Wielokrotnie nagradzana młoda krakowska badaczka pracuje od kilku lat nad pionierską technologią przekazywania na odległość ludzkiego… dotyku, oddechu i pulsu. Chodzi o to, by siedząc, dajmy na to, w mieszkaniu czy biurze w Warszawie czy Mławie, móc nie tylko usłyszeć i zobaczyć bliską osobę, ale – w całkiem dosłownym sensie – ją poczuć.

Na wyniki naukowych wysiłków krakowianki z wielką nadzieją patrzą przedstawiciele wielu światów – od medycyny (jaki potencjał ma badanie, reanimowanie i leczenie pacjentów na odległość!) przez modę (wyobraźcie sobie sklep internetowy umożliwiający nie tylko przymierzanie ubrań w wirtualnym lustrze, ale i dotykanie materiałów) po – jak zawsze – wojsko (tu aż roi się od pomysłów) i oczywiście porno. Dynamicznie rozwijający się sektor cyfrowej rozrywki dla dorosłych zyskałby coś na kształt kamienia filozoficznego: mógłby zaoferować miliardowi klientów jeszcze większą ułudę prawdziwych doznań, wręcz realnego (eliksiru?) życia, i dzięki temu zmieniać każdy wirtualny akt męsko-damski w żywe srebro, złoto, a nawet platynę.

Ale przecież nie w dzieci. Jeszcze?

Epidemia samotności czy planeta singli z wyboru?

Czy po wynalezieniu machiny zdalnego dotyku ludzie na masową skalę będą zastępować prawdziwe życie, w tym prawdziwą bliskość i prawdziwy seks, cyfrową ułudą? Sęk w tym, że to już się dzieje. Od początku XXI wieku we wszystkich krajach rozwiniętych dynamicznie rośnie odsetek osób żyjących samotnie, w tym takich, które nigdy nie były z nikim w bliskiej relacji intymnej.

Prestiżowe waszyngtońskie Pew Research Center publikuje regularnie m.in. analizy sytuacji amerykańskich gospodarstw domowych pod różnym kątem. Z ostatnich opracowań, opartych na danych rządowego Biura Spisu Ludności, wynika, że od końca XX wieku odsetek Amerykanów żyjących w parach małżeńskich spadł z ponad 60 do ok. 50 proc. Równocześnie grubo ponad 40 proc. obywateli żyje bez żadnego partnera. Połowę z nich stanowią wdowy i wdowcy, a cała reszta to różnego rodzaju single i singielki, przy czym w młodszych rocznikach samotny żywot wiodą przede wszystkim mężczyźni, a w starszych kobiety.

  • W gronie Amerykanek w wieku od 18 do 24 lat aż 88 proc. nie mieszka wspólnie z mężem (żoną) czy partnerem (partnerką); w populacji młodych mężczyzn ten odsetek wynosi 83 proc.
  • W populacji miedzy 25 a 39 rokiem bez partnera / partnerki żyje 45 proc. kobiet i 39 proc. mężczyzn. To o ponad połowę więcej niż w przedziale 40-54.
  • Analitycy Pew Research Center zwracają uwagę, że już ponad 25 proc. obecnych 40-latków w USA nigdy nie było w związku małżeńskim, a 20 proc. – nie było dotąd w żadnym trwałym związku (czyli nie mieszkało z nikim razem powyżej 3 miesięcy). To historyczny rekord. I z pewnością nie ostatni: w młodszych rocznikach łączenie się w pary natrafia na coraz więcej problemów i przeszkód.
  • W 2025 r. aż 63 proc. dorosłych Amerykanów przed 30-tką przyznało, że nie ma ani partnera, ani partnerki. To także dziejowy rekord.

Dlaczego tak się dzieje? Liczne badania prowadzone w krajach zachodnich wskazują na dwie generalne grupy przyczyn – a obie są ze sobą ściśle powiązane. Po pierwsze: mocno rozjechały się i nadal rozjeżdżają męskie i damskie wizje świata i modele życia. Po drugie: młodsze pokolenia coraz silniej zanurzają się w cyfrowej rzeczywistości, co z jednej strony przekłada się na różne formy uzależnienia, a z drugiej – prowadzi do radykalnego wypaczenia obrazu świata oraz ludzkich potrzeb i oczekiwań.

