Afryka Południowa. Po całodziennej wyprawie po wioskach, antropolog ekonomiczny Jason Hickel przybywa do miejsca noclegu. Parkuje auto. Gdy wysiada, jego uwagę przykuwa coś dziwnego. A raczej brak czegoś. Brak owadów na masce i na chłodnicy. Przejechał wiele kilometrów po dzikim terenie, a na jego aucie znajduje się tylko kilka martwych owadów.

Zaczyna się interesować tematem i odkrywa, że owady znikają także w takich krajach, jak np. Niemcy. „W ciągu 25 lat z niemieckich rezerwatów przyrody zniknęło trzy czwarte owadów latających. Naukowcy doszli do wniosku, że stało się tak wskutek przekształcenia otaczających rezerwaty lasów w grunty orne, na których obficie stosowano nawozy sztuczne i środki ochrony roślin” – pisze Hickel w książce „Mniej znaczy lepiej. O tym, jak odejście od wzrostu gospodarczego ocali świat” (Karakter, 2022).

Reklama

Nie ma już motyli po deszczu

Na terenie lasu tropikalnego El Yunque w Puerto Rico, ilość owadziej biomasy spadła w ciągu 36 lat o 98 proc. „Pamiętam, jak w latach 70-tych XX wieku po deszczu wszędzie były motyle. Podczas pobytu w El Yunque w 2012 roku nie widziałem ani jednego” – powiedział jeden z entomologów w wywiadzie dla „The Economist”, cytowany także przez Hickela.

Antropolog podaje także szokujące dane dotyczące połowów ryb. Na przykład liczebność halibuta spadła do 0,2 proc. stanu sprzed kilku dekad. W regionie Azji i Pacyfiku, przy obecnej tendencji, wydajność połowowa spadnie do… zera w 2048 roku.

Zwierzęta znikają, a żywioły szaleją – zauważa Hickel. Od lat 80-tych XX wieku podwoiła się na świecie liczba skrajnie gwałtownych burz. Rok 2017 doświadczył obie Ameryki kilkoma z najbardziej niszczycielskich huraganów, jakie kiedykolwiek odnotowano. Przez wszystkie kontynenty przetaczają się fale upałów, co z kolei prowadzi do coraz większych i groźniejszych pożarów – w Australii w 2020 roku w ich wyniku zginęło kilkoro ludzi, ale też miliard (!) zwierząt, w tym kangurów i koali.

Kto jest winny? Pytanie powinno brzmieć raczej: co jest winne? Kapitalizm. Ale nie ten znany od wieków, a kapitalizm oparty na fetyszu wzrostu PKB. „To nie jest książka o nieuniknionej zagładzie. To książka o nadziei. O tym, jak możemy przejść od gospodarki zorganizowanej według zasad dominacji i rabunkowej eksploatacji do gospodarki opartej na wzajemnej wymianie korzyści ze światem przyrody” – pisze Hickel. „Kryzys ekologiczny, w którym żyjemy, jest o wiele poważniejszy, niż się na ogół zakłada” – zaraz dodaje.

Totalitarny fetysz wzrostu

Hickel zwraca uwagę, że kapitalizm istnieje od wieków, wraz z wolnym handlem stanowiąc podstawę rozwoju gospodarczego. Problem w tym – i to jest główne przesłanie omawianej książki – że w XX wieku kapitalizm zdegenerował się, a wzrost zyskał rangę podstawowego celu. Zasadą organizującą kapitalizmu stał się nieustanny wzrost wydobycia, produkcji i konsumpcji, czego najbardziej znaną miarą i symbolem jest wskaźnik PKB (Produkt Krajowy Brutto).

„Wzrost jest dla kapitału koniecznością. I to nie wzrost nastawiony na jakiś konkretny cel, ale wzrost dla samego wzrostu. Rządzi się on własną, swoiście totalitarną logiką: każda branża, każdy sektor, każda gospodarka musi stale, przez cały czas rosnąć. Nie da się określić punktu docelowego, po którym wzrost mógłby wyhamować” – wskazuje Hickel.

„Wzrost jest dla kapitału koniecznością. I to nie wzrost nastawiony na jakiś konkretny cel, ale wzrost dla samego wzrostu. Rządzi się on własną, swoiście totalitarną logiką: każda branża, każdy sektor, każda gospodarka musi stale, przez cały czas rosnąć. Nie da się określić punktu docelowego, po którym wzrost mógłby wyhamować” – wskazuje Hickel.

