Początkowo produkt jest drogi, więc stać na niego jedynie najbogatszych, lecz wraz z upływem czasu staje się tańszy oraz bardziej dostępny, aż ostatecznie dostęp do niego mają wszyscy. Czy odpowiedź brzmiałaby tak samo, gdybyśmy spytali, kto zyskuje na tym, że w sklepach pojawi się nowa marka długo leżakującej whisky lub kolejny superbolid napędzany silnikiem V8? Xavier Jaravel z London School of Economics zbadał sprawę. Z jego pracy wynika, że na tym korzystają głównie bogaci.
Jaravel wykorzystał dane o zakupach gospodarstw domowych w USA w latach 2004–2015 udostępnione przez firmę Nielsen. Około 50 tys. uczestników badania po każdych zakupach skanowało kody kupionych produktów oraz podawało informacje o cenach (nabyte rzeczy trzeba było przypisać do ponad tysiąca sprecyzowanych kategorii, np. ser ricotta czy wagi łazienkowe). Do tego doszły informacje o dochodzie w danym gospodarstwie oraz inne jego charakterystyki (np. wiek tworzących je osób czy ich wykształcenie). Istotnym ograniczeniem danych Nielsena jest to, że obejmują tylko niektóre kategorie produktów – te, które można było dostać w supermarkecie czy drogerii. Ale choć takie rzeczy nie kojarzą nam się z innowacjami, to pomyślmy, ile różnych rodzajów mleka sojowego, rzemieślniczego piwa czy kapsułek do zmywarek widzieliśmy w sklepach kilkanaście lat temu, a ile dzisiaj.
Reklama
Stosunkowo łatwo obliczyć stopę wzrostu cen dla zakupowych koszyków w dwóch kolejnych latach. Dla konsumentów o najniższych dochodach (poniżej 20 tys. dol. rocznie) była ona wyższa średnio o 0,6 pkt proc. niż dla najbogatszych. Te obliczenia uwzględnią fakt, że gospodarstwa domowe mogą płacić inne ceny za te same dobra (bo np. gdzie indziej robią zakupy). Co jednak zrobić w przypadku produktów, które przestały być już oferowane albo wcześniej nie były dostępne? Zgodnie z teorią ekonomii, im większy udział nowych produktów w wydatkach w stosunku do dóbr, które przestają być kupowane, tym niższy jest faktyczny indeks cen. Skala tego efektu zależy od tego, jak bliskimi substytutami są produkty w danej kategorii. O ile udział wydatków na rzeczy, które przestają być dostępne, jest podobny we wszystkich grupach dochodowych (2 proc.), w przypadku „nowych produktów” (pojawiających się po raz pierwszy w danym roku) sprawa ma się inaczej.
W gospodarstwach domowych z rocznym dochodem powyżej 100 tys. dol. udział wydatków na takie dobra to 10 proc.; najbiedniejsze przeznaczają na nie średnio 8 proc. Różnorodność produktów kupowanych przez bogatych konsumentów rośnie zatem szybciej. Podobną prawidłowość obserwujemy na poziomie poszczególnych kategorii rzeczy: im zamożniejsi nabywcy, tym większy udział wydatków na nowe produkty – każde 10 tys. dol. średniego dochodu więcej wiąże się z udziałem wydatków na nowe produkty wyższym o 2,6 pkt proc. Średnia różnica między roczną stopą wzrostu cen dla 20 proc. najbiedniejszych oraz 20 proc. najbogatszych gospodarstw to, po korekcie o opisane wyżej zmiany w koszykach, 0,88 pkt proc. Oznacza to, że uwzględnienie szybszego wzrostu różnorodności produktów kupowanych przez zamożniejszych zwiększa nierówność inflacji o prawie połowę.
Liczba dostępnych rzeczy najszybciej rosła w kategoriach produktów, których nabywcy mieli najwyższe średnie dochody (dla każdego dobra produktów można obliczyć średni dochód ich nabywców). W tych kategoriach szybko wzrastały też łączne wydatki konsumentów. W ramach każdej kategorii te zjawiska były silniejsze dla najdroższych 10 proc. produktów, czyli w segmencie premium. Dlaczego? Jaravel pokazuje, że w odpowiedzi na szybki wzrost popytu ze strony osób zamożnych producenci zaczęli wprowadzać na rynek więcej produktów premium. Zaś silniejsza konkurencja skutkowała spadkiem marż. Relatywnie większy wzrost popytu bogatych wynikał z pogłębiania się nierówności dochodowych. Według szacunków Jaravela same zmiany w rozkładzie dochodów są w stanie wyjaśnić ponad połowę obserwowanej nierówności inflacji.
Musimy o tym pamiętać, gdy dyskutujemy o skutkach wzrostu nierówności dochodowych. Zjawiska zbadane przez Jaravela sprawiają, że w jeszcze większym stopniu zachodzi tzw. efekt św. Mateusza: „każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane tak, że nadmiar mieć będzie”.
Odgrywają one także rolę przy analizie kosztów i korzyści z programów polityk społecznych mających na celu redukcję nierówności dochodowych. Redystrybucja dochodu wpływa na względny popyt w różnych segmentach rynku czy innowacje i w konsekwencji na ceny płacone przez różnych nabywców. Uwzględnienie faktycznej inflacji ma też znaczenie przy indeksacji świadczeń – istotny jest wzrost cen płaconych przez świadczeniobiorców, a nie przez hipotetycznego przeciętnego konsumenta.