Gdy Francuzi wracali do szkoły i pracy po sierpniowym okresie ogórkowym, perspektywy dla gospodarki napawały nadzieją. Mimo majaczącej na horyzoncie drugiej fali COVID-19, wydawało się, że recesja będzie łagodniejsza niż oczekiwano przed wakacjami. Optymizm prysł wraz z gwałtownym pogorszeniem się statystyki zakażeń w październiku, które wymusiło ponowne zamknięcie większości handlu i usług oraz obostrzenia w produkcyjnych gałęziach gospodarki.

Program „France Relance”

Na początku września, a więc gdy sytuacja epidemiologiczna była jeszcze względnie dobra, rząd przedstawił opiewający na 100 mld euro program „France Relance”, który ma na celu zrównoważony wzrost gospodarczy i stymulację zatrudnienia. Środki, z których 40 proc. pochodzi z unijnej kasy, będą inwestowane w ciągu 24 miesięcy.

Program jest skonstruowany wokół trzech osi: 1) ekologicznej (30 mld euro) – prezydent Macron nadał zielonej gospodarce priorytet nie tylko w ślad za ogólnoświatowym, a zwłaszcza unijnym trendem, ale także dlatego, że jego partia La République en Marche (LREM) poniosła straty dla ekologów w tegorocznych wyborach samorządowych; 2) konkurencyjnościowej (34 mld euro, w tym 20 mld w zwolnieniach podatkowych od czynników produkcji, które obciążają konkurencyjność francuskich przedsiębiorstw) – stworzenie firmom jak najkorzystniejszych warunków do rozwoju ich działalności, a tym samym utrzymanie zatrudnienia pracowników; 3) spójnościowej (36 mld euro) – zapewnienie solidarności międzypokoleniowej i międzyspołecznościowej.

W programie „France Relance” nie przewidziano wsparcia dla popytu konsumpcyjnego. Skoncentrowano się na ochronie miejsc pracy, wychodząc z założenia, że gdy konsumenci odzyskają pewność zatrudnienia, będą swobodniej wydawać oszczędności, zgromadzone po okresie zamknięcia w domach. Niestety pandemia nie dała o sobie zapomnieć.

Reklama

Drugi lockdown

O rygorze kwarantanny narodowej, którą rząd zmuszony był ogłosić 30 października, świadczy godzina policyjna. Ponadto dane na temat mobilności populacji i używania kart kredytowych są we Francji znacząco niższe niż u jej sąsiadów. Francuzi są wstrzemięźliwi w korzystaniu z transportu publicznego i odwiedzaniu niespożywczych punktów sprzedaży detalicznej.

Wielorakie formy pomocy dla firm i pracowników podczas wiosennego lockdownu pochłonęły ponad 450 mld euro, z czego większość stanowiły gwarancje kredytowe, które przynajmniej na razie nie obciążają salda budżetu, ale nie wiadomo, czy nie zostaną umorzone. Rząd liczy, że drugi lockdown będzie mniej dolegliwy i kosztowny dzięki przystosowaniu się pracodawców i pracowników do pracy zdalnej. Poza tym zakres zamrożenia gospodarki jest mniejszy niż wiosną. Szkoły pozostają otwarte, a wszędzie tam, gdzie to możliwe, pracuje się hybrydowo. Spadek aktywności gospodarczej jest 3-krotnie mniejszy (-13 proc.) niż w kwietniu, a w przypadku konsumpcji – o połowę mniejszy (-15 proc.) – wynika z danych Narodowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (INSEE).

Wielorakie formy pomocy dla firm i pracowników podczas wiosennego lockdownu pochłonęły ponad 450 mld euro, z czego większość stanowiły gwarancje kredytowe.

Sektory, których funkcjonowanie jest nieodłącznie związane z fizyczną obecnością i rotacją ludzi (transport, hotelarstwo, gastronomia i turystyka), nie mają jednak taryfy ulgowej. Według francuskiego ośrodka analitycznego OFCE (L’Observatoire français des conjonctures économiques) odpowiadają one za 9,4 proc. francuskiego PKB. Trzeba też pamiętać, że Francja jest najpopularniejszym kierunkiem turystycznym na świecie: w 2019 r. odwiedziło ją ponad 90 mln turystów zagranicznych. W miesiącach letnich epidemia przygasła, ale szacuje się, że frekwencja turystyczna była o połowę niższa niż przed rokiem.

