Stawia Pan w swojej książce „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata” tezę, że „dotychczasowy paradygmat wzrostu nie tyle jest nie do utrzymania, ile załamał się już dawno”. Dlaczego?

Raport Klubu Rzymskiego zatytułowany „Granice wzrostu” z 1972 roku pokazał, jako pierwszy, że gospodarka jest częścią systemu społecznego uwarunkowanego m.in. demografią, który jest z kolei powiązany z systemem ekologicznym, czyli zasobami planety i biosferą. Ekonomia neoklasyczna traktuje gospodarkę jako niepowiązaną ze wspomnianymi sferami, nie uwzględnia jej materialności i tego, że energia nie jest jedynie jednym z elementów gry podaży i popytu, ale podstawą jakiejkolwiek działalności i dlatego dopuszcza możliwość praktycznie nieograniczonego wzrostu. Jeżeli jednak uwzględnimy w rachunku ekonomicznym konsekwencje praw termodynamiki, to wyłoni nam się zupełnie inny obraz. Autorzy raportu przyjęli podstawowy scenariusz rozwoju globalnej gospodarki, zakładając, że jeśli nie zmienią się praktyki gospodarowania, to w pewnym momencie przyszłości dojdzie do sytuacji, w której zabraknie zasobów naturalnych potrzebnych do utrzymywania dotychczasowego systemu.

Reklama

Katastrofa nie nastąpi od razu, system będzie funkcjonował przez jakiś czas siłą rozpędu, niejako na kredyt. Tak właśnie, jak współczesna gospodarka, która jest finansowana w dużej mierze przez kredyt, co prowadzi do finansjalizacji, czyli dominacji sektora finansowego nad realnym. Już od lat 70. poprzedniego wieku globalna gospodarka konsumuje więcej zasobów, niż środowisko naturalne jest w stanie wytworzyć czy zreprodukować, co narusza jego trwałość i stabilność. Znajdujemy się obecnie w przełomowym momencie, w którym musimy zacząć spłacać zaciągnięty „kredyt”. Takim ostrzeżeniem jest pandemia Covid-19, do której doszło na skutek utraty bioróżnorodności oraz osłabienia naturalnej granicy między biosferą a ludzkimi siedliskami. Pandemia jest więc raczej symptomem kryzysu, a nie jego źródłem.

Paradygmat wzrostu wyczerpał się. Powinniśmy przyjąć „agnostyczny” wobec wzrostu model gospodarki, który nie tyle kwestionuje kategorię wzrostu gospodarczego, co rezygnuje z wykorzystywania jej w roli głównego wskaźnika pomiaru kondycji gospodarczej. Chodzi o zmianę definicji granic funkcjonowania systemu gospodarczego. Wspomniane scenariusze Klubu Rzymskiego i różnorodne dane, szczególnie za okres po kryzysie z 2008 roku, pokazują, że dotychczasowy porządek jest nie do utrzymania.

Kluczowym problemem prowadzącym do załamania dotychczasowego porządku jest nadmierna energochłonność gospodarek. Podkreśla Pan, że nie powstała przełomowa innowacja, która umożliwiłaby współczesnej globalnej gospodarce skok w sposobie wytwarzania i wykorzystania energii. Czy OZE i atom nie wystarczą?

