Patrząc na przeciętną grecką dzielnicę mieszkalną w Atenach trudno uwierzyć, że ten kraj przechodzi kryzys - mówi Kerin Hope, korespondentka "FT", która od 20 lat mieszka w Atenach.

Kawiarnie są wciąż wypełnione po brzegi przez młodych Greków sączących swoje „freddos” a wokół brakuje miejsc parkingowych. Matki w markowych jeansach ściskają pocieszne maluchy, rozmawiają o cenach hoteli na Santorini i Mykonos. A jednak gdzieniegdzie widać sygnały ostrzegawcze: handlowcy oferują duże rabaty, o jakich nie było mowy zanim kryzys uderzył w 2009 roku, a na budynkach widnieje bezlik przyklejonych napisów „na sprzedaż”.

Życie z pewnością się zmieniło w Kolonaki, niewielkiej dzielnicy z wygodnymi powojennymi blokami mieszkalnymi, które pną się u w górę wzgórza Lykavittos. Kupiłam tu mieszkanie jakieś 20 lat temu wracając do Aten jako korespondentka „FT” w Grecji oraz, sporadycznie, w Albanii, na Cyprze i w Bułgarii.

Uczucie niepewności towarzyszyło mi na Bałkanach, ale w Atenach to nowy rodzaj wrażeń. Po serii napadów z bronią w ręku na naszej ulicy, poszłam za radą sąsiadki i zainstalowałam stalową ramę antywłamaniową w drzwiach. Raz na jakiś czas demonstranci przeciw rządowym oszczędnościom, uzbrojeni w drewniane kije, ścigają się na wzgórzu podczas ucieczki przed oddziałem policji, rozbijając po drodze szyby w zaparkowanych autach.

Wizyta szczura, emblematu miasta pogrążonego w kryzysie, wybiła mnie z tropu. Podreptał od kupki nie zabranych śmieci na drzewko gorzkiej pomarańczy stykające się z moim balkonem i przebiegł przez sypialnię do szafy. Szczurołap, niegdyś marynarz, wyjaśnił mi radośnie, że jego biznes teraz kwitnie, ponieważ gmina Ateny obcięła fundusze na zwalczanie szkodników.

To wszystko daleko odbiega od obrazu z początku lat 2000-nych, kiedy to Grecja pożyczała tanio umocniona swoim członkostwem w strefie euro i była „latarnią” dobrobytu dla sąsiednich Bałkanów borykających się z problemami. Migranci z Albanii, Bułgarii i Rumunii pomagali budować infrastrukturę na letnie igrzyska olimpijskie w Atenach w 2004 roku. Wielu zostało, dołączyli do nich jeszcze Ukraińcy i Palestyńczycy, ponieważ lokalni wykonawcy przerzucili się na spekulacyjne budowanie nowych domów w obrębie miasta.

Greckie banki zachęcały klientów ofertami kredytów hipotecznych na dwupoziomowe domki na przedmieściach Aten albo na drugie domy na wyspie Aegean. Rozwijała się społeczność migrantów, ponieważ kupcy z Niemiec i Wielkiej Brytanii zaczęli rozchwytywać nowe wille albo restaurować stare wiejskie domy. Wydawało się, że Grecja w końcu zrealizowała swoje ambicje bezbolesnego zjednoczenia z Europą Zachodnią.

Kontrast pomiędzy Atenami z początku lat 80., kiedy pracowałam dla agencji Associated Press, nie mógł być większy. Gruba chmura zanieczyszczonego powietrza wisiała nad miastem, głównie z powodu emisji z podstarzałych prywatnych samochodów (taryfy importowe były ogromne). Pierwszy socjalistyczny rząd Grecji regularnie groził wycofaniem się z NATO i Wspólnoty Europejskiej. Teraz trudno w to uwierzyć, ale powiązani ze sobą politycy, z którymi robiłam wywiady, upierali się wtedy, że turecka inwazja w wyniku której Grecja straci suwerenność nad swoimi najładniejszymi wyspami, jest bliska.

Klatka schodowa obok wynajmowanego przeze mnie mieszkania w mniej zdrowej części Lykavittos, tuż nad warstwą zanieczyszczeń, prowadziła do Exarchia, studenckiego sąsiedztwa wypełnionego niechlujnymi tawernami. Exarchia jest teraz „świadomą alternatywą”, domem dla dilerów narkotykowych i odrębnych grup anarchistycznych, a mimo to jej żywiołowe bary i restauracje przyciągają klientów z całego miasta. Jak dotąd moja ulubiona tawerna, będąca szopą w zimie a latem zamieniająca się w zadaszony winoroślami dziedziniec, serwująca przepyszne i konkretne zupy cytrynowe albo nadziewane papryki w zależności od sezonu, ostała się.

Greccy przyjaciele doradzili mi, żeby kupić mieszkanie w Kolanaki, gdzie jest drożej niż w innych dzielnicach centralnych, ale przynajmniej tereny są odporne na trzęsienia ziemi. Kilka z jej solidnych, sześcio- lub siedmio- piętrowych budynków wykutych w wapiennej skale zostało zniszczonych podczas wielkiego trzęsienia ziemi w Atenach. Mój budynek kołysał się na boki w 1999 roku, kiedy było trzęsienie ziemi o 6 stopniach w skali Richtera, posyłając talerze i kubki w powietrze. Na szczęście nie było żadnych pęknięć.

Kolonaki ma mix atrakcji: bogactwo kawiarni i butików oraz widoki na starożytne świątynie na Akropolu z różnej perspektywy, kiedy spaceruję wzdłuż ulicy i przez sam Lykavittos. 15 minut wspinaczki na szczyt i można podziwiać całą panoramę Aten, otoczonych górami i morzem.

Wielu obcokrajowców woli mieszkać na przedmieściach. Entuzjaści żeglowania i całoroczni pływacy wybierają pobliskie okolice takie jak Glyfada, Voula czy Vouliagmeni w południowej części miasta. Z bardziej zielonych dzielnic, bliżej centrum są Psychiko i Philothei. Adresy w Kifissia, dawnym letnim resorcie Ateńczyków, oraz Ekali położonej na stokach góry Penteli są elegantsze, pomimo godzinnych korków, które są zmorą dojeżdżających.

Ceny nieruchomości spadły o 20-30 proc. odkąd Grecja dostała finansowe koło ratunkowe w 2010 roku od partnerów z UE i Międzynarodowego Funduszu Monetarnego, po tym jak utraciła możliwość finansowania długu przez rynki. Mimo to, nadal jest kilku kupców. Szacunkowo 100 tys. właścicieli domów przestało regularnie spłacać hipoteki, ale lokalne banki jak dotąd uniknęły konsekwencji. To może się wkrótce zmienić, bo UE i MFW zaczynają naciskać na stosowanie sankcji dyscyplinarnych dla banków. Dla nabywców z górnej półki, ceny penthausów w Kolonaki z widokiem na Partenon czy willi z basenem w Ekali, już są o 40-50 proc. niższe niż w 2008 roku.

Zanim pojawił się kryzys Grecy postrzegali kupno nieruchomości jako najlepszą inwestycję z możliwych. Ale teraz czynsze poszły w dół, ponieważ bezrobotni najemcy nie mają z czego płacić. Nowy roczny podatek od nieruchomości pogłębia niepewność. Na jednym z ateńskich przyjęć obiadowych w powietrzu tli się pytanie „co powinniśmy zrobić?” podczas głośnych dyskusji na temat tego, czy nie ruszać się z miejsca, czy sprzedawać i uciekać za granicę.

Ostatecznie większość ludzi wstrzymuje się z decyzją zanim nie wyjaśni się czy Grecja zostanie czy opuści strefę euro. Prywatny inżynier powiedział mi kiedyś, że jeśli drachma powróci, poszuka pracy nad zatoką i będzie doradzać swoim synom, żeby zostali za granicą jak skończą studia.

Perspektywa dla młodych ludzi jest żałosna, ze stopą bezrobocia powyżej 55 proc. Podobnie jak dla dorosłych próbujących przetrwać z godnością za kurczące się pensje.

Bezmyślni politycy, chciwi bankierzy, skorumpowani biurokraci i łupieżczy oligarchowie – wszyscy oni przyczynili się do tej katastrofy. Nie budzące entuzjazmu wysiłki w kierunku przeprowadzenia reform testowały tylko cierpliwość międzynarodowych pożyczkodawców, niektóry ekonomiści przewidują „Grexit”, wyjście z euro przed końcem 2012 roku.

Pisanie o greckiej jeździe na karuzeli od zubożałego wyrzutka europejskiego do dumnego gospodarza nowoczesnych Igrzysk i, co całkiem możliwe, drodze powrotnej - jest fascynujące. Bez względu na to, czy chodzi o zamieszki przed parlamentem, czy zawiłości dotyczące stabilności zadłużenia, ten roller-coaster rzadko odpuszcza. Nawet jeśli decyzje dotyczące przyszłości kraju podejmowane są w Berlinie i Brukseli, można odczuć, że to Ateny są okiem cyklonu.

Kerin Hope jest korespondentką "The Financial Times". W swoim artykule opowiada o tym, jak mieszka się dziś w Grecji, kraju z zawiłą przeszłością i niepewną przyszłością.