Zadawnione problemy

Francja jeszcze na długo przed wybuchem nieszczęsnej pandemii miała piętrzące się problemy gospodarcze: wysokie bezrobocie strukturalne (związane z niedopasowaniem kwalifikacji pracowników do zapotrzebowania na rynku pracy), niską konkurencyjność i wysokie zadłużenie, zarówno w sferze publicznej, jak i prywatnej. Wszystko to złożyło się na stagnację wzrostu, połączone z presją fiskalną. Nicolas Sarkozy, którego prezydentura zbiegła się ze światowym kryzysem finansowym, zaordynował krajowi oszczędności w celu ograniczenia deficytu budżetowego. Jednak problemy strukturalne gospodarki pozostały nietknięte. Francja ciągnęła się w ogonie (141. miejsce na 144) rankingu praktyk zatrudniania i zwalniania według Globalnego Raportu nt. Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego. Socjalista François Hollande, z którym Sarkozy przegrał walkę o drugą kadencję, podniósł stawki podatkowe dla najbogatszych. Jednocześnie jednak obniżył wiek emerytalny do 60 lat i przywrócił 60 tys. etatów w sferze budżetowej, które obciął jego poprzednik. Efekt był taki, że rząd wrócił do punktu wyjścia, od nowa szukając środków na redukcję deficytu. Jak zwykle w takiej sytuacji, doszło do rekonstrukcji rządu, na fali której wypłynął zupełnie nieznany opinii publicznej Emmanuel Macron.

Jeszcze jako minister gospodarki rozpoczął on ambitny program, mający na celu sprostanie wyzwaniom strukturalnym Francji i wzmocnienie odporności gospodarki. Przeforsował mianowicie reformy rynku pracy i systemu podatkowego w kierunku zwiększenia elastyczności zatrudnienia i lepszego dostosowania kosztów pracy do wydajności. Już jako prezydent doprowadził do zniesienia w 2018 r. podatku od majątku oraz obniżki podatków od przedsiębiorstw i dochodów z inwestycji. Był to znak, że po czterech latach rządów socjalistów przyszedł czas na liberalizację gospodarki i premiowanie tworzenia dobrobytu. Na horyzoncie stały cztery wielkie projekty: transformacja ekologiczna, poprawa konkurencyjności poprzez inwestycje w innowacje, wprowadzenie gospodarki w erę cyfrową i przystosowanie systemu edukacji do potrzeb nowego rynku pracy. Zadanie było tym trudniejsze, że w 2019 r. deficyt publiczny wzrósł do poziomu najwyższego od dziewięciu lat. Reformy te spotkały się jednak z falą protestów, które nasiliły się wraz z ogłoszeniem podwyższania akcyzy na paliwo oraz planu reformy emerytalnej.

Strajki nie są dla Francji niczym nowym, a wręcz częścią francuskiego pejzażu społecznego. Dotychczas zawsze były one jednak owocem świetnie zorganizowanych central związkowych. Fenomen ruchu żółtych kamizelek polegał na tym, że stworzyli go ludzie, samorzutnie skrzykujący się w mediach społecznościowych. Ci sami, którzy dwa lata wcześniej wynieśli Macrona do władzy. Bo Macron wygrał w 2017 r. odważną narracją o odblokowaniu tego, co dla innych było nie do ruszenia. Jego partia LREM powstała jako oddolny, bezpartyjny ruch obiecujący odnowę życia politycznego, opanowanego przez partyjny establishment. Zabrakło jednak społecznej wrażliwości w jego programie reform, a do Macrona przylgnęła łatka „prezydenta bogatych”.

Fenomen ruchu żółtych kamizelek polegał na tym, że stworzyli go ludzie, samorzutnie skrzykujący się w mediach społecznościowych. Ci sami, którzy dwa lata wcześniej wynieśli Macrona do władzy.

Dirigisme, czyli francuska odmiana interwencjonizmu państwowego

Po drugiej wojnie światowej centroprawicowy rząd Charlesa De Gaulle’a prowadził politykę dirigisme’u, czyli interwencjonizmu. Państwo przejęło kontrolę nad wieloma strategicznymi gałęziami przemysłu, w tym nad transportem, energetyką i komunikacją, i utworzyło agencję planistyczną. Tzw. orientacyjne planowanie przez Komisariat ds. Planu było głównym narzędziem dirigisme’u. Pierwszy ogólnokrajowy plan rozwoju gospodarczego, tzw. Plan Monneta i kolejne plany stały się charakterystyczną cechą powojennej polityki gospodarczej Francji. W orientacyjnym planowaniu wykorzystywano dobrowolne zachęty, aby skłonić podmioty publiczne i prywatne do optymalnej alokacji zasobów. Jego celem było dostarczenie lepszych informacji uczestnikom rynku, nie zaś – jak w przypadku gospodarki centralnie planowanej – zastąpienie mechanizmu rynkowego.

Powojenna strategia gospodarcza Francji okazała się skuteczna i Francja weszła w „Les Trente Glorieuses”, okres przyspieszonego wzrostu gospodarczego, w którym odnotowano wysoki wzrost wydajności, PKB i płac realnych. Dopiero narastający dług publiczny i presja inflacyjna w latach 80. spowodowały porzucenie bezpośredniej interwencji gospodarczej na rzecz polityki rynkowej. Częściowo lub całkowicie sprywatyzowano wiele przedsiębiorstw państwowych, w tym Air France, France Telecom i Renault. Pozostałości dirigisme’u są jednak wciąż obecne we francuskiej gospodarce, ponieważ rząd zachował udziały w wielu kluczowych sektorach. A teraz jeszcze szykuje się wielki powrót planowania.

Renesans Planu

Wraz z programem „France Relance” Emmanuel Macron ogłosił utworzenie Komisariatu ds. Planu, na czele z François Bayrou, weteranem centrowej partii MoDem, która ma kluczowe znaczenie dla funkcjonowania większości prezydenckiej w parlamencie. Cel? Przygotować Francję na nadejście roku 2030: wdrożyć gospodarkę niskoemisyjną, uczyć młodzież kompetencji niezbędnych w świecie jutra i wzmocnić lokalny przemysł w całym kraju. Świat po COVID-19 – argumentują zwolennicy reaktywacji Komisariatu ds. Planu – wymaga nowego sposobu myślenia o gospodarce. To, że znaleźliśmy się bez masek, bez respiratorów, bez leków, ponieważ ich produkcja w Europie nie była opłacalna, to konsekwencja braku planowania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że rola François Bayrou będzie czysto opiniodawcza, ale powrót do staromodnego planu jest w pełni zamierzony. Po pierwsze zapewnia większości prezydenckiej w Zgromadzeniu Narodowym głosy partii MoDem. Po drugie daje Francuzom czytelny sygnał, że pomimo pandemii rząd kontroluje sytuację.

Wyścig z czasem

Macron nie spodziewał się, że będzie musiał ponownie ogłosić lockdown. Liczy jednak, że program naprawczy „France Relance” przyniesie solidne odbicie w przyszłym roku. To, że wstrzymał reformy, nie znaczy, że je porzucił. Przeciwnie – liczy, że do 2022 r. uda mu się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zażegnać bezpośredni kryzys i zrealizować to, w czym przeszkodził mu opór związków zawodowych i oddolny bunt żółtych kamizelek – program transformacji ekonomicznej. I oczywiście – wygrać wybory. Do wyborów prezydenckich zostało półtora roku, więc istotnie ściga się z czasem. A przeciwnikom, którzy zarzucają mu, że przedkłada długofalowy stan gospodarki nad bieżącą pomoc dla najciężej doświadczonych przez pandemię, powtarza, trawersując Jeana Monneta, „transformacja albo upadek”.

Autorka: Grażyna Śleszyńska

Źródło nieznane