System społeczno-gospodarczy potrzebuje dużej ilości energii, by działać. Znaleźliśmy się jednak w paradoksalnej sytuacji polegającej na tym, że mamy dostęp do nośników energii (chociażby dostęp do zasobów ropy naftowej), jednak jakość tych źródeł jest coraz gorsza. Kluczowy w tym kontekście jest wskaźnik EROEI, czyli ilość energii, jaką trzeba włożyć, żeby dobrać się do energii ukrytej w złożu ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla lub panelu fotowol­ta­icz­nym. Nowe źródła, na przykład ropa z łupków czy piasków bitumicznych, wymagają dużego wkładu energetycznego do jej pozyskania. Dawniej ropa naftowa była tańsza, łatwiejsza w wydobyciu i wydajniejsza energetycznie; w przypadku dzisiejszych nośników energii wskaźnik EROEI jest wielokrotnie niższy. Efektywne paliwa się kończą, więc problemem jest nie tylko ich wpływ na klimat czy środowisko, ale także jakość. Obecnie posiadane technologie wykorzystywane do pozyskiwania energii z OZE nie wystarczą do zbudowania infrastruktury, która zapewni odpowiednio wysoki EROEI. Pamiętajmy, że ciągle ponad 90 proc. energii pochodzi z paliw kopalnych. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy „czyste” źródła energii wystarczą w przyszłości do zaspokojenia potrzeb cywilizacji, ponieważ nie jesteśmy w stanie przewidzieć kierunku i skali postępu technologicznego.

Rozwój energetyki atomowej jest niezwykle istotny dla krajów rozwijających się ze względu na uwarunkowania polityczne i technologiczne. W Chinach na przykład istnieje potrzeba włączania do systemu energetycznego nowych mocy, więc władzy znacznie łatwiej jest legitymizować tworzenie elektrowni atomowych. W USA przeciwnie; kraj ten znajduje się już w fazie nasycenia energetycznego, to znaczy, że nie potrzebuje nowych źródeł energii, a jedynie zastępowania starych (na przykład kopalni węgla). Zastępowanie jednych źródeł energii innymi jest z politycznego i biznesowego punktu widzenia trudniejsze niż tworzenie nowych mocy. Przyszłością mogą się okazać małe reaktory jądrowe. Atom jest z pewnością częściowym, a nie całościowym, rozwiązaniem problemu. Nie dostrzegam obecnie na horyzoncie przełomowej prometejskiej technologii, jaką w przeszłości były węgiel kamienny i ropa naftowa, które doprowadziły do skokowej zmiany w procesie pozyskiwania energii będącej odpowiedzią na obecny kryzys. Zaczyna brakować energii potrzebnej do utrzymania materialności świata, nie tylko transportu, ale też chociażby infrastruktury czy rolnictwa.

Musimy mieć świadomość, że transformacja energetyczna, nawet jeśli okaże się technologicznie możliwa, rozwiąże problemy klimatyczne, ale odbędzie się to gigantycznym kosztem ekologicznym. Będzie wymagała ogromnych nakładów energetycznych, a duża część tej energii będzie musiała pochodzić z paliw kopalnych. To dlatego tak ważna jest obecna dekada ˗ musimy wykorzystać moment dostępu do paliw ciągle dobrej jakości. Pamiętajmy, że nowe energetyczne technologie opierają się na własnej bazie surowcowej, chociażby metalach ziem rzadkich, których wydobycie wywołuje ogromne środowiskowe i energetyczne koszty. Surowce tez nie są rozłożone równomiernie w świecie, więc zielona transformacja związana będzie z nowym rozdaniem geopolitycznym. Chiny zdominowały na przykład wytwarzanie metali ziem rzadkich i odpowiadają za 90 proc. ich produkcji. Problemy zmian klimatycznych i utraty bioróżnorodności są ze sobą powiązane i jednego nie da się rozwiązać bez drugiego.

Paradygmat wzrostu wyczerpał się. Powinniśmy przyjąć „agnostyczny” wobec wzrostu model gospodarki, który nie tyle kwestionuje kategorię wzrostu gospodarczego, co rezygnuje z wykorzystywania jej w roli głównego wskaźnika pomiaru kondycji gospodarczej.

Dlaczego nowoczesne liberalne demokracje i bardziej autorytarne ustroje nie radzą sobie z „zarządzaniem” współczesnymi, policentrycznymi i złożonymi funkcjonalnie systemami społeczno-gospodarczymi? Jak zarządzać systemem, który przestał być hierarchiczną piramidą, a zaczął przypominać pajęczą sieć?

