Szczyt inflacji

Wszyscy czekają na mityczny szczyt inflacji. Analitycy PIE szacują, że w lutym wskaźnik wyniesie 19-19,5 proc. To niebezpiecznie blisko do 20 proc. Czy Pana zdaniem przebijemy tę symboliczną barierę?

Reklama

Mam nadzieję, że nie, natomiast myślę też, że nie chodzi już o to, czy inflacja wyniesie 19,5 czy 20,2 proc., ale o to, aby ten szczyt jak najszybciej nastąpił, i żeby zaraz po nim doszło do szybkiej dezinflacji. Dlatego najważniejszym pytaniem makroekonomicznym na ten i przyszły rok jest to, jak szybko będzie spadać inflacja, czyli do jakiego poziomu dojdzie wskaźnik cen pod koniec roku przy obecnych stopach procentowych i ile czasu zajmie nam dotarcie do celu inflacyjnego NBP.

I jaka jest Pańska odpowiedź na to pytanie?

Jeden z możliwych scenariuszy jest taki, że do dezinflacji może dojść w miarę szybko, m.in. z powodu efektu bazowego, gdyż rok temu inflacja była już wysoka i teraz wzrostowi cen będzie łatwiej zwalniać. Dlatego pod koniec roku powinniśmy spaść z inflacją poniżej 10 proc., ale jeszcze wiele rzeczy będzie trzeba zrobić, jeżeli chodzi o kurs złotego i politykę fiskalną, żeby procesowi dezinflacji pomóc.

Natomiast dojście do celu inflacyjnego NBP to kwestia o wiele dłuższego okresu, około dwóch lat. Pytanie brzmi, jaką należy prowadzić politykę gospodarczą, aby do tego celu jak najszybciej dojść. Żeby nie okazało się, że Polska jest jednym z krajów, w którym skumulowana inflacja przez ostatnie kilka lat będzie jedną z najwyższych w Europie. Byłaby to porażka naszej polityki gospodarczej.

Polityka NBP i stopy procentowe

Choć inflacja bije rekordy na całym Zachodzie, to czasem pada argument, że obecny wzrost cen w Polsce mógłby być jednak niższy, gdyby nie błędna polityka NBP - najpierw obniżenie stóp procentowych u progu pandemii, a potem spóźnione ich podnoszenie.

Po czasie wszyscy są mądrzy i pojawiają się dobre rady, co można było zrobić lepiej. Tylko takich rad w tamtym czasie było o wiele mniej. Najbardziej jastrzębi komentatorzy polskiej polityki pieniężnej mówili o sygnalnych podwyżkach stóp procentowych na wiosnę 2021 r. Jak jednak pokazuje przykład czeskiego banku centralnego, takie sygnalne podwyżki może coś dały, ale ich ogólny efekt nie był znaczący, bo inflacja w Czechach jest tak wysoka jak w Polsce. Polityka NBP mogłaby być jednak lepsza, jeśli chodzi zarówno o wcześniejszą reakcję, ale przede wszystkim o lepszą komunikację, czyli przekonywanie społeczeństwa na tamtym etapie, że należy walczyć z inflacją. Zadaniem banku centralnego jest bowiem zawsze martwić się o inflację i przed nią społeczeństwo przestrzegać. Jak wiadomo, niekoniecznie taka retoryka płynęła z NBP. Z drugiej jednak strony, nawet najlepsza na świecie komunikacja nie rozwiązałaby problemu inflacji, i - jak pokazują przykłady polityki Europejskiego Banku Centralnego czy amerykańskiego FED - inflacja i tak byłaby wysoka. Widać to też po tym, że w całym naszym regionie wszystkie kraje mają do czynienia z wysoką inflacją, mimo, że w różnych momentach podwyższały stopy i miały lepszą komunikację.

Cały świat dotknęło inflacyjne tsunami. Zasadniczo niewiele dało się z tym zrobić, ponieważ było to uzależnione od wielu globalnych szoków - od pandemii, zerwanych łańcuchów dostaw, inwazji Rosji na Ukrainę, wzrostu cen żywności i energii. Trudno było zwalczyć wszystkie te szoki instrumentami polityki pieniężnej.

Niektórzy eksperci, m.in. prof. Stanisław Gomułka czy były członek RPP Dariusz Filar, uważają, że obecny poziom stóp procentowych powinien być o wiele wyższy, przynajmniej zbliżony do poziomu inflacji, natomiast zatrzymanie obecnego cyklu podwyżek stóp to kolejny błąd NBP.