Zjawisko nie jest amerykańskie, lecz globalne. Kanadyjskie uczone - Beth A. Visser i Theresia Bedard – w tekście „Cechy i sympatie: rola osobowości w relacjach intymnych” opublikowanym w Science Direct, opisują badanie przeprowadzone w 33 krajach na grupie prawie 10 tysięcy uczestników. Wynika z niego jasno, że ludzie pytani o cechy najbardziej pożądane u ich (potencjalnych) partnerów, wskazują najczęściej na różnego rodzaju aspekty osobowości. Są one dla większości ludzi o wiele ważniejsze niż dobry wygląd, zbieżność religii i dobre perspektywy finansowe.

Z innych badań wynika jednak, że jeśli się ludzi naprawdę dobrze przepyta, to okazuje się, że ich oczekiwania wobec partnerów i partnerek nie zawsze są uświadomione. Mówiąc najprościej: ludzie nie do końca wiedzą, czego chcą. Ba, można tu nawet użyć słynnego powiedzenia Steve’a Jobsa, że „Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im się tego nie pokaże” (ile razy łapiecie się na tym, że „ona z nim jest od tylu lat, choć są tak różni i wydają się skrajnie niedopasowani”). Dowiódł tego ponad rok temu Paul Eastwick z University of California Davis, gdy wraz 70 badaczami przeanalizował odpowiedzi 10 358 ankietowanych z całego świata. Okazało się np., że mężczyźni - znacznie częściej niż się do tego przed sobą i innymi przyznają - oczekują od kobiet odpowiednio dużego ekonomicznego / finansowego wkładu w związek, natomiast kobiety - znacznie częściej niż się do tego przed sobą i innymi przyznają - oczekują od mężczyzn fizycznej atrakcyjności. To drugie tłumaczy ogromne problemy średnio i mniej przystojnych mężczyzn ze znalezieniem kogokolwiek na portalach randkowych. A w epoce cyfryzacji wszystkiego portale te stały się głównym miejscem poszukiwań drugiej połówki.

Dalsze analizy pokazują, że lista wymagań współczesnych, coraz bardziej niezależnych kobiet wobec (potencjalnych) partnerów mocno się wydłuża. Paradoksem jest, że na tej liście oczekiwania będące pokłosiem emancypacji, jak równość w związku i w obłożeniu obowiązkami domowymi (w tym w opiece nad dziećmi) oraz empatia i wrażliwość na sprawy kobiet, sąsiadują z tymi przeniesionymi wprost z czasów patriarchatu (opiekuńczość, szarmanckość, zapobiegliwość, umiejętność zapewniana bezpieczeństwa czy wykonywania „typowo męskich robót”). W przypadku mężczyzn lista oczekiwań wobec partnerek pozostaje od dekad relatywnie krótka – atrakcyjność fizyczna idzie tu w parze z takimi cechami, jak wierność i inteligencja, ale też opiekuńczość, troskliwość i wrażliwość. Absolutnie fundamentalnym oczekiwaniem mężczyzn jest to, że „kobieta ma kochać swojego mężczyznę”. Czyli mamy tu model bardzo romantyczny i – mimo wielkich zmian społecznych – generalnie mocno tradycyjny, przy czym jesteśmy jednak świadkami skutecznego demontażu wielu damsko-męskich stereotypów.

Pokazał to także zeszłoroczny raport CBOS „Młodzi Polacy o męskości, kobiecości i różnicach między płciami”. Podstawowy wniosek z niego jest taki, że młodzi mają w głowach iście piorunującą mieszankę wzorców mocno tradycyjnych i mocno nowoczesnych, przy czym wyobrażenia znacznej części kobiet na temat tych wzorców są różne od wyobrażeń dużej części mężczyzn. Np. od mężczyzn generalnie oczekuje się uprzejmości wobec kobiet (88 proc. badanych) i finansowania randek (61 proc.!), natomiast aż 69 proc. badanych uznało za fałszywy stereotyp, że „mężczyźni nie okazują emocji”. Większość młodych kobiet i mężczyzn opowiada się za równością w związkach i przeciwko tradycyjnemu podziałowi ról, ale liczni młodzi mężczyźni o prawicowych poglądach zdecydowanie popierają ów tradycyjny podział i widzą w nim remedium na spadek dzietności (stąd coraz głośniejsze postulaty ograniczenia aspiracji i szans edukacyjnych czy możliwości rozwoju zawodowego kobiet).