Obecny system społeczno-gospodarczy charakteryzuje się dużą złożonością, znacznie większą niż na przykład system feudalny, który był bardzo stabilny i hierarchiczny. Nowoczesność ma wpisaną w siebie ciągłą zmianę i burzenie dotychczasowego porządku, a efektem tego jest nieustanny wzrost złożoności. Powstaje coraz więcej przestrzeni do realizacji pomysłów, powstają nowe style życia, nowe zawody. Społeczeństwo ulega coraz większej fragmentaryzacji. Pytanie brzmi: jak tym zarządzać? Pierwsza odpowiedź brzmiała: państwo narodowe, które właściwie aż do połowy XX wieku doskonale się sprawdzało. Sprzyjał temu chociażby niski poziom wykształcenia społeczeństw. Państwo było odpowiedzialne za pozyskiwanie wiedzy i zaspokajanie społecznych potrzeb i dobrze wywiązywało się z tych zadań. W połowie poprzedniego wieku sytuacja zaczęła się zmieniać, a coraz lepiej wykształceni ludzie zaczęli kontestować hierarchiczny porządek i domagać się wpływu na podejmowane decyzje.

Badania pokazują, że państwo narodowe traci legitymizację już od lat 70. poprzedniego stulecia. Znakomitym przykładem jest Francja, w której mocno spadła frekwencja wyborcza. W ostatnich wyborach regionalnych ponad 60 proc. uprawnionych do głosowania pokazało, że nie interesuje ich ten rodzaj uczestnictwa w polityce i demokracji. Wynika to z tego, że ludzie dostrzegają, że państwo ma coraz mniejszy wpływ na ich życie, a coraz więcej spraw załatwiają na poziomie lokalnym, chociażby na zasadach rynkowych czy za pośrednictwem społecznej sieci. Kolejnym czynnikiem osłabiającym władzę centralną było rozpowszechnienie się internetu. Państwa nadal są istotnymi politycznymi podmiotami, które mają jednak coraz większą konkurencję, zarówno na poziomie makro (np. międzynarodowe sieci terrorystyczne, przestępcze organizacje narkotykowe, globalne korporacje i organizacje społeczne), jak również mikro (coraz więcej problemów rozwiązujemy w oparciu o samorząd lokalny). Te dwa porządki utrudniają funkcjonowanie liberalnych demokracji.

Procedury polityczne nie pokrywają się często z rzeczywistymi praktykami społecznymi. Nawet jeżeli wypracujemy eksperckie rozwiązania dla omawianych problemów, to nie znaczy, że uzyskają społeczną legitymizację i uda się je wprowadzić. Systemom politycznym brakuje mechanizmów służących do identyfikowania społecznego gniewu, niezadowolenia czy aspiracji i są one niejako „odklejone” od aktualnych oczekiwań społecznych.

Badania pokazują, że państwo narodowe traci legitymizację już od lat 70. poprzedniego stulecia.

Stawia Pan w jednym z podrozdziałów wspomnianej książki pytanie „Czy Polska przetrwa do 2030 roku?” Czy kondycja naszego kraju jest w aż tak rozpaczliwym stanie?

Nasza historia podpowiada, że trajektoria rozwoju kraju potrafiła gwałtownie się zmieniać w momencie, w którym wydawało się, że osiągnęliśmy apogeum rozwoju. Dobrym przykładem jest tutaj XVII wiek, w którym byliśmy mocarstwem, jednak 30 lat wystarczyło, by doszło do krótkiej utraty przez Polskę państwowości i poźniejszego już systematycznego upadku. Nie twierdzę oczywiście, że grożą nam obecnie tak dramatyczne sytuacje, jak w XVII wieku czy międzywojniu. Chodziło mi raczej o to, że stracimy jako kraj zdolność do programowania swojego rozwoju.

Jedna z głównych tez mojej książki jest taka, że zawsze byliśmy krajem półperyferyjnym, to znaczy mieliśmy ograniczoną zdolność do projektowania swojego rozwoju, w dużej mierze ze względu na niewielkie zasoby kapitału i wiedzy (know-how). Było tak zawsze, nawet w czasach jagiellońskich. Obecny rząd myśli niestety, że możemy być znacznie bardziej podmiotowym państwem, abstrahując od realnych czynników, które skazują nas na półperyferyjność. Narracja o „wstawaniu z kolan” czy odzyskiwania suwerenności prowadzi de facto do osłabiania tejże suwerenności. Wzmacnianie reżimu politycznego i zwiększanie politycznej sprawczości poprzez wszczynanie kolejnych konfliktów z UE kosztuje nas międzynarodową marginalizację.

Zapominamy przy tym, że najważniejszym polskim problemem do rozwiązania jest to, że weszliśmy w fazę wymierania. Migracje rozwiążą część problemu, jednak kluczową odpowiedzią na presję demograficzną jest technologiczny rozwój. Niestety w tym zakresie jesteśmy peryferyjnym krajem. Rozwój technologii rządzi się swoją logiką i jest skoncentrowany w kilku geograficznych obszarach, do których Polska nie ma bezpośredniego dostępu. Polska będzie istniała w 2030 roku, jednak będzie się znajdowała w bardziej peryferyjnym położeniu niż obecnie. Ze względów politycznych marnowaliśmy czas na utrzymywanie systemu energetycznego opartego na węglu, o którym już w PRL wiedziano, że był anachroniczny. W sytuacji gospodarki zamkniętej pełne niemal uzależnienie od węgla było kluczowym czynnikiem upadku ówczesnego reżimu. Dziś szczęśliwie gospodarka działa w systemie otwartym, co zmniejsza dolegliwość „serwitutu węglowego”, ale go nie likwiduje. I to będzie jeden z czynników hamujących rozwój Polski, co w 2030 roku będzie już mocno odczuwalne.

Czy Polska dogoni pod względem zamożności najbogatsze kraje Europy Zachodniej i Niemcy?

Zmniejszanie się różnicy w poziomie zamożności między Polską a Europą Zachodnią będzie przez jakiś czas możliwe, jednak odbywa się to za sprawą dyskontowania prostych zasobów, jakimi są niskie koszty pracy i tania złotówka. Polska gospodarka korzysta w czasie pandemii, podobnie jak w czasie kryzysu z 2008 roku, z płynnego kursu złotego i olbrzymiej dewaluacji. Kryzys finansowy okupiliśmy kilkudziesięcioprocentowym osłabieniem waluty, które pozwoliło zachować nam zdolność do eksportu. Z dewaluacją i słabym złotym mamy do czynienia także w czasie pandemii. Problem polega jednak na tym, że ciężar kreowania wartości gospodarczej przesuwa się w kierunku technologii. Zachodnie gospodarki rozwijają się wolniej niż w przeszłości, ponieważ doszły etapu konkurencji na tzw. granicy technologicznej. Szansą na przełamanie impasu ma być unijna zielona transformacja, która ma stworzyć nowe obszary rozwoju technologicznego. Dobrym przykładem jest motoryzacja; model rozwoju oparty o silnik spalinowy wyczerpał się. Rozwój aut elektrycznych jest szansą na powstanie nowych technologii, które będą jednak kontrolowane przez Volkswagena, PSA czy Renaulta, a nie Polskę. Pozostaniemy montownią, co więcej, to nie my a centrale wielkich koncernów będziemy kontrolowały to, jak duża wartość dodana będzie pochodziła z fabryk umiejscowionych w naszym kraju. W związku z tym największe marże z produkcji zgarną kraje zachodnie. Dogonienie Niemiec będzie niemożliwe, no chyba, że dojdzie do ich upadku, co byłoby zresztą katastrofą również dla polskiej gospodarki, która jest mocno powiązana z niemiecką.

Pisze Pan w „W Polsce czyli wszędzie (…)”, że: „Tragedia państwa PiS polega na tym, że w odpowiedzi na rosnącą złożoność podejmuje ono działania, które prowadzą do radykalnej redukcji owej złożoności – alienacji państwa i jego ucieczki z rzeczywistości w sferę mitów i fantazji”. Czyli polityka obecnego rządu nie rozwiązuje żadnych kluczowych realnych problemów państwa o strategicznym znaczeniu?

