Nigdy nie zrzekłem się polskiego obywatelstwa, choć powrót do kraju po latach był dla mnie niezwykle trudny – przyznaje 89-letni Janusz Konorski, popijając herbatę w kawiarni w Paryżu, gdzie obecnie mieszka. Spotykamy się tuż przed jego przyjazdem do Polski. Wraz z córką Martine będzie uczestniczyć w obchodach 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w Muzeum POLIN. Po 76 latach po raz pierwszy spotka się z Polakami, którzy uratowali mu życie w czasie wojny. – Jestem Francuzem i Żydem. Gdyby nie Polacy, nie byłoby mnie dziś na świecie. Nie rozumiem, dlaczego prezydent Duda nie mógł przemawiać w Jerozolimie podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Francja znalazła się wśród zwycięzców II wojny światowej, a wiemy, że kolaborowała z nazistami, żaś Polska jest nieobecna.

Pan Janusz to także bohater filmu „Falenicka Atlantyda” opowiadającego o likwidacji podwarszawskiego getta przez Niemców. – Musimy zachować pamięć o tamtych czasach, bez niej grozi nam powrót barbarzyństwa. We Francji i na całym świecie wzbiera fala antysemityzmu i ignorancji. Coraz więcej osób nie wie, czym był Holokaust, nawet w samym Izraelu. Kiedy zanika pamięć, piekło tamtych czasów może powrócić – tłumaczy. Zdjęcia członków rodziny Konorskich znajdują się w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, a polskie małżeństwo Edward i Maria Tescy, którzy przez ponad trzy lata ukrywali Janusza, są w gronie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Dzieciństwo w stolicy

Konorski urodził się w 1931 r. w Warszawie. Ojciec – prawnik, polonista i poliglota po studiach w Montpellier, Berlinie i Sankt Petersburgu – był znaną osobistością w przedwojennej Warszawie. Matka pianistka grywała prywatne koncerty na cztery ręce z Arturem Rubinsteinem. Konorscy najprawdopodobniej spolszczyli nazwisko „Kohn”, całkowicie się asymilując. – Ja nawet nie wiedziałem, że ci wszyscy rabini, mieszkańcy Nalewek czy ortodoksyjni Żydzi widywani czasem na ulicach Warszawy są ludźmi, z którymi coś mnie łączy – wspomina swoje polskie dzieciństwo pan Janusz.

Ojciec zapewnił mu wszelkie wygody i dbał o jego piękną polszczyznę. Chłopiec uczył się w protestanckiej szkole im. Mikołaja Reya, choć wolał przebywać w domu przy ul. Marszałkowskiej, w słynnej Kamienicy pod Skrzydlatymi Syrenami. Miał nianię, w domu była też kucharka i służba. Lubił rysować egzotyczne zwierzęta, słuchać, jak matka gra na fortepianie i marzyć o dalekich podróżach.

Rosnące napięcie między Trzecią Rzeszą a Polską, manifestacje antyżydowskie w Warszawie, noc kryształowa w Niemczech z 9 na 10 listopada 1938 r. skłoniły Konorskich do wyjazdu ze stolicy i schronienia się w Kaczyńcu pod Radomiem. W 1939 r. spędzili wakacje w swoim wiejskim domku.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP