Z otwartymi ramionami, współczującym sercem przyjmujemy przybyszy z Ukrainy, którzy uciekając przed koszmarem wojny znajdują schronienie w naszym kraju. Jak rozsądnie pomagać, aby nasze ciepłe uczucia nie przerodziły się w znużenie, niechęć czy strach?

Nie obawiałabym się, że to, co robimy, przyniesie przykre konsekwencje. Warto jednak stosować rozwagę; ona powinna dotyczyć nie tylko tego, co chcemy zaoferować, ale co możemy. Żeby się nie okazało, iż nasze zasoby kończą się szybko, nie mamy pieniędzy, nasza rodzina ma swoje wymagania, mamy małe dzieci i nie dajemy sobie rady z całą sytuacją, nie jesteśmy w stanie wszystkich obsłużyć.

Reklama

Zwłaszcza, że nie wiadomo, jak długo potrwa ta sytuacja.

Nie ma perspektywy czasowej; nie wiemy czy ci ludzie, którzy przybyli do Polski, będą tutaj trzy tygodnie, trzy miesiące, trzy lata, czy pozostaną na zawsze. W tym sensie jest to strasznie trudne. Jednak, przynajmniej na poziomie własnej oceny sytuacji, warto stosować dojrzałą rozwagę. Żeby nie było tego polskiego "zastaw się, a postaw się". Żeby po kilku tygodniach nie powiedzieć, "co ja teraz zrobię?". I to nie tylko dotyczy osób, które przyjęły uchodźców do własnych domów.

Jest pomoc mała w obrębie naszego domu, rodziny i duża, dotycząca wielu osób potrzebujących.

Dotyczy to na przykład nauczycieli. Do szkół już zaczęły chodzić dzieci ukraińskie i nauczyciele muszą wziąć na siebie trud pomocy w ich adaptacji w środowisku szkolnym i - generalnie - w ich nowej sytuacji. To nie jest proste. Wojna trwa dwa tygodnie, a dopiero teraz myśli się o wsparciu psychologicznym dla nauczycieli. Jestem umówiona na rozmowy z pedagogami. Kilka takich spotkań już odbyłam. Mówię na przykład nauczycielce: "Nie musisz brać za rękę małego dziecka i oprowadzać po szkole w czasie przerwy. To jest twój czas odpoczynku. Ale zachęć Hanię i Stasia albo Józka i Małgosię, aby oni pokazali nowej koleżance szkołę; bibliotekę, świetlicę, szafki w szatni czy sale gimnastyczną." To jest właściwe integrowanie, ponieważ dziecko nie żałuje kolegi z Ukrainy, tylko się nim i sytuacją zaciekawia. Obawiam się, żeby nie wytworzył się taki klimat, że się litujemy nad tymi ludźmi. A mamy do tego skłonność, jesteśmy kulturą miłosierdzia, nie dajemy wędki, tylko rybę. Nie litujmy się, pomagajmy!

I to jest ta właściwa droga niesienia wsparcia i otuchy?

To jest nasza wspólna sprawa, żeby proces adaptacji i integracji się odbywał. My prawie nie używamy słowa integracja, nie doświadczamy jej, wręcz przeciwnie, ostatnio mocno się dezintegrowaliśmy, dzieliliśmy się i coś z tego w nas jeszcze tkwi. A teraz w stosunku do ludzi, którzy są w stanie straszliwego szoku, zmęczenia, lęku, przerażenia, paniki dość łatwo przybrać rolę dobrodzieja. A to nie jest ładna, dobra rola; lepsza jest rola współtowarzysza, partnera w trudnej sytuacji, osoby, która wzmocni, obdarzy swoją siłą.

Jak to przełożyć na konkretną sytuację? Przyjęliśmy do domu rodzinę i co dalej, jak ułożyć codzienną wspólną egzystencję.

Trzeba omówić warunki korzystania z mieszkania, wspólnego dbania o porządek, umówić się, że nie ma w domu picia alkoholu.

Jeśli jednak dorosłemu mężczyźnie drżą ręce, bo tu sprowadził rodzinę, zaraz wraca na Ukrainę i musi wypalić kilka paczek papierosów dziennie w naszym mieszkaniu, to jak mu zakazać?

Warto ustalić regułę, że nie ma palenia papierosów w mieszkaniu np. ze względu np. na małe dzieci. A panie, które z nami zamieszkały, zaprosić do kuchni, dać im produkty i niech same gotują, a robią to świetnie. Jasne zasady są pożyteczne, nikogo nie obrażają. Gorsze są niedopowiedzenia, bo z nich rodzą się później pretensje. Naprawdę dobrze się umówić, a często tego nie robimy.

A można przecież do pewnego stopnia ustalić plan pobytu z praktycznymi wskazówkami, nie tylko dotyczącymi naszego mieszkania, ale miasta: zrobić małe mapki, z zaznaczeniem, gdzie jesteśmy, nie wszyscy mają przecież GPS-y, wskazać drogę do urzędów, ambasad – niektórzy planują jechać dalej, na lotnisko. Zrobić na kartce słowniczek podstawowych słów i zwrotów, aby ułatwić komunikowanie. Ci ludzie są przecież pogubieni, zdezorientowani. Bądźmy praktyczni, bo to ułatwi budowanie relacji opartych na zupełnie nowych znajomościach, nowych rolach, do których jesteśmy skłonieni przez ten potworny dramat. Moja troska dotyczy tego, żeby za szybko nie nastąpiło znużenie, bezradność, opuszczenie rąk. Trzeba być czujnym i odbierać sytuacje w realistycznym a nie romantycznym wymiarze. Jesteśmy w fazie romantycznej; dwa narody sąsiednie - mimo rozmaitych historycznych zatargów - podają sobie ręce. Niech to będzie z naszej strony dłoń rozsądnie pomocna.

Jak rozmawiać z ludźmi z kraju wojny?

Należy przede wszystkim słuchać. Mamy przecież do czynienia z ludźmi onieśmielonymi, chorymi, w potrzebie. Rozmowa ma otworzyć przestrzeń, w której razem poczujemy się bezpiecznie, trzeba pozwolić wypowiedzieć się ludziom. Nie wypytywać prokuratorsko: co się dzieje, skąd przyjechałaś, co będziesz robić, a kiedy wrócisz? Oni nie są gotowi na takie indagacje; sami mają więcej pytań, niż odpowiedzi.

To, co chcemy wzbudzić, to zaufanie i kiedy rozmawiamy z matką dziecka lub samym dzieckiem zapytajmy: jak mogę ci pomóc, co byście chcieli, co zrobić, abyś mogła odpocząć – są to przecież osoby wycieńczone, śmiertelnie zmęczone. Strach męczy.

Jeśli chcemy zbudować jakiś pomost, to wsłuchajmy się w to, co do nas mówią. I jeśli słyszę: dziękuje, nic nie chcę, nic mi nie potrzeba, to zostawiam ich w spokoju. Przyjdę za jakiś czas, zadzwonię albo przyślę starszego syna albo zaproszę na kolacje. Zależy, jakie są realia; czy mieszkamy razem czy tylko udostępniamy wolne mieszkanie.

Rozmowa ma otworzyć nam oczy na potrzeby tych ludzi. Ta pierwsza rozmowa nie może być o wojnie, o mężu, bracie, którzy zostali na Ukrainie i walczą, nie może dotyczyć ich utraconych domów. Najpierw dość konkretnie należy omówić sprawy organizacyjne, służyć wyjaśnieniami, informacjami, podzielić się wiedzą na temat formalności, urzędów. Niewiedza jest też przecież formą lęku.

Ukazała się właśnie pani nowa książka "Droga do siebie. O poczuciu wartości". Wydawać by się mogło, że nie jest to książka na ten czas, ponieważ teraz pora zająć się innymi, a nie sobą. A jednak odnaleźć w niej można wiele rad, jak zbudować siebie, aby być – jak pani mówi-partnerem dla tych ludzi w nieszczęściu.

Co w tej książce jest aktualne na każdy czas i ma charakter uniwersalny to przekonanie, że ludzie, którzy mają poczucie pewności siebie, są spokojni, a nie pełni lęku, zażenowania, wstydu, poczucia winy. Są w stanie być osobami niosącymi pomoc, zrównoważonymi, skutecznymi partnerami ludzi w potrzebie.

Obecnie tematem numer jeden z punktu widzenia psychologa są dla wielu ludzi wymuszone i nieznane wcześniej rodzaje relacji z innymi ludźmi, właśnie z przybyszami. Jeśli w naszym domu, kamienicy pojawiają się nagle ludzie z tobołkami, z dziećmi, z nieszczęściem w oczach, zdezorientowani, to musimy wiedzieć, jak się wobec nich zachować, jak nawiązać odpowiedni kontakt.

Te relacje są bardzo wymagające ze względu na własne kompetencje międzyludzkie. Otóż poczucie wartości, pewność siebie, zaufanie do siebie jest niebywale ważnym, ułatwiającym wszelkie relacje darem. To jest rodzaj premii, ponieważ jeśli zrobisz coś dobrego, to poczucie wartości rośnie. Poczucie wartości sprzyja naszym porywom, a jednocześnie porywy sprzyjają poczuciu wartości; dzięki nim zaczynamy wierzyć w siebie. Jeśli ktoś nam powie "dziękuję" to dowód, że spełniłam coś ważnego, dobrego, wielkiego.

Czyli w pewien sposób zdajemy egzamin jako ludzie, Polacy, społeczeństwo…

Jako obywatele, społeczeństwo obywatelskie. Jeśli tę ogromną pracę osób prywatnych, wolontariuszy, samorządowców wesprze państwo, to pomoc będzie większa, organizacyjnie i prawnie dopracowana. To ważne, ponieważ można się spodziewać, że niebawem trzeba będzie ją nieść rannym żołnierzom, którzy z frontu napływać mogą do polskich szpitali.

Rozmawiała Anna Bernat (PAP)

Ewa Woydyłło - psycholog, terapeutka uzależnień. Autorka książek m.in. "Sekrety ludzi", "My-rodzice dorosłych dzieci", "Bo jesteś człowiekiem", "Dobra pamięć, zła pamięć", "Ludzie, ludzie", "Żal po stracie".