Zjednoczona Prawica dokonała demontażu państwa jako systemu opartego na ładzie instytucjonalnym. Styl zarządzania polegający na całkowitym prymacie polityki nad innymi sferami odrzuca wszystkie stałe reguły. Delegitymizuje on instytucje, które są niezbędne do zarządzania współczesną złożonością państwa. Państwo funkcjonuje w dużej mierze dzięki temu, że jest oparte na zdecentralizowanym ustroju, a znaczną częścią złożoności zarządzają samorządy i duże metropolie. To tam rozwiązuje się kluczowe problemy. Władze na szczeblu lokalnym rozwijają w przeciwieństwie do centralnych merytokratyczne i demokratyczne narzędzia służące do zarządzania. Obóz władzy nie ma bezpośredniego dostępu do kierowania dużymi ośrodkami, a elita władzy nie jest zakorzeniona w doświadczeniu zarządzania złożonymi problemami: Zjednoczona Prawica kontroluje tylko 4 czy 5 spośród ponad 100 miast prezydenckich w kraju. Dobrym przykładem owego odklejenia był program „Czyste Powietrze”, który przez kilka lat nie mógł ruszyć, bo nikt na szczeblu ministerialnym nie miał doświadczenia w walce ze smogiem w dużym mieście (co skutecznie robi na przykład Kraków). Ten problem istniał już przed dojściem PiS do władzy, ale obecnie jest potęgowany przez polityczną niechęć władzy do współpracy z samorządami.

Nie jestem w stanie wskazać żadnego istotnego strategicznego obszaru, który byłby naprawiany przez rząd. Z jednym wyjątkiem ˗ programem redystrybucji, który skokowo podniósł zamożność najuboższych. To było jednak proste logistycznie zadanie, w którym uczestniczyły co więcej samorządy. Wśród zaniedbanych sfer są chociażby obronność (brak strategii), służba zdrowia (niepotrzebna centralizacja) czy edukacja. Reformy przeprowadzane przez rząd nie tylko nie przygotowują Polski na wyzwania przyszłości, ale są wręcz w tym kontekście szkodliwe.

Czy Zjednoczona Prawica realizuje suwerenistyczną politykę gospodarczą, czy może raczej coraz bardziej integruje gospodarkę z cywilizacyjnym centrum? Które rozwiązanie jest lepsze w kontekście kryzysu współczesnej cywilizacji?

Próba budowania przyczółków, w których moglibyśmy od początku kierować łańcuchem wartości jest oczywiście pożądana. Pytanie brzmi: gdzie mogłyby one rzeczywiście powstać? Niestety trudno o takie obszary, co jest zresztą nie tylko problemem Polski, ale prawie całego świata. Spójrzmy na technologiczny szczyt; na przykład rynek mikroprocesorów, które są rdzeniem dzisiejszej gospodarki. Na świecie istnieją tylko trzy korporacje wytwarzające mikroprocesory charakteryzujące się najwyższym stopniem złożoności i tylko jedna firma produkująca urządzenia służące do fotolitografii niezbędnej w procesie ich wytwarzania (ASML z Holandii). Nikt nie jest w stanie wypchnąć tej firmy z rynku, nawet przy ogromnych inwestycjach, ponieważ nabyła ona w ciągu dziesiątek lat unikalne know-how z zakresu elektroniki i wiedzy inżynierskiej. Mamy więc kilka ośrodków, od których uzależnione są całe kluczowe sektory; nisze, w których Polska nie jest w stanie konkurować. Ochrona wspomnianego know-how ma charakter zarówno biznesowy, jak też polityczny (na przykład zakaz eksportu wspomnianych urządzeń do Chin). Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w sektorze motoryzacyjnym. Ile firm kontroluje dziś urządzenia służące do kontroli ABS? Zdaje się, że tylko dwie czy trzy.

