Choć limity miejsc na studiach lekarskich są stale zwiększane, rosną one niewspółmiernie do potrzeb. Eksperci są w miarę zgodni, że znacząco ich liczby zwiększyć się już nie da, na pewno nie bez szkody dla jakości nauczania. Tymczasem kryzys kadrowy w ochronie zdrowia się pogłębia, a najbardziej brakuje lekarzy.

Różne koncepcje

Resorty zdrowia i szkolnictwa wyższego pracują więc nad innym pomysłem: skoro mamy studia płatne, również anglojęzyczne, okupowane głównie przez cudzoziemców, którzy później wracają do swoich krajów, uczyńmy je bardziej dostępnymi dla Polaków. Ich ceny są jednak za wysokie na przeciętną polską kieszeń (patrz infografika), stąd pomysł, żeby je dofinansować. Mówił o tym Jarosław Gowin, szef Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) podczas zeszłotygodniowego posiedzenia senackiej komisji. Potwierdził to też minister zdrowia Łukasz Szumowski na spotkaniu z dziennikarzami.

– Pracujemy w resorcie nad różnymi koncepcjami. Chcielibyśmy zaproponować Polakom wsparcie finansowe na zasadzie kredytów studenckich – mówił.

>>> Czytaj też: Będą opłaty za nieodwołane wizyty przez pacjentów? Szumowski: "Nie mówię nie"

Jak dodał, toczą się obecnie rozmowy z bankami o formule takich kredytów. Mogłyby być one umarzane w całości lub w części po spełnieniu pewnych, korzystnych z punktu widzenia państwa warunków, np. zobowiązania do pracy w Polsce przez jakiś czas.

– Po co kształcić rzeszę zagranicznych studentów, jeśli moglibyśmy udostępnić te miejsca Polakom, dać im pieniądze i powiedzieć: to bardzo drogie studia, ale jak będziecie pracowali w Polsce, to my ten kredyt weźmiemy na siebie – mówił minister.

Dopytywany o szczegóły tego pomysłu resort nauki zaznaczył, że na razie trwają prace koncepcyjne na poziomie Rady Ministrów.

Zachęta czy przymus?

Lekarze obawiają się, że ma to być kolejny sposób na przywiązanie ich do Polski.

– Od pewnego czasu płyną takie sygnały ze strony rządu: o jakichś formach odpracowywania studiów, odpłatności za nie, bonów, kredytów. Dotyczy to tylko studiów medycznych. Boimy się, że takie rozwiązanie doprowadziłoby do tego, że gros studentów kształciłaby się w trybie kredytowania z perspektywą odpracowywania, a na studiach bezpłatnych zostałaby mała część – mówi Łukasz Jankowski z Porozumienia Rezydentów OZZL, szef stołecznej izby lekarskiej.

– Nie widzę powodu, dlaczego tylko studenci studiów medycznych mieliby być objęci takimi ograniczeniami. Lepszym rozwiązaniem są bony patriotyczne (dodatek dla rezydentów za zobowiązanie do pracy w Polsce przez dwa z pięciu lat po ukończeniu specjalizacji – red.). I nad tym trzeba pracować – nad systemem zachęt, a nie nad zmuszaniem do pozostania w kraju – dodaje.

Bardziej powściągliwa w ocenach jest Naczelna Rada Lekarska (NRL), choć i ona akcentuje potrzebę stwarzania takich warunków pracy, by lekarze nie chcieli wyjeżdżać za granicę.

– Wsparcie finansowe ma nie być obowiązkowe, jako samorząd nie będziemy więc tej propozycji torpedować. Co innego, gdyby były to miejsca nierozerwalnie z tym związane i wiązałoby się to z koniecznością odpracowania. W tym pomyśle – jak nam wyjaśniono – chodzi o to, by zatrzymać Polaków, którzy jeżdżą na płatne studia do innych krajów – studiują na Słowacji, na Ukrainie, tam gdzie ceny są do udźwignięcia. Jeśli mają wydawać te pieniądze w innych krajach, lepiej zachęcić ich do pozostania w Polsce, właśnie poprzez system stypendialny – mówi Andrzej Cisło, wiceprzewodniczący NRL.

