowce wtórne oraz rosnącą konsumpcją, która sprawia, że śmieci z roku na rok tylko przybywa. A to – o czym przekonują się mieszkańcy w całej Polsce – winduje ceny za ich odbiór.

Odpowiedzią na to ma być właśnie pełne wdrożenie ROP. – Chcemy wprowadzić zasadę, że to zanieczyszczający płaci. Naszym celem jest, żeby to nie samorządy i ich mieszkańcy płacili za odpady, ale ci, którzy wprowadzają je na rynek – zapewnia Henryk Kowalczyk, minister środowiska. Dodaje, że jego marzeniem jest, by do selektywnie zebranych odpadów gmina nie dokładała złotówki.

Kolejny podatek

Co na to wszystko przemysł? – Jesteśmy gotowi partycypować w kosztach budowy systemu recyklingu, tak jak ma to miejsce w innych krajach UE. Pod warunkiem, że stawki opłat, które przyjdzie nam uiszczać, będą jasno określone w przepisach, a nie arbitralnie ustalone przez rządzących – przekonują firmy wprowadzające na rynek produkty.

I tu zaczynają się schody, bo – zgodnie z najnowszą propozycją resortu – nad funkcjonowaniem całego systemu czuwałby tzw. regulator. Jego zadaniem byłoby ustalanie stawek opłat dla producentów, które później dzieliłyby się na dwa strumienie. Jeden trafiłby do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który przekazywałby je gminom. Drugi zasilałby zaś organizacje odzysku, czyli firmy, które już dziś pośredniczą między samorządami i przedsiębiorcami odpadowymi (m.in. recyklerami), a biznesem (realizują w jego imieniu ustawowe obowiązki).

Branża niepokoi się, że ów mechanizm jest wielką niewiadomą i w praktyce sprowadzi się do nałożenia na firmy nowej daniny publicznej. A to z kolei będzie sprzeczne z postanowieniami dyrektywy odpadowej regulującej ROP.

– Pojawia się przy tym kluczowe pytanie: na jakiej podstawie określane byłyby stawki daniny dla poszczególnych rodzajów opakowań? Jakie znaczenie miałby rodzaj materiału, jego przydatność do recyklingu czy zaśmiecenie? Jak czynniki te byłyby uwzględniane w stanowionej stawce daniny? – pyta Krzysztof Baczyński, prezes Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK. I zaznacza, że to rodzi ryzyko arbitralnych decyzji i windowania kosztów, które – zgodnie z dyrektywą odpadową – muszą być ustalane transparentnie i przejrzyście dla wszystkich graczy na rynku.

Koszt netto, czyli co?

EKO-PAK to jedna z czterech organizacji, które wspólnie złożyły swoje wnioski w trakcie nieformalnych konsultacji zainicjowanych przez Ministerstwo Środowiska. Podpisy złożyli też przedstawiciele Polskiej Federacji Producentów Żywności, Browarów Polskich oraz Polskiego Stowarzyszenia Przemysłu Kosmetycznego i Detergentowego. Wspólnie podnoszą, że proponowany model redystrybucji środków będzie niezgodny z art. 8a dyrektywy odpadowej.

Zgodnie z nim wprowadzający wyroby w opakowaniach zobowiązani są pokrywać koszty netto, czyli koszty selektywnej zbiórki, transportu i przetwarzania odpadów po swoich produktach, pomniejszone o przychody m.in. ze sprzedaży odzyskanych w procesie recyklingu surowców. Eksperci obawiają się, że zaproponowane rozwiązania mogą wyrzucić tę zasadę do kosza. Dlaczego? Bo ustalenie stawki daniny z uwzględnieniem rzeczywistych kosztów gospodarki odpadami sprawozdawanymi przez gminy oraz przychodów ze sprzedaży surowców jest możliwe tylko na papierze.

– W przypadku sprzedaży surowców, zmiany cen (a więc i przychodów) są odzwierciedleniem rynkowej gry popytu i podaży spowodowanej także koniunkturą gospodarczą, przy czym ceny na niektóre surowce wyznaczane są przez systemy giełdowe (tak jest w przypadku makulatury). Zastosowanie zasady kosztu netto oraz kosztu rzeczywistego wymagałoby więc corocznej aktualizacji prawa określającego wysokość daniny publicznej z zastosowaniem pełnej procedury legislacyjnej – zaznacza Baczyński.

Przerost biurokracji

Alternatywą byłoby rozliczanie z wprowadzającymi różnicy pomiędzy wniesioną danina a rzeczywistymi kosztami i przychodami ze sprzedaży surowców ex post – przekonuje branża. W takim przypadku NFOŚiGW musiałby zwracać wprowadzającym powstałą różnicę między wpłaconymi a realnymi (już zweryfikowanymi) kosztami.

Rozwiązanie to – jak wskazują przedsiębiorcy – byłoby jednak niezwykle trudne do zastosowania w praktyce. Bowiem owa zwracana firmom nadwyżka musiałaby zostać odpowiednio przyporządkowana do poszczególnych przedsiębiorców zgodnie z wysokością pobranej od nich daniny. Do tego konieczne byłoby już stosowanie przepisów ordynacji podatkowej, analogicznie jak ma to miejsce w przypadku zwrotu nadpłat podatkowych (w trybie zwrotu z urzędu, a nie na wniosek).

– Wskutek tego NFOŚiGW przybrałby postać organu rozliczeniowego, pobierającego i rozliczającego daniny z kilkudziesięcioma tysiącami podmiotów wprowadzających wyroby w opakowaniach, co zbiurokratyzowałoby cały system rozliczeń. Powstaje tu jednak wątpliwość, w jaki sposób, tj. na podstawie jakiego algorytmu, NFOŚiGW dokonywałby każdemu wprowadzającemu indywidualnego ustalenia zwrotu nadpłaty? – zastanawia się Baczyński. I dodaje, że zagadnienie to jest sprawą kluczową dla uczciwości i przejrzystości rozliczenia wpłaconej daniny.

>>> Czytaj też: Plastikowy zabójca napiętnowany. Bisfenol A jest w pojemnikach, puszkach, a nawet zabawkach