Gdzie leżą nasze szanse? Próbą odpowiedzi był Narodowy Program Foresight Polska 2020. Wskazywał on technologiczne obszary, w których Polska mogłaby się wyspecjalizować. Wnioski nie były zbyt optymistyczne. Według jednego z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy z tego dokumentu luka technologiczna Polski wobec świata zachodniego będzie się powiększać. Tak się właśnie stało. Największymi zasobami polskiej gospodarki są spółki energetyczno-surowcowe (KGHM oraz Orlen) oraz banki. Jaka jest ich łączna giełdowa wartość? W pewnym momencie była ona podobna do kapitalizacji dwóch największych spółek nowej gospodarki znajdujących się poza kontrolą państwa (CD Projekt oraz Allegro). To sporo mówi. Musimy pogodzić się z naszą technologiczną peryferyjnością i z taką cichą zgodą polskiego rządu mamy zdaje się do czynienia. Widać to chociażby po zwiększeniu integracji polskiej gospodarki z niemiecką po 2015 roku, które było głównym źródłem wzrostu gospodarczego z tego okresu. Zjawisko to znajdowało się zresztą właściwie poza kontrolą rządu ze względu na brak wpływu na niektóre sektory gospodarki. Ze względu na logikę rozwoju technologicznego trudno dzisiaj większości państw uzyskać pełną kontrolę nad jakimkolwiek sektorem. Rozwijamy pewne niszowe technologie i startupy, problem polega jednak na skalowaniu innowacji do masowej produkcji (na przykład technologie dronowe).

Na czym polega proletaryzacja kulturowa, w tym również klasy średniej i dlaczego jest niebezpieczna dla Polski?

Dawniej wyższe wykształcenie było przepustką do zawodów opartych o intelekt i niezależne myślenie, kreowanie. Współczesne uczelnie kształcą wysoko wykwalifikowanych robotników, osoby zbierające punkty ECTS potwierdzające kompetencje, które są następnie wprost wdrażane w korporacjach, w których jest niewiele przestrzeni na kreatywną pracę. Wiele zawodów polega na kopiowaniu gotowych rozwiązań, przekształcaniu pewnych wzorców. Cała przestrzeń związana z wytwórczością intelektualną na uczelniach czy w instytucjach kultury coraz bardziej przypomina fabryki i jest coraz bardziej zrutynizowana i zautomatyzowana. Zjawisko to dotyka także konsumpcji, w szczególności cyfrowej. Netflix i Amazon dokładnie nas przebadały, więc jesteśmy w pewnym sensie produktem, który otrzymuje ofertę na podstawie pogłębionej analizy indywidualnych profili. Jesteśmy jako uczestnicy kultury częścią łańcucha produkcyjnego. Wydaje nam się, że posiadamy wybór, który jest w rzeczywistości bardzo ograniczony. Jest niewielu użytkowników Netflixa, którzy wychodzą poza sugestie jego algorytmów. Tracimy zdolność do aktywnego uczestnictwa w kulturze i jej wytwarzania, stając się biernymi odbiorcami i elementem machiny. Przekłada się to na nasze funkcjonowanie w przestrzeni polityki i dokonywania wyborów. Również polityka zaczyna działać według tego samego modelu, co cyfrowy rynek, a wyborcy są traktowani jak „profile”. Odbiorca traci zdolność do krytycznej analizy komunikatów, które są formatowane pod dyktando marketingu politycznego. Bycie obywatelem ma coraz bardziej konsumencki charakter, a obywatele-konsumenci nie dostają oczekiwanego „produktu”, więc decydują się na opuszczenie systemu demokratycznego.