Myślę, że nie ma dalszej potrzeby podwyższania stóp procentowych, dopóki nie zobaczymy, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze i jak szybko będzie spadać inflacja. Pamiętajmy, że najszybsze w historii podwyżki stóp procentowych z zeszłego roku dopiero teraz zaczynają wpływać na gospodarkę, co zresztą widać po jej coraz gorszych wynikach. To, że polska gospodarka dramatycznie w tym roku spowolni, jest jednym z rezultatów polityki pieniężnej. Dlatego tak jak jeszcze pod koniec zeszłego roku uważałem, że można było sygnalnie podwyższyć stopy do poziomu 7 proc., żeby w listopadzie dać jeszcze ostatni sygnał determinacji NBP w walce z inflacją, tak teraz myślę, że trzeba poczekać na dalsze dane z gospodarki.

Ogólnie chodzi o to, aby zaostrzając politykę pieniężną, przy okazji nie „zabić” gospodarki. Nie jest sztuką tak mocno podnieść stopy procentowe, żeby drastycznie obniżyć inflację, przy okazji doprowadzając do 20-proc. bezrobocia, jak 20 lat temu. Sztuką natomiast jest zrobić to tak, żeby odbyło się to jak najmniejszym kosztem dla realnej gospodarki i poziomu bezrobocia.

Możliwości wzrostu PKB

W budżecie na 2023 roku przewidziano optymistyczny scenariusz wzrostu PKB o 1,7 proc. Z kolei OECD szacuje, polska gospodarka wzrośnie o 0,9 proc., a KE obniżyła prognozę wzrostu z 0,7 do 0,4 proc. Czy to już przesądzone, że unikniemy spadku PKB?

Uważam, że unikniemy recesji, natomiast ona i tak zupełnie inaczej by wyglądała, ponieważ bezrobocie pozostanie na niskim poziomie. Dla mnie ważniejsze jest pytanie, co zrobić, żeby Polska w tym roku, tak jak przez ostatnie 33 lata, znalazła się wśród liderów wzrostu gospodarczego w Europie, a nie w europejskim ogonie, na co wskazują obecne prognozy. Powinniśmy rozwijać się w tempie znacząco szybszym od 1 proc. Myślę, że jest to możliwe.

Jak to zrobić?

Kluczowe byłoby odblokowanie inwestycji, zarówno publicznych, jak i prywatnych, na początek choćby tych symbolicznych wiatraków. Nie ma lepszego sposobu, aby w krótkim i długim okresie wspierać wzrost gospodarczy, niż przez zwiększanie inwestycji publicznych i odblokowywanie inwestycji prywatnych. Z tego należy rozliczać rząd.

Blokada dostępu do KPO to strategiczny błąd

To dobry moment, aby zapytać o środki z KPO. Pięć krajów południa UE (Portugalia, Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania) już otrzymało drugą transzę wypłat z KPO. Pieniądze otrzymują też najbogatsze kraje unijne, takie jak Niemcy czy Francja. Tymczasem Polska wciąż nie ma dostępu do tych środków.

Brak dostępu do środków z KPO i zagrożenie brakiem dostępu do ogółu funduszy europejskich to strategiczny błąd Polski, który, mam nadzieję, jak najszybciej naprawimy. Przez 33 lata udało nam się co do zasady prowadzić dobrą politykę gospodarczą, z wyjątkiem zbytniego schłodzenia gospodarki w latach 2001-2002 i wywindowania bezrobocia do poziomu 20 proc. Obecnie, ponad 20 lat później, jesteśmy w trakcie popełniania drugiego poważnego błędu, tym razem jeśli chodzi o KPO. Blokowanie tych środków podważa polski wzrost gospodarczy i rozwój. Nie ma żadnych dobrych powodów, a na pewno nie są nimi pseudoreformy sądownicze, abyśmy nie mieli dostępu do tych środków.

Wykorzystanie KPO jest jednym z kluczy do tego, aby realnie pomóc gospodarce, przez wyższe inwestycje, ale i też szybciej działające oczekiwania, gdyż dostępu do KPO oczekują zarówno polscy przedsiębiorcy, jak i inwestorzy zagraniczni. Byłby to jeden z ważnych impulsów, aby przyspieszyć wzrost PKB oraz wzmocnić złotego, co pomoże w walce z inflacją.

Wysoka inflacja to duży cios przede wszystkim w biedniejszą część społeczeństwa. Niektórzy wieszczą, że to bomba z opóźnionym zapłonem. Wzrost wynagrodzeń nie nadąża za wzrostem cen, a zamożność konsumentów zaliczyła największy spadek od 1990 r. Być może to pora na jakieś nowe systemowe rozwiązania, które poprawią sytuację najbardziej zagrożonych gospodarstw domowych?