– Ale pamiętajmy, że kluczowe jest stworzenie atrakcyjnych warunków pracy w Polsce. Bo w przeciwnym razie nie zatrzymamy tu lekarzy. Nawet jeśli będzie system odpracowywania – czy to stypendiów, czy bonów patriotycznych – to osiągniemy jedynie to, że ci ludzie wyjadą kilka lat później – podkreśla.

Lekarzom wtórują szefowie uczelni. – Mamy problem z przekonaniem absolwentów do pozostania w kraju. Z drugiej strony, wprowadzając takie rozwiązanie, musimy uprzednio zadbać o to, aby te osoby mogły specjalizować się w dziedzinie medycyny, którą same wybrały. A także zapewnić im godne warunki płacy i pracy podczas specjalizacji. To są bowiem równie istotne czynniki, które wpływają na to, że wielu absolwentów wyjeżdża – przekonuje prof. Tomasz Halski, rektor Państwowej Medycznej Wyższej Szkoły Zawodowej w Opolu.

Diabeł tkwi w szczegółach

Eksperci podkreślają, że za wcześnie, by oceniać to rozwiązanie, ponieważ nie znamy szczegółów.

– Czy przyniesie to oczekiwane rezultaty w postaci większej liczby lekarzy, trudno określić. To zależy m.in. od tego, dla ilu studentów minister przewiduje to rozwiązanie i czy studenci zamierzający wyjechać za granicę po skończeniu studiów nie będą w większości jednak studiować w trybie stacjonarnym – zwraca uwagę prof. Przemysław Jałowiecki, rektor Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (SUM) oraz przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych.

Jak dodaje, SUM prowadzi studia płatne na kierunku lekarskim zarówno dla studentów z Polski, jak i z zagranicy, koszt to 33,5 tys. zł za rok.

– Dla studentów z Polski, którzy są zmuszeni je podjąć, bo nie zostali przyjęci na studia bezpłatne i chcą pracować w kraju, to może być dobra wiadomość, gdyż koszty, które teraz sami muszą ponosić, w przyszłości mogłyby być pokrywane przez rząd. To również szansa dla tych, którzy musieliby zrezygnować ze swoich marzeń o zawodzie lekarza, bo nie mogą pozwolić sobie na opłacanie studiów – dodaje.

Także prof. Halski upatruje w tym szansy dla tych, którzy na bezpłatne studia się nie dostali.

– Jeżeli mamy kilka osób na jedno miejsce na studiach medycznych, to jestem przekonany, że wielu, którym nie powiodło się podczas rekrutacji, z powodzeniem mogłoby studiować medycynę i ją skończyć. Powinniśmy zatem wykorzystać to zainteresowanie – przekonuje.

Jednak Łukasz Jankowski ma w związku z tym pewne obawy. – Pytanie, czy ten pęd do zwiększania liczby studentów nie odbije się na jakości. Widzę problem w tym, że moce przerobowe naszych uniwersytetów są wykorzystywane, żeby kształcić lekarzy na eksport, ale rozwiązaniem jest raczej rezygnacja z działalności komercyjnej uniwersytetów. Należy je dofinansować, żeby otworzyły więcej miejsc bezpłatnych dla polskich studentów. Bo tego się nie da pogodzić – albo uniwersytety mają zarabiać na studentach i wtedy kształcą ich również na eksport, albo inwestujemy w Polaków – mówi.

Czy jednak ograniczenie liczby studentów z zagranicy będzie dla uczelni korzystne? Niekoniecznie i to nie tylko ze względów finansowych. – Jeśli to rozwiązanie byłoby realizowane kosztem ograniczenia miejsc dla studentów z zagranicy, to spadnie liczba cudzoziemców na uczelniach medycznych. A to wpłynie negatywnie na ocenę uczelni, gdyż ministerstwo wymaga umiędzynarodowienia studiów. W ramach licznych rankingów ten wskaźnik jest wysoko punktowany – podkreśla prof. Jałowiecki.

>>> Czytaj też: Ile powinni zarabiać lekarze? Płacowa rewolucja w zdrowiu