W Polsce dochodzą do tego specyficzne wzory uczestnictwa w kulturze, a dokładniej w kulturze pisma. Świadomy wyborca to taki, który jest zdolny do świadomego przeczytania komunikatu. Obraz nie umożliwia krytycznej analizy treści. W Polsce się nie czyta. Według ostatniego badania czytelnictwa w zeszłym roku tylko około 40 proc. Polaków miało jakikolwiek kontakt z książką. We Francji, nawet pomimo spadku w okresie pandemii, czytelnictwo zdecydowanie przekracza 80 proc. Nawet Polacy z wyższym wykształceniem nie sięgają po książki. Dotyczy to często nawet osób wykonujących zawody, które z pozoru wymagają kontaktu z lekturą ze względu na wymagane kompetencje. Wiele osób, które postrzegamy jako pracowników umysłowych i kreatywnych, wykonuje tak naprawdę współczesne zawody robotnicze oparte o łatwo przyswajalne kompetencje zawodowe. Duża część obywateli jest zdolna wyłącznie do odbierania dosłownych komunikatów medialnych.

Bycie obywatelem ma coraz bardziej konsumencki charakter, a obywatele-konsumenci nie dostają oczekiwanego „produktu”, więc decydują się na opuszczenie systemu demokratycznego.

Pyta Pan w swojej książce za Timem Jacksonem: „czy nie lepiej wykorzystać innowacyjność, (…), by stworzyć świat wysokiej jakości życia, która nie polega na wzroście, lecz na gospodarce stanu stałego, czyli wykorzystywaniu zasobów, tak by nie naruszać zdolności ekosystemu do regeneracji?”. Czy to w obecnych geopolitycznych realiach w ogóle możliwe? Jak namówić kraje „na dorobku” do tego, by zrezygnowały z polityki gospodarczej szybkiego wzrostu?

Nie możemy odmówić krajom rozwijającym się prawa do wzrostu, tym bardziej, że pierwsze etapy rozwoju przekładają się na znaczną poprawę dobrostanu ludności. Chodzi na przykład o budowę infrastruktury drogowej, która zapewni ubogim społeczeństwom przyzwoitą jakość życia. Kraje rozwijające się będą powielały modele aspiracyjne Zachodu, ale nie w sposób bezkrytyczny. Polityka wzrostu może zostać zastąpiona polityką jakości życia, odrzucającą ilościowe mnożenie wskaźników. Jackson pyta, na ile jesteśmy w stanie wykorzystać zasoby kreatywności intelektu, które obecnie są skoncentrowane w najbardziej marnotrawnych elementach systemu, czyli w finansach i przemyśle aplikacji na smartfony. Powstają miliony aplikacji, które nie rozwiązują żadnego problemu (może poza problemami inwestorów).

Innowacyjność powinna zostać wykorzystywana do rozwiązywania realnych problemów, na przykład przystosowania miast do zmian klimatycznych poprzez wdrożenie technologii czy modyfikację procesów społecznych i kulturowych. Jestem przekonany, że dwa zjawiska, czyli odchodzenie najbogatszych krajów od polityki opartej o ciągły wzrost oraz rozsądną politykę nakierowaną na wzrost, która jest realizowana przez kraje doganiające, można pogodzić. Kraje rozwijające się zdają sobie sprawę, że istnieją pewne ograniczenia, które nie pozwolą im na osiągnięcie jakości życia krajów zachodnich, wobec czego ich społeczeństwa rozwijają w ramach swoich kultur własne praktyki dobrego życia. Kraje bogate zaczynają rozumieć, że muszą przekierować innowacje, na przykład do przeciwdziałania skutkom starzenia się społeczeństw.

Zapominamy, że najważniejszym polskim problemem do rozwiązania jest to, że weszliśmy w fazę wymierania

Jak osłabić neoliberalne polityki gospodarcze i narrację?

Chociaż neoliberalizm jest nadal silny, to dużo osłabiających go zmian już się dokonuje. Polityczny proces, który prowadzi do zmniejszenia autonomii kapitału w UE i USA dopiero się zaczął, ale i tak jest to istotny przełom. Wśród kluczowych zmian są m. in. reforma podatkowa w USA, jednolity podatek CIT na poziomie OECD czy walka UE z wielkimi globalnymi korporacjami. Nie mówi się o tym głośno, ale w Zielonym Ładzie „zaszyty” jest jednolity system podatkowy, chociażby graniczny podatek węglowy, o którego ojcom założycielom UE nawet się nie śniło. Obserwuję też zmiany na poziomie retorycznym – język efektywności jest stopniowo wypierany przez narrację sprawiedliwości społecznej.