Wszyscy Polacy realnie tracą na wysokiej inflacji, ale biedniejsza część społeczeństwa traci na tym bardziej. Dlatego odpowiedzią po stronie polityki gospodarczej powinna być obrona tych najbiedniejszych i najsłabszych - trzeba to robić taką polityką wsparcia, która dociera głównie do nich, a nie jak dotychczas, do każdego bez względu na dochody i poziom majątku.

W Polsce dobrym przykładem, gdzie realne wynagrodzenia spadają o wiele szybciej niż wśród zatrudnionych w prywatnym sektorze, jest sfera budżetowa. Nauczyciele czy pielęgniarki nie należą do krezusów polskiego społeczeństwa. Dla Polski to problem zarówno dystrybucyjny, jak i rozwojowy, ponieważ de facto realnie coraz mniej inwestujemy w to, co zadecyduje o naszej jakości życia i konkurencyjności gospodarczej w przyszłości. Wsparcie dla nauczycieli, naukowców, innowatorów to jeden z kluczy do długoterminowego rozwoju Polski.

Wstąpienie do strefy euro

Ponad 64 proc. Polaków jest przeciwnych wejściu kraju do strefy euro – wynika z niedawno opublikowanego sondażu. Ekonomista Bogusław Grabowski skomentował to, że Polacy się nie znają, a wspólna waluta przyniosłaby Polsce ogromne korzyści, takie jak stabilność, bezpieczeństwo finansowe, ale również stabilność i bezpieczeństwo polityczne, lepsze perspektywy dla długookresowego wzrostu.

Nie można w Polsce wprowadzić euro na przekór społeczeństwu. Trzeba zacząć wiec od odwrócenia tych sondaży, żeby dwie trzecie Polaków było za wejściem do strefy euro, a nie odwrotnie. Naszym zadaniem jako ekonomistów jest przekonanie społeczeństwa, że wejście do strefy euro byłoby dla nas jednoznacznie korzystne.

A czy przyjęcie wspólnej waluty byłoby dla nas jednoznacznie korzystne?

Bilans korzyści i strat z członkostwa w strefie euro jest dość zniuansowany. Lubię mówić, że ze strefą euro powinniśmy się zaręczyć, ale jeszcze nie wychodzić za mąż. Nie ma się co spieszyć, ponieważ Polska nie jest jeszcze na to ekonomicznie gotowa.

Poza tym jest wiele znaków zapytania co do tego, jak strefa euro funkcjonuje. Przecież to, jak Euroland kilkanaście lat temu poradził sobie z kryzysem zadłużenia, a przynajmniej część słabszych krajów, pokazuje, że wspólna waluta nie jest dobra dla wszystkich. Ze strefą euro jest trochę tak, że ona wzmacnia mocnych i osłabia słabych. Dlatego chodzi o to, aby Polska była pewna, że mamy mocną i konkurencyjną gospodarkę, która sobie w strefie euro dobrze poradzi. Ważna jest też odpowiedź na pytanie, jak radzić sobie z szokami zewnętrznymi, nie mając własnej waluty, nie mogąc operować narzędziami NBP, które przydały się w czasie kryzysu w 2009 roku i w czasie pandemii. I wreszcie, trzeba do strefy euro też wejść po konkurencyjnym, dobrym dla gospodarki kursie.

Być może warto sobie postawić rok 2030 jako planowany termin wejścia do strefy euro. Wtedy, bliżej tego terminu, możemy zdecydować, czy bilans korzyści i strat jest dla nas jednoznacznie pozytywny.

Kiedy ten bilans byłby dla nas pozytywny?

Wiele zależy od tego, jak sobie poradzimy ze skutkami inflacyjnego tsunami jeżeli chodzi o politykę naszego banku centralnego. To będzie jeden z testów. Poczekajmy do roku 2025, aby zrobić pierwsze podsumowanie skumulowanej inflacji oraz efektów dla realnej gospodarki. Wówczas będziemy mogli powiedzieć, czy bycie w strefie euro byłoby dla nas znacząco lepsze.

Pamiętajmy, że obecnie wszyscy mają wysoką inflację, również kraje strefy euro z naszego regionu. Kraje bałtyckie, które są członkami strefy euro, borykają się z ponad 20-proc. wzrostem cen. Krótko mówiąc, jest jeszcze za wcześnie, aby podejmować takie decyzje.

Zachód zdał egzamin

Wojna w Ukrainie pokazała, że perspektywy poszczególnych krajów UE w obszarze bezpieczeństwa mogą mocno się rozjeżdżać. Inaczej na Rosję patrzyły Francja i Niemcy, a inaczej kraje wschodniej flanki. Czy taka różnica perspektyw w fundamentalnie ważnym obszarze nie jest groźna dla spójności i przetrwania UE w obecnej formie?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że Zachód pod wieloma względami zdał egzamin, jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, co wcale nie było oczywiste ponad rok temu. Te różnice w podejściu militarnym, ale również geopolitycznym czy gospodarczym, są teraz o wiele mniejsze niż wcześniej.

Zachód zdał też egzamin w obliczu odcięcia od rosyjskiego gazu. Przecież rok temu wśród ekspertów panowała zgoda co do tego, że Niemcy, Francuzi i Polacy będą marznąć w czasie zimy. Okazało się, że nikt nie tylko nie zamarzł, ale nawet nie zmarzł. Wszyscy razem osiągnęliśmy wspólny sukces. Niezależnie od tego, że zima była cieplejsza, to w tempie historycznie bezprecedensowym Europie udało się odciąć od Rosji - myślę że, już na zawsze. Nie sądzę, abyśmy kiedykolwiek jako Europejczycy mieli od Rosji kupować cokolwiek, gaz czy ropę. To jest zupełnie historyczna zmiana.

Widzę Unię Europejską, ale też USA i cały Zachód jako o wiele mocniejsze niż wcześniej - wbrew tym, którzy wieszczyli upadek Zachodu. Mówili oni, że czeka nas wielobiegunowa przyszłość, gdzie Chiny i Rosja będą rywalizowały z Zachodem, zaś jego upadek jest nieunikniony. Nigdy się z tym nie zgadzałem i ostatni rok pokazał, że Zachód cały czas jest potęgą. I niech tak pozostanie.

Zatem nie obawia się Pan powrotu do business as usual w wydaniu Europy Zachodniej?

Różnice w polityce na pewno pozostaną. Są one związane z doświadczeniami historycznymi, a te w przypadku Francji i Niemiec oraz pozostałej części Europy, są inne niż nasze. My, Polacy, Estończycy, Łotysze, Litwini oraz inne narody regionu od kilkuset lat mieliśmy do czynienia z Rosją, która najczęściej była dla nas źródłem zła, a nie dobra, co odczuwaliśmy na własnej skórze. W tej sytuacji nieunikniona jest różnica opinii. Natomiast w ciągu ostatniego roku okazało się, że to nasz region miał rację jeśli chodzi o Rosję. W efekcie to Europa Zachodnia bardziej niż my musiała zmienić zdanie.

Teraz pojawia się pytanie, co dalej. Myślę, że w interesie Polski i całej Europy jest, abyśmy całkowicie gospodarczo odizolowali Rosję. Europa i Zachód Rosji do niczego nie potrzebują i powinniśmy robić wszystko, aby ten proces przyspieszyć. W przypadku Polski najlepszym sposobem byłoby wybicie się na energetyczną niezależność, żebyśmy nie musieli importować gazu i ropy nie tylko od Rosji, ale też od wszystkich innych krajów, i przekształcenie się w regionalny hub zielonej energii. Możemy oprzeć naszą energetykę w 70-80 proc. o OZE i w pozostałej części o atom. Stać nas na to, mamy odpowiednie technologie, brakuje tylko politycznego przywództwa, które by taką politykę wspierało.

Konkurencja przy odbudowie Ukrainy

Wojna w Ukrainie z czasem pewnie się zakończy i staniemy w obliczu odbudowy tego kraju. Czy Polskę, która jest jednym z największych orędowników Ukrainy, stać na takie inwestycje? Czy nie przegramy z kapitałem zachodnim?

Na pewno polski biznes już teraz robi wszystko, żeby rozpoznać możliwości powojennej ekspansji w Ukrainie. Natomiast gros lub prawie wszystkie pieniądze na odbudowę przyjdą z Zachodu, a nie z Polski. Co prawda będziemy mieli tutaj bardzo dobrą pozycję startową m.in. z powodu naszej geograficznej bliskości, ale dojdzie do ogromnej konkurencji, szczególnie z firmami z Europy Zachodniej, które będą chciały przejąć rynek ukraiński. Polacy będą mieli trudności, żeby wygrać tę konkurencję, dlatego musimy się dobrze do tego przygotować. Kluczowe w tym procesie będzie wsparcie polskiego rządu. Istnieje wiele sektorów, gdzie można działać, począwszy od autostrad, przez koleje po odbudowę sektora energetycznego. Konkurencja na pewno będzie bardzo ostra, ale powinniśmy zrobić wszystko, żeby zwiększyć nasze szanse.