Z kolei kobiety w przekonaniu zdecydowanej większości młodych Polek i Polaków powinny zawsze dobrze wyglądać i być zadbane, natomiast niekonieczne muszą zawsze być miłe (gros ankietowanych sprzeciwiło się tej idei). Większość nie utożsamia też kobiecości z obowiązkiem zajmowania się domem i dziećmi, ani z obowiązkiem gotowania – tu również występuje jednak znaczna różnica między kobietami a mężczyznami: młodzi panowie o poglądach prawicowych zdecydowanie wiążą kobiecość z tymi cechami i czynnościami.

Co ciekawe, 21 proc. mężczyzn widzi siebie jako „bardziej kobiecych”, a tylko 5 proc. kobiet postrzega siebie jako „bardziej męskie”. 11 proc. młodych Polek i Polaków nie identyfikuje się z żadnym biegunem płciowym.

Jak ta mieszanka tradycyjnych i nowoczesnych wyobrażeń i wartości przekłada się na relacje międzyludzkie i życie seksualne? Większość młodych deklaruje, że ma przyjaciół i prowadzi mniej lub bardziej intensywne życie towarzyskie, ale rosnący stale odsetek, zwłaszcza w grupie 18-24 lata, doświadcza samotności. Aż jedna trzecia badanych nie miała w ciągu ostatniego roku żadnych kontaktów seksualnych.

Wejście AI: Od Samanthy i samotnego pisarza po Joi i samotnego łowcy (androidów)

Z badań amerykańskich i europejskich oraz japońskich i koreańskich jasno wynika, że coraz więcej singli – tych z wyboru, i tych z przymusu - wchodzi w „relacje” w świecie cyfrowym. I nie zawsze są to relacje z innymi ludźmi. Skokowy rozwój algorytmów sztucznej inteligencji wybitnie zdynamizował ten proces. To – obok generalnej zmiany modelu życia - jeden z głównych powodów spadku urodzeń pod niemal każdą szerokością geograficzną: aby płodzić dzieci ludzie muszą dobierać się w związki, najlepiej trwałe (choć – co widać choćby we Francji czy Czechach - niekoniecznie małżeństwa), zapewniające potomstwu bezpieczeństwo i sprzyjające warunki rozwoju. Ale takich związków jest – jako się rzekło - coraz mniej.

Napisałem wcześniej, że działa tu swego rodzaju sprzężenie zwrotne: w poczuciu dojmującej samotności młodsze pokolenia coraz silnie zanurzają się w cyfrowej rzeczywistości, a jednocześnie to zanurzenie jest przyczyną coraz większego wyobcowania w realnym świecie, gdyż (abstrahując od różnych form uzależnienia) prowadzi do radykalnego wypaczenia obrazu świata oraz przewartościowania ludzkich potrzeb i oczekiwań.

Grany przez Joaquina Phoeniksa samotny pisarz Theodore z filmu „Ona” Spike’a Jonze’a był dla nas w 2013 r. raczej dziwakiem, podobnie jak bohaterowie publikowanych w tym samym okresie pierwszych serii „Czarnego lustra”. Zakochał się w Samancie - systemie komputerowym zaprojektowanym tak, by spełnić wszystkie potrzeby użytkownika, a mówiącym do niego zmysłowym głosem Scarlett Johansson. Pisarz miał świadomość, że to jest całkowicie sztuczna relacja. Ale za sprawą jego charakteru, doświadczeń i stanu emocjonalnego – stała się prawdziwa. A w każdym razie bezkonkurencyjna wobec relacji z prawdziwymi kobietami, w tym pięknościami pokroju Olivii Wilde poznanymi na prawdziwych randkach.

Ledwie cztery lata później Denis Villeneuve nakręcił kontynuację kultowego „Łowcy Androidów”, czyli "Blade Runnera 2049". Kluczową postacią jest w nim Joi, czyli bardziej zaawansowana technologicznie odpowiedniczka Samathy z „Onej”. To holograficzna partnerka głównego bohatera – granego przez Ryana Goslinga oficera K – będąca tak naprawdę algorytmem sztucznej inteligencji. W ciele zjawiskowej Kubanki Any de Armas (bo dzięki jeszcze bardziej zaawansowanej technologii ona zyskuje formę paracielesną – którą da się nieomal dotknąć i przytulić, ale też zabić) Joi jawi się jako uosobienie wszystkich kluczowych cech idealnej partnerki każdego (nie tylko współczesnego) mężczyzny. Zawsze mówi to, co K chce usłyszeć, oferuje mu bezwarunkowe wsparcie, a przede wszystkim miłość i wierność. K zmaga się z kryzysem osobowości, nie wie, kim naprawdę jest i czy jego wspomnienia z dzieciństwa oraz związane z nimi emocje (i cechy osobowości!) są prawdziwe, czy zostały mu wszczepione (jak replikantom pamięć, a Joi – miłość i przywiązanie). Joi bez wahania towarzyszy mu w tych zmaganiach, oferując bezcenne wsparcie. Tak naprawdę to jedyna bliska osoba bohatera w tym całym bezdusznym świecie.