Co powinna zrobić Polska w kontekście zbliżania się do „klifu Seneki”?

Głównym wyzwaniem jest rozwiązanie problemu demograficznego. Nie chodzi wyłącznie o starzenie się społeczeństwa i depopulację, ale o zanik międzypokoleniowej solidarności. Podeszłe wiekowo osoby stanowią coraz większą część populacji, więc zaczynają narzucać reszcie własne priorytety, koncentrując się na własnych problemach i ignorując wyzwania, które wykraczają poza ich horyzont życia. Musimy jednak myśleć w horyzoncie 2050 roku, czyli takim, który obejmuje Zielony Ład. Główne pytanie brzmi: jak alokować zasoby? Najważniejszym zadaniem Polski jest więc wypracowanie modelu solidarnościowego, który pogodzi obie strony. W demokratycznej grze młodzi nie mogą wygrać, ponieważ jest ich relatywnie coraz mniej. To zresztą problem nie tylko Polski, ale też całej Europy.

Wspomniane wyzwanie ma swoje przestrzenne konsekwencje. Problemy demograficzne mają inną skalę w metropoliach i małych miasteczkach, które już się wyludniają. Ważnym źródłem dotychczasowych sukcesów Polski była samorządność i demokracja lokalna, jednak zmiany demograficzne i polityka centralna znacznie je osłabiły. Nie mam gotowej recepty na wzmocnienie samorządów, ale jest to kluczowa kwestia. Pewne zmiany już zaszły na skutek pandemii. Wiele osób dostrzegło atrakcyjność życia w mniejszych ośrodkach, pytanie tylko, czy ten potencjał uda się przełożyć na lokalne gospodarki i rynki pracy.

Bardzo ważną kwestią jest struktura osadnicza Polski – w pewnym momencie doszło do zatrzymania procesu urbanizacji, a ponad 40 proc. populacji mieszka na wsi. Tradycyjna wieś się wyludnia (na przykład Podlasie), jednak ludzie generalnie nie emigrują do miast w dużej skali. Maleje też udział rolników w wiejskiej populacji. Impulsem, który może wzmocnić polskie małe ośrodki jest zielona transformacja (choćby przebudowa systemu energetycznego w oparciu o nowe technologie w kierunku modeli energetyki rozproszonej) w połączeniu z reformą rolnictwa (jego ekologizacją). Myślę o wiejskich gminach, w których podstawą gospodarowania będzie rolnictwo wysokiej jakości i przetwórstwo połączone z energetyką (na przykład fotowoltaika).

Polska ma korzystny rozkład przestrzenny miast, czyli ponad 900 w miarę równomiernie zlokalizowanych ośrodków, a więc inaczej niż w krajach z ogromnymi stolicami jak Paryż czy Londyn, w których występuje jedna dominująca aglomeracja. Polska sieć miejska idealnie nadaje się do nałożenia na nią energetycznej transformacji. Będzie to wymagało kapitałowych nakładów ze strony dużych spółek (takich jak PGE, które staje się coraz bardziej „zielone”), ale musimy też rozwijać modele rozproszone w oparciu o chociażby spółdzielczość. Potrzebujemy przeciwwagi dla modelu neoliberalnego.

Ostatnim elementem jest edukacja, zarówno podstawowa jak i wyższa, którą musimy odbudować i przywrócić jej rangę. Młodzi w Polsce muszą być lepiej wykształceni i produktywni.

Edwin Bendyk - dziennikarz, publicysta i pisarz, który pisze dla tygodnika "Polityka", w którym kieruje działem nauki. Jest autorem niedawno opublikowanej książki zatytułowanej "W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata".