Z Michałem Gierkem rozmawia Maciej Jońca
Mówi pan po niemiecku?
Reklama
Mówię, ale nie od urodzenia. Nauczyłem się tego języka w dzieciństwie dzięki kontaktom z rodziną w Niemczech. Mój ojciec z kolei nauczył się dopiero jako dorosły mężczyzna, mimo że jego ojciec był dwujęzyczny - pochodził z niemieckiego domu, a polskiego doskonale nauczył się w przedwojennym polsko-niemieckim gimnazjum w Toruniu.
A uważa się pan za arystokratę?
Nie.
Przysługuje panu niemiecki tytuł szlachecki.
Owszem, ale z niego nie korzystam.
Jak to się stało, że ze Szczecina zniknął ród von Gierke, a pojawiła się rodzina Gierków.
Rodu von Gierke w Szczecinie właściwie nigdy nie było. Tytuł został nadany przez Wilhelma II członkom naszej rodziny w 1910 r., kiedy żaden z nich nie przebywał już w tym mieście. Mieszkała tu wcześniej mieszczańska rodzina Gierków przybyła w połowie XVIII w. z okolic Pragi. Przez ponad sto lat jej przedstawiciele zajmowali się handlem i pełnili różne funkcje urzędnicze. Jeden z nich, mój prapradziad Julius, był nawet przez kilka miesięcy pruskim ministrem rolnictwa. W drugiej połowie XIX w. przedstawiciele najmłodszego wówczas pokolenia rozjechali się jednak po świecie. Została tylko jedna wydana za mąż dama, która zmarła w 1916 r. Ale rodzina w zasadzie nigdy nie opuściła na dobre Pomorza, ponieważ mój dziadek zamieszkał tu zaraz po II wojnie światowej. Sam Szczecin zasiedliła jednak ponownie za moją sprawą dopiero w 2006 r.
Dla historii prawa oraz myśli politycznej niezwykle ważna jest postać Ottona von Gierkego - niemieckiego uczonego i rektora uniwersytetów we Wrocławiu i w Berlinie oraz wybitnego cywilisty. Czy w „polskiej” gałęzi rodu pamięć o nim pozostaje żywa?
Zacząłbym od tego, że polska gałąź naszej rodziny jest bardzo mała i obecnie liczy siedem osób. Owszem, znamy to nazwisko. Pamiętamy, że był to nasz stryj, ale nie otaczamy go jakimś szczególnym kultem. W narracji rodzinnej przewija się wątek, że był wśród naszych krewnych słynny prawnik - i niewiele ponadto. Wiemy, że był cenionym uczonym o znakomitym dorobku i że niestrudzenie poszukiwał w prawie germańskiego ducha. Rzecz ciekawa: naziści z chęcią odwoływali się do jego koncepcji. Kiedy jednak doszli do władzy, synowie von Gierkego, którzy śladem ojca robili kariery uniwersyteckie, zostali wydaleni z uczelni, ponieważ ich matka miała żydowskie korzenie.
Kto w takim razie jest rodzinnym bohaterem?
Taką osobą mógłby być dziadek Fryderyk. Na pewno ja sam dostrzegam w nim autorytet i wydaje mi się, że moi najbliżsi również. W porównaniu ze sławnym Ottonem jest to postać wręcz anonimowa. Cenię jednak jego wybory życiowe i postawę moralną. Był to jedyny przedstawiciel rodziny, który pozostał w Polsce po II wojnie światowej. Jego rodzeństwo rozjechało się po świecie. Większość znalazła się w Niemczech, ale byli i tacy, którzy ze względu na powiązania niemiecko-żydowskie schronili się aż na południu Afryki.
A dziadek Fryderyk pozostał…
Nawet nie tyle pozostał, ile wrócił do Polski po zakończeniu wojny. Przed jej wybuchem miał polskie obywatelstwo. Zasadniczą służbę wojskową odbył w polskiej armii. Kiedy wybuchła wojna, wpisano go na listę osób narodowości niemieckiej II kategorii, a w 1943 r. przymusowo wcielono do Wehrmachtu. Na froncie wschodnim dostał się do radzieckiej niewoli. Stamtąd latem 1946 r. powrócił do Polski. Miał wielokrotnie okazję, by wyjechać do Niemiec, ale nigdy z niej nie skorzystał. Trauma wojenna ciążyła na nim zbyt mocno.
Co było powodem tej traumy?
Hitlerowcy zamordowali jego najstarszego brata, który był dla niego absolutnym autorytetem. Hans - czy raczej Jan, bo wolał, aby tak się do niego zwracano - był dziedzicem rodzinnego majątku w Polanowicach. Nawiasem mówiąc, pradziad Walter właśnie dlatego został uszlachcony w 1910 r., że udało mu się stworzyć doskonale funkcjonujący niemiecki majątek ziemski nieopodal Kruszwicy, a więc na „prapolskiej” ziemi. Jego najstarszy syn i zarazem dziedzic był jednak mocno propolski, w czym po cichu wspierała go matka. W latach 30. XX w. wspomagał różne polskie organizacje społeczne i patriotyczne, takie jak Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” czy Związek Strzelecki. Jego druga żona była Polką. Po wybuchu wojny i ustanowieniu na tych ziemiach administracji niemieckiej uwaga władz natychmiast skupiła się na Janie. Zarzucano mu, że wspierał polskie wojsko i oddał mu nawet swoje konie. Powiadano też, że udzielał pomocy żydowskim przyjaciołom. Rozstrzelano go bez sądu podczas tzw. krwawej niedzieli w Inowrocławiu.
Przecież był też Niemcem.
To był bandycki samosąd. Na początku października 1939 r., po wprowadzeniu okupacyjnej administracji, Jana aresztowano i osadzono w więzieniu. W nocy z 22 na 23 października niemiecki starosta Otto Hirschfeld i jego kompani upili się i postanowili „postrzelać sobie do Polaków”. W alkoholowym amoku zamordowali 56 zatrzymanych. Jan był jednym z nich. Wedle zeznań świadków Hirschfeld zastrzelił go osobiście „za zdradę niemieckości i przystanie do Polaków”. Dla jego brata, a mojego dziadka Fryderyka, był to szok, który naznaczył całe jego późniejsze życie.
Wracamy do dziadka Fryderyka.
Przed wojną należał do Związku Strzeleckiego i sympatyzował z BBWR. Sam o sobie mówił, że jest Niemcem lojalnym wobec Polski. A po krwawej niedzieli z października 1939 r. zaczął się chyba bardziej czuć Polakiem, a na pewno polskim patriotą, choć - że tak to ujmę - pacierz do końca życia zmawiał w języku Goethego. Trzeba jednak dodać, że pod względem światopoglądowym rodzina nie była monolitem. Część otwarcie manifestowała niechęć do nazizmu, jak prababka Luiza, której odraza wobec narodowego socjalizmu była tak wielka, iż kiedy słyszała przemawiającego Hitlera, to natychmiast ze złością wyłączała radio. Okupanci uznali ją za renegatkę, czyli Niemkę całkowicie spolonizowaną i współpracującą z Polakami na szkodę III Rzeszy, choć w ogóle nie mówiła po polsku. Z kolei jedna z sióstr dziadka miała męża o korzeniach żydowskich i tylko cudem w przeddzień wybuchu wojny udało im się zdobyć brytyjskie obywatelstwo i uciec do południowej Afryki. Inna siostra miała męża pastora, który zginął w czasie tzw. łowickiego marszu śmierci, czyli deportacji inteligencji pochodzenia niemieckiego z terenów przygranicznych, którą władze polskie prowadziły we wrześniu 1939 r. Żeby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę - drugi brat dziadka był członkiem SS… A dziadka krótko przed wybuchem wojny Polacy wsadzili do więzienia. Spędził tam kilka miesięcy.
Za co?
Za sianie defetyzmu. A on tylko przestrzegał swych polskich współobywateli. Twierdził, że wojna jest nieunikniona, że wkrótce wybuchnie i trzeba się do niej jakoś przygotować. Aresztowano go na fali prewencyjnych zatrzymań obywateli niemieckiego pochodzenia, których podejrzewano o wrogą działalność. Co ciekawe, akcję tę przeprowadzono, gdyż władze spodziewały się rychłego rozpoczęcia działań zbrojnych… Sąd II instancji go uniewinnił.