Po filmie wybuchła ożywiona dyskusja o autentyczności uczuć Joi – czy były one prawdziwe (o czym może świadczyć szereg zachowań „dziewczyny”) czy też tak ją po prostu zaprogramowano? I czy z punktu widzenia bohatera robi to jakąś różnicę? Co istotne, w przestrzeni publicznej, na wielkich billboardach, widzimy reklamy innych Joi, które każdy może sobie kupić – by żyć w podobnej ułudzie „związku”, jak K.

9 lat temu, gdy Villeneuve prezentował swój film, ta wizja wydawała się mniej egzotyczna niż kilka lat wcześniej, w chwili premiery „Onej”, ale wciąż mocno futurystyczna. Tymczasem dziś zanurzamy się w takim właśnie świecie. Wcale nie musimy czekać do roku 2049.

Związek z AI, czyli po co się męczyć z niedoskonałymi ludźmi

Coraz więcej młodych w krajach rozwiniętych nigdy nie miało żadnego partnera, ani partnerki, jedna trzecia młodych dorosłych nie uprawiało seksu w ciągu ostatniego roku. Natomiast blisko 100 proc. korzysta codziennie (i coraz namiętniej) z platform społecznościowych i coraz częściej nawiązuje w nich relacje zastępujące te z realnego świata. Z licznych badań, także polskiego CBOS, wynika, że działa tu sprzężenie zwrotne:

„intensywne korzystanie z mediów społecznościowych często idzie w parze z bardziej ograniczonym życiem towarzyskim (…) Jednocześnie osoby o uboższym życiu społecznym mogą przenosić swoje relacje do świata online”.

Badania potwierdzają przy tym, że tylko 15 proc. osób utrzymujących bliskie relacje z ludźmi w realnym świecie ocenia swój stan psychiczny negatywnie. Natomiast w grupie ludzi zanurzonych w sieci i mających najmniej kontaktów w rzeczywistości odsetek ten wynosi 33 proc. Czemu to ważne? Bo neurozy - zaburzenia psychiczne charakteryzujące się lękiem, stresem, natręctwami i somatycznymi dolegliwościami – stały się dziś główną przeszkodą nawiązywaniu relacji i tworzeniu związków. Z badań Menelaosa Apostolou i Elli Michaelidou (opublikowanych w “Personality and Individual Differences") wynika, że u młodych mężczyzn prowadzi to do bardzo poważnego zaniżenia samooceny i związanego z tym lęku, że nie spełnią oczekiwań i nie odnajdą się w związku z drugą osobą, natomiast kobiety mają z tego powodu tendencję do notorycznego ponoszenia poprzeczki oraz wydłużania listy wyśrubowanych oczekiwań wobec potencjalnego partnera/partnerki. Mamy więc z jednej strony silną obawę przed niedopasowaniem, a z drugiej – wysokie, nieosiągalne wręcz wymagania. Trudno o większą niekompatybilność.

Naukowcy zwracają uwagę, że w budowaniu związków kluczową rolę odgrywają kompetencje interpersonalne, które da się wytworzyć wyłącznie w relacjach z innymi osobami w realnym świecie, w szkole, pracy i przede wszystkim w życiu towarzyskim. Kształtowanie tych umiejętności to swego rodzaju praca nad sobą, którą każdy powinien wykonać. Jeśli to zaniedba – radykalnie zmniejsza swoje szanse na znalezienie partnera czy partnerki.

Potężną barierę w tworzeniu bliskich relacji, a zwłaszcza trwałych związków, stanowi także brak gotowości do ustępstw i kompromisów. To też w znacznej mierze efekt zanurzenia w wirtualnym świecie, w którym większość stara się funkcjonować prezentując – zgodnie z wyświechtanym nakazem parapsychologii – „lepsze wersje siebie”. Każdy jest piękny, bystry, mądry. Każdy ma świetną pracę i szampańskie wakacje z fantastyczną osobą (nawet jeśli bierze z nią akurat rozwód, a relacje w realu są toksyczne). To tworzy fałszywy obraz świata, a zarazem winduje wymagania tych, którzy nigdy nie zaznali trudów codziennego życia z prawdziwą partnerką czy partnerem w realnym związku. Umiejętność zgodnego rozwiązywania problemów, w tym zawierania trudnych nieraz kompromisów, albo nawet całkowitego ustąpienia jednej ze stron, jest absolutnym fundamentem każdej udanej relacji. Wyobrażenia i oczekiwania budowane na obserwacjach z sieci nie służą kształtowaniu takich kompetencji. Jest wręcz odwrotnie. A upowszechnienie stosowania AI w życiu prywatnym niepomiernie wzmacnia ten negatywny efekt. Wykorzystywana przez nas na co dzień sztuczna inteligencja, edukowana i kształtowana podług naszych wyobrażeń i gustów, ma być przecież – i w rzeczywistości staje się – jak Samatha z „Onej”; ba, wielu z nas – a na pewno sporej części mężczyzn – marzy się „ktoś” taki, jak Joi z „Blade Runnera”.

Problem w tym, że to jest „osoba” wiecznie przytakująca, bezwarunkowo kochająca, zawsze pogodna, zawsze gotowa wysłuchać, zawsze mówiąca to, co chcesz usłyszeć. W realnym otoczeniu takich ludzi jest bardzo mało, albo wręcz nie ma wcale. Jeśli więc nie będziesz chciał(a) lub umiał(a) krytycznie rozdzielać tych dwóch światów – wirtualnego i rzeczywistego – możesz mieć tendencję do odrzucania prawdziwych relacji z innymi ludźmi.

Po co się męczyć, skoro mam swoją Joi lub swojego Joia?

Sztuczna inteligencja: Prawdziwe kochanki coraz mniej dostępne, a wirtualne coraz prawdziwsze

Kilka miesięcy temu amerykańscy psychologowie z Missouri University of Science & Technology (zespół Daniela B. Shanka) ostrzegli na łamach „Trends in Cognitive Sciences”, że wraz z doskonaleniem imitujących rzeczywiste relacje modeli AI coraz więcej ludzi ma tendencję do budowania emocjonalnych więzi ze sztuczną inteligencją, co wywołuje poważne skutki psychologiczne i społeczne, na czele z niszczeniem relacji międzyludzkich. Nasze społeczeństwa są też w coraz większym stopniu narażone na wszelkiego rodzaju dezinformację, manipulację i efekty szkodliwych porad wynikających z błędów i konfabulacji AI lub celowego programowania algorytmów na szerzenie kłamstw i utwierdzanie adresatów w nieprawdzie, ich radykalizację itd.

Ale jest coś jeszcze – nie mniej ważne. Stworzyliśmy świat, w którym potencjalne ludzkie kochanki stają się (z uwagi na emancypację i rosnące wymagania) coraz bardziej niedostępne, a potencjalni ludzcy kochankowie – coraz bardziej neurotyczni i przez to zamknięci w sobie; równocześnie wirtualne kochanki i wirtualni kochankowie są przystępni jak nigdy i – dzięki eksploracji i analizie Big Data (w tym śladów masowo zostawianych przez nas w sieci oraz naszych danych sprzedawanych przy każdej okazji) coraz lepiej dostosowani do naszych wyobrażeń i potrzeb. Można nawet rzec: coraz bardziej ludzcy. Prawdziwi!

Wedle różnych badań strony dla dorosłych generują od 25 do nawet 60 proc. ruchu w globalnej sieci (zwłaszcza lokalnie - wieczorami). Brytyjski rząd badał w 2023 r. ekspozycję internautów na treści dla dorosłych. Okazało się, że najpopularniejsze serwisy tego typu mieszczą się w absolutnej czołówce najczęściej odwiedzanych stron na Wyspach, a największy z nich gromadzi regularnie w 70-milionowym kraju ok. 20 mln unikatowych użytkowników. Połowa internautów przyznała, iż zetknęli się z treściami pornograficznymi przed osiągnięciem pełnoletniości, a co dziesiątemu przytrafiło się (?) to w wieku 12-13 lat.

Z brytyjskich badań wynika, że mężczyźni korzystają z serwisów dla dorosłych trzy razy częściej niż kobiety: na co dzień robi to ponad jedna czwarta. Jak czytamy w raporcie, „dla młodych ludzi dostęp do internetowych treści seksualnych i materiałów dla dorosłych stał się częścią wspólnego doświadczenia online, obejmującego wszystkie płcie. W 2022 roku około 20 procent mężczyzn w wieku od 16 do 21 lat zgłaszało tygodniową częstotliwość oglądania pornografii online. W tym samym czasie deklarowało to 14 procent młodych kobiet. (…) Około 50 procent nastolatków i młodych dorosłych w wieku od 16 do 21 lat przyznało się do aktywnego poszukiwania pornografii w internecie. Niemal tyle samo młodych użytkowników zgłosiło, że przypadkowo natknęło się na tego typu treści”.

