Różne wizje globalnego ładu między Europą a USA, słaba koordynacja strategiczna między członkami NATO, problemy z Turcją, ciągłe zagrożenie ze strony Rosji. Sojuszowi nie brakuje problemów, a to oznacza, że na 70. urodziny atmosfera jest w nim znacznie gorsza niż dekadę temu.

Po pierwsze, w oficjalnych dokumentach wydarzenia nie nazywa się już szczytem, ale spotkaniem liderów. W tym roku szefowie państw i rządów spotkają się tylko na jednej, niezbyt długiej sesji roboczej, gdzie każdy będzie miał kilka minut na zabranie głosu. Prace nad wspólnym komunikatem zaczęły się wcześniej, aby uniknąć sytuacji, w której w ostatniej chwili dojdzie do awantury nad jednym przecinkiem. Wszystko po to, by zminimalizować ryzyko sytuacji sugerujących, że Sojusz pęka od środka bardziej niż w rzeczywistości.

Między Zachodem i Rosją

Najbardziej palącym problemem dla Sojuszu jest Turcja, a konkretnie chęć prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana do zbliżenia z Rosją nawet za cenę pogorszenia stosunków z pozostałymi członkami Sojuszu. Objawiła się ona przede wszystkim w decyzji o zakupie jednego z flagowych produktów rosyjskiej zbrojeniówki: zestawu obrony przeciwlotniczej S-400 Triumf. I nie chodzi o to, że ktoś w Sojuszu obraził się, bo pieniądze w przetargu na obronę przeciwlotniczą zgarnęli Rosjanie. Sojusz wojskowy stanowi coś, co w świecie elektroniki konsumenckiej można byłoby nazwać zamkniętym ekosystemem. Innymi słowy, decydując się na komputer z jabłuszkiem w logotypie, skazujemy się także na zakup pasujących do niego akcesoriów. Inne nie będą pasować. Podobnie jest z systemami uzbrojenia.

Największy podarunek

Kilka miesięcy temu David Petraeus, były dowódca sojuszniczych wojsk w Afganistanie, stwierdził, że Władimir Putin jest największym darem dla NATO, ponieważ przywrócił sens jego istnienia. Agresywna polityka Kremla w ciągu ostatnich kilku lat zmusiła Sojusz do przemyślenia priorytetów na wschodniej flance, z korzyścią dla Polski. Rosja pozostaje głównym zmartwieniem NATO.

Latający dywan zamiast F-35

Względami bezpieczeństwa została podyktowana decyzja Waszyngtonu o wyrzuceniu Turcji z programu budowy myśliwca F-35. Uczestnictwo w programie stawiało Ankarę na przodzie kolejki chcących zakupić ten najnowocześniejszy myśliwiec wielozadaniowy, a firmy z Turcji miały uczestniczyć w produkcji komponentów do maszyny. Problem w tym, że F-35 od początku został pomyślany jako samolot trudno wykrywalny dla radarów. Gdyby Turcja otrzymała F-35, samoloty po wejściu do służby patrolowałyby przestrzeń powietrzną kraju, cały czas będąc w zasięgu Triumfów, co zapewniłoby mnóstwo danych do analizy tego, jak myśliwiec prezentuje się na radarach S-400. I nawet jeśli Ankara nie ma zamiaru przekazywać takich danych Moskwie, to ryzyko z pewnością jest duże.

Martwica mózgu

Z działaniami Turcji w Syrii wiąże się diagnoza stanu NATO, jaką w wywiadzie dla „The Economist” postawił prezydent Francji. Mówiąc o „śmierci mózgowej”, Emmanuel Macron miał na myśli brak strategicznej koordynacji między członkami Sojuszu, zwłaszcza tam, gdzie różnią się oni co do priorytetów. – Mamy do czynienia z nieskoordynowanym działaniem ze strony jednego z sojuszników w ramach NATO, czyli Turcji, w kraju, gdzie ważą się nasze interesy. A mimo to nie było żadnego planowania na szczeblu NATO, żadnej koordynacji – mówił prezydent.

Między dwoma brzegami Atlantyku

Co prawda Donald Trump już dawno nie nazwał Sojuszu „przestarzałym” i nie oskarżył jego członków, że fundują sobie przejażdżkę za darmo kosztem Stanów Zjednoczonych, ale różnice między administracją w USA a politykami europejskimi pozostają znaczne. Problem polega na tym, że nawet na samym kontynencie między Sojusznikami nie ma zgody co do priorytetów. Wielka Brytania poza UE nie będzie już tak bliskim sojusznikiem. Macron w wywiadzie dla „The Economist” nawoływał do większej autonomii technologicznej i wojskowej Europy, co może jest i zbożnym celem, ale słowa Francuza nie trafiają na podatny grunt, o czym świadczy niechęć Niemiec, aby wydawać więcej na obronność. Kanclerz Angela Merkel zadeklarowała niedawno, że natowski cel 2 proc. PKB uda się Berlinowi osiągnąć w 2031 r.

Turecka ofensywa w Syrii

Syria od początku konfliktu w 2011 r. jest testem dla jedności Sojuszu. Począwszy od nawoływań europejskich dyplomatów, żeby militarnie interweniować w kraju, wobec głębokiej niechęci Baracka Obamy. Tak głębokiej, że nie zdecydował się zareagować militarnie nawet, kiedy prezydent Baszar al-Asad użył broni chemicznej wobec ludności cywilnej. Aż po obecne, unilateralne działania Turcji, która je motywuje troską o bezpieczeństwo wewnętrzne. Wymierzona w Kurdów ofensywa nie tylko dotknęła sojuszników, dzięki którym udało się pokonać Państwo Islamskie, ale też zmieniła dość poważne status quo w tym kraju. Wobec przewagi militarnej Turków Kurdowie zwrócili się bowiem po pomoc do al-Asada, a pośrednio także do jego protektora, czyli Władimira Putina. W ten sposób praktycznie zerowym kosztem al-Asad i Rosjanie rozgościli się w kolejnej części kraju, co daje im przewagę we wszystkich przyszłych rozmowach dotyczących zakończenia konfliktu w Syrii.

>>> Czytaj też: Erdogan: Sprzeciwimy się planom bałtyckim NATO, jeśli nie uzyskamy wsparcia Sojuszu