Z Krzysztofem Brejzą rozmawia Magdalena Rigamonti
Pan się boi.
Reklama
Już nie mam czego.
Pytam o ten strach w genach.
W sensie?
Pana babcia Halina wie, co się z panem dzieje?
Babcia wierzy w sprawiedliwość.
Wie, że pan był podsłuchiwany, inwigilowany?
O, teraz do mnie doszło, jeśli pani pyta o Jarka, mojego stryja, który... Historia zatacza jakieś straszne koło. Syn babci Haliny, brat mojego taty, mój stryjek Jarek, nastoletni opozycjonista, był podsłuchiwany, inwigilowany. Jego jeszcze do tego bili, torturowali.
Nie wytrzymał. Popełnił samobójstwo.
Babcia wciąż to przeżywa. Nie chcę jej dokładać zmartwień sobą.
Pan tą historią sprzed 40 lat jest rodzinnie obciążony.
Jest pamięć o Jarku, o konsekwencjach. Dla mnie on był, jest i będzie wzorcem. Ale ja nie chcę się bać. Trzeba z nimi walczyć.
Gdzie jest granica?
Sami stawiamy sobie granice. Nie można tym podłym ludziom ulec. Straszne jest to, że oni powielają w coraz większym stopniu te metody stosowane przez SB. Dla wielu to jest bolesne, dla mojego ojca to jest bolesne, bo przecież on wyrósł w opozycji antykomunistycznej.
Głowę pan odwraca. Da pan radę rozmawiać?
Ciężkie to jest. Przecież mojego ojca też atakowali. Jest prezydentem średniej wielkości miasta, w konkursach uznany za jednego z najlepszych prezydentów w Polsce. Za mnie go atakowali. Moją mamę też. I żonę. Mają metodę uderzania w najbliższych, bo wiedzą, że to najgorsze, najtrudniejsze do wytrzymana.
Dlatego pytam, gdzie jest ta pana granica?
Ci, którzy za komuny próbowali tak działać, dziś są na czarnych kartach podręczników historii. Wierzę, że ci współcześni esbecy też się na nich znajdą. Wierzę, że prawda zawsze zwycięży z kłamstwem.

Treść całego artykułu można przeczytać w środowym, weekendowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej oraz w eDGP.