Większość dzieci molestowanych przez księży to chłopcy.

Tak, ale ta teoria wydała mi się interesująca. Zresztą opowiadał mi to ksiądz, który jest odważnym tropicielem pedofilów. Wiem po tych rozmowach, że pedofilia to niejedyny problem Kościoła.

Jakie są inne?

Zderzenie z samotnością, nowoczesnością, z własnym zwątpieniem, odchodzeniem wiernych. Jednego księdza pytam: „O czym wy rozmawiacie na tej plebanii wieczorem?”. A on, że na pewno nie o pedofilii, tylko na przykład o tym, dlaczego denerwują ich biskupi – w jego ocenie oderwani od życia panowie w śmiesznych ubraniach.

A co z homoseksualizmem?

Jeden ksiądz opowiadał, że kiedy był w seminarium, przyjeżdżał biskup i wybierał sobie chłopaków jak konie na targu. Inny ksiądz mówił, że miłość między kobietą a mężczyzną nie będzie nigdy tak doskonała jak między mężczyznami.

To przyzwolenie na homoseksualizm.

Homoseksualizm jest bezpieczniejszy, bo nie ma z tego dzieci.

A kobiety to w Kościele największe zło.

Z jednej strony jest strach przed kobietami, z drugiej – dużo jest w Kościele pomiatania i pogardzania nimi. Obawa przed bliskością z kobietą zamienia się często w pogardę wobec niej. Obiecano mi kontakt z mieszkającym już w Domu Księdza Emeryta kapłanem, który przez 40 lat był związany z kobietą. W końcu się zgodził. Był już trochę zdemenciały, ale wiedział, że przyjeżdżam po to, by usłyszeć od niego, jak to jest być księdzem i żyć z konkubiną. Ba, kiedy o tym wszyscy wiedzą, wie cała hierarchia, i to akceptuje. Rozmawiamy, rozmawiamy i nie pada ani jedno słowo na jej temat. Zaraz zdałem sobie jednak sprawę, że rozmawiamy o niej, tylko że on nie mówi o niej inaczej, jak tylko „moja katechetka”. Ani razu nie było: kobieta, ukochana, partnerka, konkubina, narzeczona, miłość mojego życia. Tylko cały czas „moja katechetka” i „katechetka”. Woził ją ze sobą z parafii do parafii jako katechetkę. Biskup wydał cichą zgodę na ten związek. Mówił, że wszystko mogą robić, tylko nie dzieci.

Dzieci to też zło.

Kłopot. Byłem w jego pokoiku w Domu Księdza Emeryta, zdjęcie tej kobiety jest gdzieś schowane pod papierkami, w szafce. Ten ksiądz przez całe życie czekał na emeryturę, czekał, że się wyzwoli. Kiedy już prawie się udało, ona umarła na raka. I został sam. Pytam go, czy jeszcze raz by to wszystko powtórzył, wyrzekł się dzieci, normalnego życia, i słyszę, że tak, bo zawsze był posłuszny. A ja głupio sądziłem, że jego opowieść to będzie taki skowyt, ryk. Że to będzie facet, który powie, że pieprzy to wszystko, zacznie rzucać krzesłami, wywali krzyż przez okno. A my po prostu rozmawialiśmy o pani katechetce. Wyszedłem od niego skamieniały.

Innych pan pytał o miłość, o zakochanie.

Jeden ksiądz mi powiedział, żeby pytać ich, ile razy się zakochiwali w czasie, kiedy są księżmi. I jeszcze mówił, że jak będą twierdzić, że się nigdy nie zakochali, to znaczy, że kłamią. Przecież są normalnymi facetami. Zakochanie to jest ich związek z rzeczywistością, ze światem normalnych ludzi. Swoją drogą nie wiedziałem, że księża mają cały know-how, jak te kobiety uwodzić. Potrafią zbliżać się do nich emocjonalnie, być kierownikami duchowymi. Wiedzą, że powinni w odpowiedniej chwili wyhamować, ale wiadomo – krew nie woda. I kiedy kobieta jest zakochana, gotowa na wszystko i ksiądz jej musi powiedzieć: teraz, siostro, kto inny będzie twoim kierownikiem duchowym.

Ksiądz kierownik duchowy to panu opowiadał?

Mhm.

I pan mu uwierzył?

Akurat temu – tak. Wiem, że oni nie mówili mi wszystkiego, ale to też nie były takie proste rozmowy. Proszę sobie wyobrazić, że siedzę naprzeciwko czterdziesto- czy pięćdziesięcioletniego mężczyzny, często w rozmównicy. Trudno, żeby ten facet na dzień dobry mi powiedział: słuchaj, jestem bardzo samotny i w zasadzie wieczorami to zajmuję się tym, że oglądam pornografię i się onanizuję.

Po jakimś czasie mówili.

Mówiły też ich dziewczyny, partnerki, że ksiądz wyskakuje z łóżka dziewczyny tylko po to, żeby odprawić mszę, opierdzielić ludzi z ambony za niemoralne zachowania, zdrady małżeńskie, a po mszy do tego łóżka wraca. Z innym księdzem rozmawiałem i szybko zrozumiałem, że on chyba nie wierzy w Boga, że leje na to wszystko, że chciałby mieć rodzinę, nie być samotny, chciałby się móc przytulić do bliskiej osoby. Mówię do niego: stary, to chodź, rzuć to. Chodź, mówię, wstaniemy i spadamy. Nie musiał nawet zrzucać sutanny, był w cywilu, więc nie byłoby tak teatralnie. Poza tym miał też cywilny fach w ręku, poradziłby sobie. Nie chciał. A wie pani dlaczego? Powiedział, że jego matka by tego nie przeżyła. Zresztą kilku tych chłopaków powiedziało, że znalazło się w seminarium, bo mamusia tak chciała, kilku – że chciało uciekać, ale co by mamusia powiedziała. Kiedy pięćdziesięcioletni facet mówi, że mamusia by nie przeżyła jego odejścia z zakonu, to myślisz sobie: człowieku, to kiedy zaczniesz żyć dla siebie?

Pana książka jest też jednym wielkim postulatem za zniesieniem celibatu.

Czy ja wiem? Ale w Piśmie Świętym nic szczególnego na temat celibatu nie ma. Kościół na początku był przecież bez celibatu. Z drugiej strony jeden ksiądz mówił mi: jak będziesz słyszał te wszystkie argumenty za zniesieniem celibatu, to przyjmuj je na spokojnie, bo z reguły mają one wszystkie na imię Kasia, Basia, Ania, czyli chodzi o to, że ksiądz jest w jakimś związku i zmienia mu się gwałtownie perspektywa. A ja wiem, że celibat to na pewno dla nich problem i powód odczłowieczenia. Pamiętam moje nauki przedmałżeńskie. Słuchałem księdza i nie mogłem uwierzyć, że on mówi te wszystkie bzdury. Miałem 21 lat. A on, sam nic nie wiedząc o życiu rodzinnym, o pożyciu, mówił mi, jak to życie ma wyglądać.

Myślę, że celibat, samotność są dla księży wielkim problemem. I dla nas wiernych też. Gdyby się stykali z trudnościami życia codziennego, rozumieliby wiernych i prawdziwe życie. Jeden z moich rozmówców zwrócił mi uwagę na to, że duchowni przeważnie nie myją po sobie kibli. Mówił: „Koledzy uważają, że są do czegoś innego stworzeni. Są oderwani od rzeczywistości”. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP