Kiedy patrzymy na stablecoiny, to widzimy, że jest to obszar, w którym powstał wielki bałagan. Jeśli stablecoin jest poparty aktywami, jeden do jednego, jest rzeczywiście stabilny. Kiedy nie jest wsparty aktywami, ale obiecuje zapewnić 20 proc. zwrotu, jest piramidą – mówiła Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca MFW podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos 23 maja. Dzień wcześniej szefowa EBC Christine Lagarde oceniła, że „jej skromnym zdaniem kryptowaluty są nic nie warte” i na „niczym nie oparte”.

Ta ostatnia opinia to chyba nadmierne uproszczenie, ale faktem jest, że po wydarzeniach związanych z kryptowalutą Luną i powiązanym z nią stablecoinem TerraUSD prawdziwe zdanie powinno brzmieć: „niektóre kryptowaluty są może i na czymś oparte, ale ich użytkownicy powinni zrobić własny audyt na czym i ile to jest warte”.

Reklama

Zacznijmy jednak od definicji – stablecoin to specjalny rodzaj kryptowaluty, który jest powiązany z walutą fiducjarną, najczęściej z dolarem w proporcji 1:1. Wymieniając dolary na stablecoiny na giełdach kryptowalut, spekulanci wchodzą w ten świat, a jak już zarobią (lub stracą) bajońskie sumy na innych kryptoaktywach, to do stablecoinów wychodzą. Wymiana na samego dolara wiązałaby się bowiem w wielu krajach z obowiązkiem podatkowym. Niezależnie od tego jak bardzo waha się wycena np. Bitcoina jeden stablecoin np. TerraUSD powinien być wart jednego dolara. Tyle, że jak przekonaliśmy się na początku maja nie każdy pseudodolar jest równy innemu pseudodolarowi.

Na początku maja przekonaliśmy się, że nie każdy pseudodolar jest równy innemu pseudodolarowi.

Stablecoiny dzielą się bowiem na klasyczne i algorytmiczne. Te pierwsze deklarują, że mają pokrycie w prawdziwych zielonych banknotach. Przynajmniej w teorii bowiem gdy ktoś kupuje Tethera (USDT) lub USD Coina (USDC) to stojący za nimi emitenci nabywają np. amerykańskie obligacje, a koszty funkcjonowania pokrywają z odsetek za nie.

Piramida runęła

Stablecoiny algorytmiczne nie zawracają sobie głowy kupnem bezpiecznych aktywów jako zabezpieczenia. TerraUSD była powiązana z Luną, która pod koniec kwietnia była 10. największą kryptowalutą. Jej wyceny napędzała silna internetowa społeczność oraz protokół Anchor. Upraszczając, ten drugi polegał na tym, że blokując swoje TerraUSD, które były traktowane jako depozyt pod różnego rodzaje operacje finansowe dostawało się 19,5 proc. odsetek rocznie! Jednak działało tylko wtedy, kiedy napływali wciąż nowi użytkownicy. To pewnie miała na myśli szefowa MFW, mówiąc w Davos o piramidzie z 20 proc. zwrotu. Kiedy TerraUSD straciła powiązanie 1:1 z dolarem piramida runęła.

Mowa o około 40 mld dolarów strat, głównie indywidualnych inwestorów. Dla porównania cały rynek kryptowalut 31 maja był wart 1,32 bln dolarów (BTC odpowiadał za 46 proc. tej sumy), a samych stablecoinów niecałe 160 mld dolarów. W porównaniu z tradycyjnym rynkiem finansowym to nadal drobne sumy. Np. tylko jedna spółka, właściciel Google’a – Alphabet tego samego dnia była wart 1,45 bln dolarów.

Zwolennicy kryptowalut mocno to podkreślają: mimo szoku związanego z Luną i TerraUSD, sam Bitcoin nie upadł, nie upadła żadna giełda kryptowalut, nie było też rozlania problemu do świata tradycyjnych finansów. Tysiące „cyfrowych pionierów” wierzących że przy stopach procentowych w USA wynoszących do 1 proc. ktoś bez ryzyka daje im 19,5 proc. odebrało po prostu kosztowną lekcję. Nic się zatem nie stało? Nie do końca. Pewne jest, że te wydarzenia wzmocnią presję na regulację kryptoświata.

Kontrola emitentów

Podobnie jak w świecie tradycyjnych finansów najważniejsze jest co zrobi USA. 10 maja sekretarz skarbu Janet Yellen zaapelowała przed komisją Kongresu o „spójne federalne ramy” dotyczące stablecoinów do końca 2022 r. Zwracała przy tym uwagę na raport prezydenckiej grupy roboczej ds. rynków finansowych z listopada 2021 r.

Janet Yellen 10 maja zaapelowała o „spójne federalne ramy” dotyczące stablecoinów do końca 2022 r.

Czytamy w nim, że Kongres powinien „działać szybko, aby zapewnić, aby stabecoiny płatnicze podlegały odpowiedniemu federalnemu nadzorowi ostrożnościowemu w sposób spójny i kompleksowy”. Zasugerowano też, że emitenci stablecoinów powinni przestrzegać tych samych standardów, co ubezpieczone instytucje depozytowe, w tym banki stanowe i federalne oraz stowarzyszenia oszczędnościowe, ponieważ mają chronić depozyty klientów i ograniczać „wszelkie potencjalne negatywne skutki systemowe w przypadku upadłości banku”. Innymi słowy mowa o prawdziwym audycie stablecoinów, który przeszłyby pewnie te tradycyjne, ale już nie algorytmiczne.

Uczestnicy rynku obawiają się też, że kryptowaluty mogą też zostać oficjalnie uznane za aktywa, które z definicji kontrolowane są przez SEC (Amerykańską Komisję Papierów Wartościowych i Giełd), to zaś oznacza konieczność spełniania przez emitentów wielu kosztownych formalności.

Wyścig Londynu z Brukselą

O regulacji stablecoinów słychać także w Wielkiej Brytanii. W kwietniu Skarb Państwa Jej Królewskiej Mości zasugerował, że regulacja ma być jednak drogą do tego aby stablecoiny stały się „powszechnym środkiem płatniczym dla klientów detalicznych”. To zaś może oznaczać, że USDT i USDC będą kolejnym sposobem płatności, wyłączonym spod obecnie obowiązującego podatku od zysków kapitałowych.

„Aktywa kryptograficzne odblokowują szybsze rozliczenia, eliminują ryzyko kredytowe i skracają czas rozliczeń prawie do zera. To ogromna wygrana dla handlu, a Wielka Brytania postawiła sobie za cel, aby zająć pierwsze miejsce. Wielka Brytania ma długą historię odkrywania granic, przekraczania oceanów na maleńkich statkach, ubezpieczania ryzyka i tworzenia nowych przedsięwzięć — kryptowaluty nie są niczym innym” – ekscytował się Benjamin Whitby, szef działu regulacyjnego w Qredo, cytowany przez portal Cointelegraph.

Oczywiście Wielka Brytania ma też finansową dzielnicę City i tradycję ścigania się z kontynentalną Europą. UE pracuje zaś nad regulacją kryptowalut od 2018 roku. Zaowocowało to propozycją zwaną MiCA (Markets in Crypto-assets Regulation), która może obowiązywać od 2024 roku.

Chodzi w niej o to aby dostawcy usług kryptowalutowych po zarejestrowaniu w jednym kraju członkowskim i spełnieniu wszystkich wymogów wynikających z potrzeby ochrony konsumentów mogli ubiegać się o „paszport” pozwalający im działać we wszystkich 27 państwach UE. Przy czym wymogi miałyby być łagodniejsze niż np. MIFID II dla tradycyjnych instrumentów finansowych.

Od 2024 r. dostawcy usług kryptowalutowych po zarejestrowaniu w jednym kraju UE będą mogli ubiegać się o „paszport” pozwalający im działać we wszystkich 27 państwach.

Podobnie jak w USA i Wielkiej Brytanii szczególny nacisk położony jest na stablecoiny. Wszyscy ich emitenci będą zobowiązani do utrzymywania funduszy kapitałowych w wysokości 350 000 euro lub 2 proc. ich całkowitych aktywów rezerwowych – w zależności od tego, która kwota będzie większa.

