Branżą budownictwa infrastrukturalnego wstrząsnął najpierw COVID-19, potem rosyjski atak na Ukrainę. A zmieniające się jak w kalejdoskopie ceny surowców to nie jedyne problemy sektora.

Waloryzacja kontraktów – problem częściowo rozwiązany

Reklama

Emocjonujemy się rosnącymi cenami mieszkań. Rosnące ceny paliw nie są spowodowane chciwością producentów, a coraz wyższe ceny mieszkań nie są efektem spisku deweloperów. Po prostu, wraz z zaburzeniem światowych łańcuchów dostaw, drożeją materiały. Drożeje też energia, w górę idą koszty pracy.

W przypadku mieszkań to nabywca musi pogodzić się z proponowaną ceną lokalu – o ile jest zdeterminowany, by stać się właścicielem własnego M. W przypadku inwestycji z zakresu budownictwa infrastrukturalnego to wykonawcy muszą podjąć ryzyko wykonania prac zgodnie z zaproponowanym budżetem. Budżetem, który już po kilku miesiącach planowanej na lata inwestycji może okazać się kompletnie niedostosowany do rynkowej sytuacji.

Ministerstwo Infrastruktury wiosną porozumiało się z przedstawicielami firm budowlanych ws. dopuszczenia 10-procentowej waloryzacji rządowych kontraktów. Należy to odnotować jako podwójny sukces: po pierwsze, ponieważ decydenci w ogóle usiedli do stołu z przedsiębiorcami, a po drugie dlatego, że udało się osiągnąć kompromis. Ale rządowe inwestycje drogowe to tylko wycinek całości. Pozostają jeszcze inwestycje kolejowe (tu ceny surowców, zwłaszcza metali, odnotowały ogromny wzrost) i inwestycje samorządowe. Samorządy co prawda mogą w zawieranych umowach wpisywać wskaźnik waloryzacji, lecz korzystają z tego nad wyraz niechętnie. Zdarzają się zapisy o możliwości zwiększenia budżetu o 0,1 procenta. Oczywiście nie wynika to z bezrozumnego skąpstwa samorządowców, a z coraz większych problemów budżetowych. Samorządy w Polsce są traktowane jak juczne zwierzę, któremu na grzbiet dorzuca się kolejne obciążenia bez troszczenia się o to, czy w końcu pod tym ciężarem nie padnie.

Na razie rozwiązań w kwestii kontraktów kolejowych i samorządowych nie ma. Szkoda, bo im dłużej będzie to odwlekane, tym większe zagrożenie dla trwających i planowanych inwestycji. Te zaś mają powstawać m.in. za środki zapisane w Krajowym Planie Odbudowy. Czy może dojść do sytuacji patowej, w której przedsiębiorcy nie będą w stanie zgodzić się na ryzykowne dla nich kontrakty, a rząd i samorządy nie będą chcieli lub też nie będą mogli wykazać się odpowiednią elastycznością? Owszem, takie ryzyko istnieje.

Brakuje rąk do pracy

Na koniec trzeba poruszyć problem, który w kolejnych latach będzie się zapewne nasilał. Chodzi o dramatyczne wręcz braki kadrowe. Branża budowlana szacuje, że po 24 lutego na Ukrainę wróciło ponad 100 tysięcy zatrudnionych w polskich firmach budowlanych. A ta liczba może być o wiele większa. Z badań Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa wynika, że ponad 90% firm budowlanych narzeka na brak pracowników – a jeszcze sześć lat temu bezrobocie w tym sektorze wynosiło 12%.

Przez ostatnie lata opieraliśmy się na pracownikach zza wschodniej granicy, a rząd wydawał się zadowolony z takiego stanu rzeczy, absolutnie nie troszcząc się o negatywne strony uzależnienia od jednego kierunku pozyskiwania pracowników ani o to, co się stanie z tysiącami osób, które postanowiły związać się z Polską, gdy skończy się budowlany boom. Nie wyciągnęliśmy lekcji z błędów Francji i Niemiec sprzed kilkudziesięciu lat, którzy zagranicznych pracowników pozostawili samych sobie. Co gorsza, nie istnieje u nas racjonalne planowanie kształcenia kadr zawodowych. Przecież można z większą czy mniejszą dozą dokładności prognozować trendy w gospodarce za 15-20 lat i wskazać, które branże będą potrzebowały fachowców, a które, mówiąc kolokwialnie, będą się „zwijać”. Duże firmy, np. Strabag, próbują wspólnie z samorządami inwestować w kształcenie kadr, ale to kropla w morzu potrzeb.

Otrzymanie pieniędzy z Brukseli to nie tyle sukces, co dopiero możliwość sukcesu. Te pieniądze trzeba bowiem należycie wydać i rozliczyć. Mam wrażenie, że o tym kluczowym elemencie nie wszyscy pamiętają. A szkoda, bowiem w perspektywie czarnych chmur, które gromadzą się nad polską i europejską gospodarką, inwestycje infrastrukturalne mogą okazać się potrzebnym kołem ratunkowym dla wielu polskich firm.

Autor: Andrzej Arendarski, prezydent Krajowej Izby Gospodarczej