Z Janem Matuszyńskim rozmawia Magdalena Rigamonti

Źródło nieznane

Magdalena i Maksymilian Rigamonti

Reklama

„Po katolicku modlę się za Was o otrzeźwienie, ale pamiętajcie, że jak będzie trzeba, to w obronie bezbronnych zdepczemy i zamienimy w proch wasz wojowniczy zapał!” Kto to powiedział? I kiedy?

Lata trzydzieste? Jakiś ONR-owiec?

2020 r., październik, narodowiec Robert Bąkiewicz.

1937 r., w którym dzieje się serial „Król”, 1983 r., w którym teraz siedzę, robiąc film o zabójstwie Grzegorza Przemyka „Żeby nie było śladów”, i współczesność mają wiele stycznych. Choć myślę, że Szczepan Twardoch w „Królu” napisał narodowcom bardziej malownicze wypowiedzi z lepszym szykiem zdania.

Ja o rzeczywistości, pan o sztuce.

Ja też o rzeczywistości, ale poprzez sztukę. Inaczej nie umiem i nie mam kompetencji. Akurat tak się złożyło, że moje dwa ostatnie projekty są bliżej rzeczywistości, bliżej tego, co się teraz dzieje, niż sądziłem, gdy się do nich zabierałem. I to powoduje... To powoduje smutek.

Myślałam, że pan powie „wkur...nie”.

To jest też wkur...nie. Natomiast nie jest ono głównym czynnikiem determinującym, czy się zajmuję danym tematem czy nie. Aczkolwiek jest ważną emocją w moim procesie, za przeproszeniem, twórczym. Oczywiście widzę, co się dzieje dookoła, dość dobrze widzę. Jest taka ciekawa zbieżność „Króla” z rzeczywistością, której nie można było przewidzieć wcześniej, a mianowicie Szapiro, główny bohater, wyczuwa nadchodzący kres. W trakcie realizacji serialu wydawało mi się to takie metaforyczne, wręcz jak na mnie podejrzanie poetyckie, natomiast teraz, w 2020 r., można to dużo dosadniej rozumieć. Cała sytuacja pandemiczna jest kresem świata, który znamy. To, co mamy dzisiaj za oknem, jest oznaką tego, że kres staje się coraz bardziej dosłowny, już nie metaforyczny.

Myśli pan, że pan – artysta – widzi więcej, przeczuwa, co się wydarzy?

Film jest skomplikowaną, wielopłaszczyznową materią i czasami może mieć cechy takiego wychodzenia do przodu. Zdarza się to jednak przy okazji. Ja nie widzę więcej. Nie jestem rycerzem Jedi ani prorokiem. Ślepy też nie jestem. To, co się dzieje teraz na ulicach – protesty, marsze Strajku Kobiet – to dowód na to, że jesteśmy świadkami jakiegoś piku, jakiejś zmiany. Jestem dość sceptyczny co do tego, że to będzie zmiana na lepsze. Myślę o tym, o czym mówił Jarosław Kaczyński w swoim orędziu, jakiego języka użył, na jakie zwarcie idzie i czy świadomie na poziomie inscenizacyjnym nawiązał do Wojciecha Jaruzelskiego. Jasno pokazał, że porozumienie pomiędzy dwiema Polskami, dwoma obozami jest niemożliwe. A w środę przy rondzie de Gaulle’a mieliśmy scenę niemalże jak z „451 stopni Fahrenheita”. No albo jak z początku „Króla” właśnie.