Antropolog podkreśla, że nie jest to stan zgodny z tym, co zna natura. Bo przecież organizmy do pewnego momentu rosną, ale gdy osiągną stan dojrzałości, to wzrost zatrzymuje się, po to, by pojawić się mógł stan równowagi. A jeśli w naturze wzrost nie jest z jakiegoś powodu zatrzymany, to dzieje się to wskutek jakiegoś błędu kodowania, np. rozwoju nowotworu, i taki wzrost często staje się zabójczy.

Hickel zwraca uwagę, że panuje przekonanie, iż zdrowe gospodarki rozwijają się w tempie 2-3 proc. rocznie. Problem w tym, że jeśli gospodarka rzeczywiście rozwijałaby się w tempie 3 proc. rocznie, to podwoiłaby swoje rozmiary w 23 lata, bo ten wzrost jest wykładniczy. „Problem w tym, że wzrost gospodarczy jest sprzężony z zużyciem energii i zasobów naturalnych oraz z produkcją odpadów. Nieograniczony wzrost może nieść ze sobą katastrofalne konsekwencje dla życia na Ziemi” – ostrzega autor „Mniej znaczy lepiej”.

Kto jest przeciwko naturze

Co ciekawe, jak wskazuje Hickel, coraz większe rzesze ludzi na całym świecie dostrzegają niepokojące tendencje w zakresie kapitalistycznego fetyszu wzrostu. I daje się znaleźć przykłady na potwierdzenie tej tezy nie tylko w „zepsutych” krajach Zachodu, ale także w krajach rozwijających się.

„Ankieta YouGov z 2015 roku wykazała, że 64 proc. mieszkańców Wielkiej Brytanii uważa kapitalizm za niesprawiedliwy. W USA podobnego zdania jest 55 proc. osób. W Niemczech aż 77 proc. W 2020 roku ankieta Edelman Trust Barometer pokazała, że 56 proc. ludzi na świecie zgadza się ze stwierdzeniem: kapitalizm czyni więcej złego, niż dobrego. W Indiach z takim twierdzeniem zgodziło się 74 proc. osób. Ankieta przeprowadzona przez Uniwersytet Yale w 2018 roku wykazała, że aż 70 proc. Amerykanów zgadza się ze stwierdzeniem: ochrona środowiska jest ważniejsza, niż wzrost. Opinie takie przeważają także w stanach tradycyjnie republikańskich, łącznie z tzw. Głębokim Południem” – wymienia Hickel na łamach swojej książki.

Coraz częściej masy stają więc po drugiej stronie, w opozycji do zwolenników wzrostu za wszelką cenę. Hickel podkreśla, że taki wzrost jest możliwy tylko wtedy, gdy przyroda traktowana jest jak przedmiot, jak zasób, gdy społeczeństwa nie dostrzegają tego, że natura ma ducha. Zdaniem Hickela, przejście animizmu do głębokiej defensywy, już wiele wieków temu, otworzyło drogę do degradacji matki Ziemi. Środowisko naturalne stopniowo zaczęło być traktowane tylko jako tło dla ludzkości, według chrześcijańskiej zasady „bierzcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną”, wskazuje Hickel.

Antropolog nie przebiera w słowach, gdy pisze o stosunku kapitalizmu do natury. „Podstawowa zasada kapitalizmu mówi: świat nie jest żywy, a już na pewno nie jest z nami spokrewniony. Jest czymś, co możemy pozyskać i wyrzucić. Kapitalizm z samej swojej istoty znajduje się w stanie wojny z życiem jako takim” – grzmi Hickel. „Kartezjusz głosił, że nauka ma za cel uczynić nas panami i posiadaczami natury. 400 lat później właśnie taki etos pozostaje głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Traktujemy świat organizmów żywych jako wroga. Kiedy kierownictwo Google utworzyło w 2015 roku nową firmę zajmującą się naukami o życiu, nazwało ją Verily, od słowa prawda. Gdy poproszony o wyjaśnienie nazwy, prezes Andy Conrad stwierdził, że tylko prawda pozwoli pokonać Matkę Naturę” – dodaje.

Jeszcze w Średniowieczu ważnym elementem ludzkiego życia było… cieszenie się życiem. Teraz jest tego coraz mniej w codzienności ludzi z całego świata. Hickel kilka razy na łamach swojej książki podkreśla, że nie ma nic przeciwko działalności gospodarczej czy nawet wzrostowi gospodarczemu. Antropolog zaznacza, że dla dobra wszystkich ludzi i Matki Ziemi należy jednak zabić fetysz wzrost dla samego wzrostu, na którym to zjawisku korzysta drobna – w skali liczby ludności całego globu – grupa bankierów, polityków i akcjonariuszy największych korporacji.

Hickel podkreśla też, że sam wzrost PKB nie jest potrzebny do podniesienia jakości życia. Do tego potrzebna jest efektywna dystrybucja dochodów oraz wysokiej jakości usługi publiczne.

Hickel podkreśla też, że sam wzrost PKB nie jest potrzebny do podniesienia jakości życia. Do tego potrzebna jest efektywna dystrybucja dochodów oraz wysokiej jakości usługi publiczne. Prostym dowodem na to twierdzenie jest fakt, że istnieje mnóstwo narodów o wysokim poziomie szczęścia, które wcale nie są w grupie krajów o najwyższym PKB per capita ani w grupie najszybciej rosnących gospodarek. Hickel zwraca uwagę, że np. zadowolenie z życia jest o wiele wyższe w Finlandii czy Estonii, niż w USA, a jednym z głównych czynników na to wpływających jest wysoka jakość edukacji i opieki zdrowotnej.

Jak odejść od fetyszu wzrostu

W opinii Hickela, potrzebna jest „nowa rewolucja kopernikańska w ekonomii”. Obecnie już istnieje kilka nowych wskaźników ekonomicznych, które potencjalnie mogą zastąpić PKB, ale nie tylko o wskaźniki tu chodzi, podkreśla Hickel.

Chwała autorowi omawianej książki, że prezentuje swoje pomysły na to, jak odejść od fetyszu PKB. Rzucanie bowiem samych haseł, bez konkretnych propozycji, to za mało. Proponuje on następujące kroki: odejście od zaplanowanego starzenia się produktów, okrojenie możliwości reklamowych dla produktów i usług, ewolucyjne przejście od własności do użytkowania, ograniczenie marnotrawstwa żywności, ograniczenie działalności branż ekologicznie szkodliwych (m.in. produkcja paliw kopalnych, produkcja wołowiny, produkcja plastiku), odejście od plutokracji w biznesie. „Spora część akcjonariatów największych korporacji jest kontrolowana przez ogromne fundusze BlackRock czy Vanguard, czyli instytucje bez żadnej demokratycznej legitymizacji. Małe grono ludzi wywiera przemożny wpływ na praktyki przedsiębiorstw, wymuszając przedkładanie zysków ponad troskę o kwestie społeczne i ekologiczne” – wskazuje Hickel.

„Reakcją na kryzys ekologiczny musi być radykalna zmiana polityki, zmniejszenie zużycia energii i materiałów. Niezbędne jest przestawienie się na odnawialne źródła energii. Konieczna jest transformacja gospodarcza w kierunku gospodarki postkapitalistycznej, zorientowanej na ludzki dobrostan i ekologiczną stabilność, a nie na ciągły wzrost. Potrzebna jest też zmiana sposobu myślenia o relacji między nami a światem przyrody. […] Potrzebny jest post-wzrost (de-growth), który oznacza dekolonizację ziem, ludów, a nawet umysłów, spowolnienie pracy i tempa życia. Oznacza on odejście od urzeczowienia ludzi i przyrody, a także deeskalację kryzysu ekologicznego. […] To co nazywamy gospodarką, w ostatecznym rozrachunku to nasze materialne relacje ze sobą nawzajem i z resztą istot żywych. Musimy zadać pytanie o to, jak mają wyglądać te relacje. Czy chcemy, aby polegały na dominacji i wykorzystywaniu, czy na wzajemności i trosce” – podsumowuje swoją książkę Hickel.

„Mniej znaczy lepiej” jest niezwykle ciekawą pozycją, zmuszającą do myślenia. Do tego jest bardzo zgrabnie napisana, czyta się ją z przyjemnością. Można się w wielu miejscach z autorem nie zgadzać, szczególnie gdy rozprawia o kolonializmie, lecz jest to książka ze wszech miar godna polecenia. I to nie tylko tym, którzy interesują się ekonomią. Powinien ją przeczytać każdy myślący człowiek, bo może go skłonić do refleksji nie tylko o gospodarce i kapitalizmie, ale też o jego własnym życiu, o jego własnej codzienności.

Piotr Rosik