Skracanie łańcuchów dostaw i współpraca z Chinami

W czasie naszej ostatniej rozmowy, w połowie 2020 roku, mówił Pan, że Polska może bardzo skorzystać na skracaniu łańcuchów dostaw i przenoszeniu produkcji z Chin. Jaki jest dalszy potencjał tego trendu?

Tak, i widać, że to się dziś sprawdza. W 2021 roku napływ kapitału zagranicznego do Polski podwoił się, a w zeszłym roku wyniki również były bardzo dobre - pomimo tego, że nagle staliśmy się krajem przyfrontowym. Polska, tak jak cały region, będzie dalej na tych globalnych zmianach korzystać.

Zachęcał Pan też do tego, żeby Polska podjęła pragmatyczną decyzję o współpracy gospodarczej z Chinami w kontekście Nowego Jedwabnego Szlaku i transportu. Dziś widać bardzo wyraźne budowanie dwóch przeciwnych bloków gospodarczych na świecie i rozrywanie łańcuchów dostaw. Czy ten pomysł wciąż wart jest realizacji?

Rzeczywiście z powodu polityki Chin wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, amerykańsko-chińskie napięcia geopolityczne mocno się zwiększyły, a w przyszłości będą jeszcze większe. Polska natomiast – i bardzo dobrze - pozostanie częścią świata Zachodu, co wcale nie oznacza, że nie będzie obszarów, w których nie będziemy mogli z Chinami pragmatycznie współpracować. Powiem więcej, nie tylko będziemy mogli to robić, ale i powinniśmy. Chiny bowiem są drugą największą gospodarką na świecie, a kiedyś będą pierwszą. Chińskie PKB jest warte prawie 20 bln dol. Takiej gospodarki nie można ignorować. Trzeba znaleźć takie sektory i przemysły, gdzie możemy robić ze sobą interesy. Jednym z nich jest zielona gospodarka. Wymiana technologiami z Chinami mogłaby przyspieszyć dekarbonizację i uniezależnienie się od Rosji, nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Warty rozważenia jest też sektor transportowy. Nie widzę dużego strategicznego ryzyka w tym, aby pociągi chińskie przyjeżdżały do Polski i żeby Polska była regionalnym hubem logistycznym. Chiny i tak będą do Europy eksportować, dlaczego mielibyśmy się od tego odłączać? Powinniśmy jednak skupić się na tym, aby te pociągi, które będą później do Chin wracać, nie wracały tam puste. Niech wiozą albo coś naszego, albo europejskiego.

Wojna o półprzewodniki

Obecnie na świecie trwa bardzo ostra rywalizacja o przyciągnięcie inwestycji związanych z produkcją półprzewodników. USA prowadzą bezwzględną politykę zachęt, Europa również ma swoje plany. Czy Polska ma tu jakiekolwiek szanse na przyciągnięcie takich inwestycji?

Produkcja półprzewodników na świecie jest nieprawdopodobnie skoncentrowana. Duża część tej produkcji jest wytwarzana przez jedną tajwańską firmę i kilka innych przedsiębiorstw na świecie. Struktura tego przemysłu jest więc bardzo oligopolistyczna i byłoby bardzo trudno do tego rynku się włączyć. Dlatego zamiast martwić się o to, kto będzie produkować półprzewodniki, skupiłbym się raczej na tym, jak te półprzewodniki najlepiej wykorzystać. Niedługo bowiem będziemy mieć do czynienia z nadwyżką podaży połprzewodników nad popytem, ponieważ w czasie pandemii globalni producenci zainwestowali miliardy dolarów w zwiększenie możliwości produkcyjnych, np. tajwański TSMC buduje nową fabrykę chipów w USA. Zatem nie chodzi o to, aby kosztem olbrzymich subwencji wybudować w Polsce fabrykę półprzewodników, na co są raczej małe szanse. Chodzi raczej o to, żeby zbudować przemysły, które będą w mądry sposób z tych półprzewodników korzystać.

BIO: Marcin Piątkowski – dr hab., ekonomista pracujący w Waszyngtonie, profesor Akademii Leona Koźmińskiego, autor książki „Europejski lider wzrostu. Polska droga od gospodarczych peryferii do gospodarki sukcesu”. Wcześniej wizytujący ekonomista m.in. na Uniwersytecie Harvarda i w London Business School.

Fot. materiały prasowe