Ponad 80 proc. użytkowników internetu w Wielkiej Brytanii stwierdziło w tamtym badaniu, że nigdy nie zostało powiadomionych o weryfikacji wieku podczas korzystania z serwisów dla dorosłych. Czyli mogło wejść do serwisów zawierających treści dla dorosłych bez żadnych barier i ostrzeżeń.

Sytuację w Polsce opisuje głośna zeszłoroczna publikacja „Internet dzieci. Raport z monitoringu obecności dzieci i młodzieży w internecie” (autorzy: Magdalena Bigaj, Konrad Ciesiołkiewicz, Krzysztof Mikulski, Anna Miotk, Jadwiga Przewłocka, Monika Rosa, Aleksandra Załęska). Główne wnioski znamy:

  • Ponad połowa dzieci w wieku 7-12 lat aktywnie korzysta z przynajmniej jednego serwisu społecznościowego lub komunikatora - oficjalnie dozwolonego od 13. roku życia.
  • Co trzecie dziecko w wieku od 7 do 12 lat odwiedziło serwis z pornografią; 1,3 mln dzieci korzysta z najpopularniejszego serwisu pornograficznego.
  • Najmłodsi nagminnie oglądają w internecie sceny przemocy oraz dotyczące samobójstw. Ponad jedna czwarta śledzi dokonania patostreamerów.

W raporcie NASK „Nastolatki 3.0” czytamy, że prawie połowa młodych ludzi spotkała się w internecie z wyzywaniem i atakowaniem znajomych, a poniżanie i ośmieszanie dotyczy co trzeciej osoby. Aż jedna trzecia badanych nastolatków podejmuje wyzwania internetowe, w których naraża zdrowie i życie własne lub innych, 800 tys. ma doświadczenia z serwisów hazardowych.

To nie bierze się znikąd. Pew Research Center przytacza najnowsze badania, z których wynika, że aż 62 rodziców mających dzieci poniżej 2 lat deklaruje, iż te dzieci oglądają filmy na YouTube; 35 proc. przyznaje, że dzieje się to codziennie! W przedziale wiekowym od 2 do 4 lat filmy na YT ogląda już codziennie… 51 proc. dzieci (a w sumie 84 proc.). Powiedzmy sobie szczerze: to nie jest ich decyzja. Ale ma ona wpływ na ich późniejsze preferencje, potrzeby i praktyki oraz postawy życiowe. W grupie Amerykanów w wieku 18-24 lat odsetek użytkowników YT przekroczył 95 proc. Z TikToka (przechodzącego właśnie w USA pod skrzydła amerykańskie) korzysta na co dzień 170 mln Amerykanów, w tym zdecydowana większość młodych. Równie popularny jest Instagram. Mniejsze wzięcie wśród młodszych ma FB.

Skoro współczesny człowiek już w wieku kilku lat wie, że główne źródła wiedzy, rozrywki – i dopaminy – znajdzie w sieci, to dlaczego miałby ich szukać w mozolnym budowaniu relacji i związku z innym człowiekiem? Dobre pytanie, zwłaszcza, jeśli uświadomimy sobie, że treści tworzone z użyciem AI lub wręcz przez AI – w tym filmy dla dorosłych z udziałem wirtualnych „artystów” lub cyfrowych klonów realnych gwiazd porno (wygrzewających się w tym czasie na Hawajach) – będą krótce stanowić większość zawartości internetu; jeśli już nie stanowią. Warto sobie w tym miejscu przypomnieć, że oficer K z „Blade Runnera 2049”, mimo ludzkiego przydomka Joe, okazał się być replikantem Nexusa-9, czyli androidem. Związanym z Joi, holograficzną „najlepszą wersją” pożądanej partnerki każdego mężczyzny.

Zatem algorytm żył tutaj w związku z algorytmem. Już dziś jest to w pełni możliwe. A ludzie? No, właśnie: gdzie ludzie?

PS. Spytałem ostatnio nastolatków w czołowym krakowskim technikum, czy oglądali „Matrix”. Nikt nie widział. A szkoda. Bo w coraz większym stopniu właśnie w nim żyją.