Dodatkowo Europejski Nadzór Bankowy (EBA) wskazywałby, który ze stablecoinów jest „znaczący” (kapitalizacja rynkowa co najmniej 1 mld euro i co najmniej 500 tys. transakcji dziennie). Ci emitenci musieliby utrzymywać płynny kapitał w wysokości 3 proc. aktywów rezerwowych. Do tego doszłyby inne wymogi nadzorcze EBA – np. surowsze zasady dotyczące zarządzania, konfliktu interesów czy zabezpieczeń.

Co ciekawe niektórzy przedstawiciele branży podkreślają, że o ile paszport unijny byłby dobrym rozwiązaniem, bo koszty prowadzenia rozmów z 27 krajowymi nadzorami są przytłaczające, to i tak na razie muszą je ponosić, bowiem nawet niecałe dwa lata, które dzielą nas od 2024 roku to w dziedzinie kryptowalut, fintechów, czy innowacyjnych płatności cała wieczność.

Przed regulatorami jednak niełatwe zadanie. Weźmy jedną z odnóg świata kryptowalut – DeFi, czyli zdecentralizowane finanse. Teoretycznie to obietnica usług finansowych niezależnych od nikogo dzięki rejestrowi – blockchainowi, który powinien być zdecentralizowany i odporny na manipulację. W praktyce wielu twórców kryptowalut pozwala tylko na decentralizację pozorną. Mówiła o tym w Davos portalowi Cointelegraph, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Eva Kaili.

„Musimy mieć gwarancję zrozumienia kto jest deweloperem, kto to kontroluje, jakie są klucze, czy ktoś może zmienić kod, czy nie; gdzie jest jurysdykcja. Musimy mieć pewność, że rozumiemy, jak to działa. To nie jest łatwe ćwiczenie”.

MFW ma plan

Ten wysiłek warto jednak podjąć bo kryptowaluty, a szczególnie technologia rozproszonego rejestru, która za nimi stoi, to innowacja, na którą z zazdrością patrzą najważniejsi przedstawiciele świata tradycyjnych finansów.

„Błagam, abyście nie zmienili przekonania o ważności tego świata” – mówiła o kryptowalutach Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca MFW, podczas tego samego panelu w Davos, na którym krytykowała algorytmiczne stablecoiny.

„On oferuje nam wszystkim szybsze usługi, znacznie niższe koszty i większą integrację, ale tylko wtedy, gdy oddzielimy jabłka od pomarańczy i bananów” – przekonywała.

Można się tylko domyślać, że w tej analogii jabłka to dotychczasowe kryptowaluty (a zgniłe jabłka to algorytmiczne stablecoiny), pomarańcze to przyszłe cyfrowe waluty banków centralnych, a banany? Może nowy standard obejmujący płatności transgraniczne.

„Kraje mogłyby współpracować, aby opracować globalną publiczną platformę cyfrową — nowy element infrastruktury płatniczej z jasnymi zasadami — tak, aby każdy mógł wysyłać pieniądze przy minimalnych kosztach oraz z maksymalną szybkością i bezpieczeństwem. Mogłaby ona również łączyć różne formy pieniądza, w tym cyfrowe waluty banków centralnych” – pisały Kristalina Georgiewa, Gita Gopinath i Ceyla Pazarbasioglu w tekście, który ukazał się 22 maja.

Z danych MFW wynika, że średni koszt opłat przy przekazach pieniężnych to 6,3 proc. co oznacza aż 45 mld dolarów rocznie w rękach pośredników, zamiast czasem niezamożnych nadawców i odbiorców na całym globie. Pewne jest, że jeśli MFW zamierza promować pomarańcze i banany to musi zadbać aby zwykli użytkownicy nie zatruli się robaczywymi jabłkami. Dlatego regulacja świata kryptowalut będzie postępować.

– Podczas spotkania G7 wyraźnie powiedzieliśmy, że apelujemy o szybką, globalną i silną regulację kryptowalut na całym świecie. To ochroni inwestorów i uchroni świat przed niepotrzebną fragmentacją – mówił podczas tego samego panelu w Davos François Villeroy de Galhau, prezes Banku Francji.

– Mam wielką nadzieję, że w tym roku będziemy mieć to rozporządzenie w Europie (…) Regulacja kryptowalut to nie biurokracja. Daje naszym obywatelom poczucie, że globalizacja może być sprawiedliwa – dodał.

Marek Pielach