Cyfrowa niezależność Unii Europejskiej - co to w ogóle oznacza?
Pod koniec minionego tygodnia w mediach zaczęły pojawiać się informacje o planach UE związanych z dążeniem do "cyfrowej niezależności". Chodzi bowiem o plany dotyczące zmniejszenia swojej niezależności od gigantów technologicznych, którzy pochodzą z USA. Plany te potwierdza ostatnia rezolucja Parlamentu Europejskiego, z której wynika, że UE faktycznie chce zerwać z tak dużymi powiązaniami z amerykańskimi Big Techami.
Według danych amerykańscy dostawcy usług takich jak AWS, Azure czy Google Cloud są dominującą siłą na rynku cyfrowych usług. Mają oni w swoich rękach za około 70 do 80% europejskiego rynku związanego z infrastrukturą chmurową. W tej sytuacji spora część firm, ale też instytucji publicznych jest w zasadzie zależna od tego, jak układać się będą stosunki między USA a Europą.
Wobec tego potrzeba oderwania się od tych wpływów jest dosyć silna; podobnie zresztą jak konieczność stworzenia czegoś "swojego". Czymś takim ma być "Eurostack".
" To kompleksowa inicjatywa europejska mająca na celu budowę niezależnej infrastruktury cyfrowej, obejmującej m.in. chmurę obliczeniową, sztuczną inteligencję (AI), półprzewodniki, sieci i platformy społecznościowe. Jej głównym celem jest zmniejszenie zależności od amerykańskich firm technologicznych (Big Tech) oraz wzmocnienie suwerenności cyfrowej UE„.
UE budzi się z cyfrowego letargu
Nie da się ukryć, że obecna sytuacja jest efektem pewnego rozleniwienia się i wieloletniej współpracy między USA i Europą. W tej sytuacji Stary Kontynet - na własne życzenie - pozbawił się własnych zasobów, oddając pole do działania zagranicznym firmom, de facto skazując się na ich łaskę.
Starszy badacz w Research Institutes of Sweden, Johan Linåker, ocenił, że jest to oczywisty efekt tzw. syndromu komfortu. Oznacza to, że sektor publiczny tak bardzo przywykł do wygody oferowanej przez podmioty spoza UE, że wzbudziło to konsekwentną niechęć do ewentualnego ryzyka. Teraz jednak to ryzyko staje się nie tyle przydatne, ile konieczne.
W tym wszystkim pozostaje jednak jedno bardzo konkretne pytanie - czy to wszystko nie dzieje się zbyt późno?
Amerykańskie Big Techy, które oferują nam swoje usługi bardzo, ale to bardzo mocno zadomowiły się w sprzętach osób prywatnych i instytucji publicznych. Wystarczy spojrzeć, jak wiele firm korzysta z usług Google'a, Amazona czy Microsoftu.
Według analiz proces sukcesywnego uniezależniania się może trwać nawet kilka dekad i pochłaniać miliardy euro. W tej sytuacji nie chodzi tylko o sam proces odejścia, ale także stworzenia alternatywy, która już na samym początku oferować będzie funkcjonalności, choć w części zbliżone do tego, co mamy w przypadku amerykańskich usług.
Poza tym dochodzi do tego kwestia samych użytkowników. Ciężko jest walczyć z przyzwyczajeniami i wygodą osób prywatnych, a regulacja tego i nakazy mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. To pokazuje nam, że Europa jest w trudnej sytuacji, jeśli chodzi o cyfryzację i wygodne, krótkowzroczne podejście zaczyna się na nas mścić. Pytanie tylko jak bardzo brutalnie.
Donald Trump powodem europejskiego przebudzenia
W tym kontekście nie można zapomnieć, komu to swoiste "przebudzenie" możemy zawdzięczać. Jest to oczywiście postać Donalda Trumpa, który swoimi ostatnimi działaniami i wypowiedziami dotyczącymi Grenlandii, NATO oraz samej UE, paradoksalnie doprowadził Unię do podjęcia pewnych kroków. W sytuacji dalszych napięć, potencjalnej eskalacji lub całkowitego zerwania sojuszu lub jego poważne zredefiniowania, cyfrowa niezależność może okazać się kluczowa.
Biorąc pod uwagę stopień zależności, nie chodzi tu tylko o czystą ochronę interesów i zysków, a próby przeciwdziałania pewnego rodzaju paraliżowi. Jeśli bowiem doszłoby do sytuacji, w której Amazon, Google czy Microsoft musiałby (na życzenie USA) wstrzymać świadczenie usług na terenie UE lub jednego konkretnego państwa, to wówczas skutku mogłyby być opłakane dla wielu sektorów gospodarki. Jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiał (nawet aktualnie), to w czasach wielkich napięć i dynamicznych zmian retoryki samego prezydenta USA niczego nie można by pewnym.