Rząd centralny w Addis Abebie i rządzący na północy Ludowy Front Wyzwolenia Tigraju (TPLF) zarzucają sobie nawzajem rozpoczęcie konfliktu. Premier Etiopii, ubiegłoroczny laureat Pokojowej Nagrody Nobla Abiy Ahmed Ali powiedział, że etiopscy żołnierze zostali zaatakowani i zamordowani z zimną krwią, zaś przywódca Tigraju Debretsion Gebremichael twierdzi, że doszło tam do skoordynowanego ataku etiopskich sił specjalnych i żołnierzy z sąsiedniej Erytrei.

Analityk BBC News Alex De Waal uważa, że dopóki nie zostanie przeprowadzone niezależne śledztwo, te dwie rozbieżne opowieści pozostają zarzutami bez dowodów, wykorzystywanymi do podsycania wrogich nastrojów. Według niego każda ze stron stara się teraz przekonać świat, że ma większe prawo moralne do działań.

Spytany przez PAP o diagnozę sytuacji ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) Jędrzej Czerep wskazuje, że premier Abiy "liczył, że uda się przeprowadzić +blitzkrieg+, który obali władzę TPLF w Tigraju, czemu tamtejsza ludność przyklaśnie, oraz, że nie dojdzie przy okazji do konfliktu etnicznego". Według specjalisty oba założenia miały jednak wątpliwe podstawy. "TPLF ma szerokie poparcie społeczne i nawet jeśli zostanie siłowo obalony, to odrodzi się jako ruch oporu. A masakra kilkuset cywilów amharskich (z ludu Amharów - PAP) z rąk bojówek tigrajskich 9 listopada w Maikadrze już pokazała, że taki konflikt to też zapalnik miejscowych resentymentów. Zresztą TPLF od dawna grało na konflikt etniczny, podsycając antagonizmy w wielu miejscach Etiopii" - mówi Czerep.

Konflikt między Addis Abebą a Tigrajem zaczął narastać od września br. Abiy uważa, że TPLF przekroczył "czerwoną linię", organizując wówczas wbrew zakazowi wybory regionalne. Rząd federalny ich nie uznał. TPLF odpowiada zaś, że kadencja rządu wygasła w sierpniu br., kiedy miały odbyć się wybory krajowe, odłożone na przyszły rok pod pretekstem pandemii Covid-19. TPFL utrzymuje, że Tigraj jest jedynym samorządem regionalnym, który ma mandat od wyborców.

Reklama

Według eksperta PISM "to właściwie wystarczyło, żeby uruchomić rozwiązania siłowe". "Konflikt w końcu wybuchł, po doniesieniach o ataku lokalnych sił tigrajskich na etiopskie bazy wojskowe w regionie. Żadne państwo na świecie nie cofnęłoby się przed interwencją w takiej sytuacji" - zaznaczył Czerep.

Politycznym polem bitwy jest również konstytucja Etiopii. Kraj ma system federalny, w którym główne grupy etniczne zarządzają swoimi własnymi regionami. Zostało to przyjęte w 1994 r., wkrótce po przejęciu władzy przez Etiopski Ludowy Front Rewolucyjno-Demokratyczny (EPRDF). Abiy chce się z tym uporać. Jego zaplecze władzy należy do złożonej głównie z Amharów elity politycznej, która chce większej centralizacji, która ograniczy tendencje odśrodkowe.

"Istnieje wiele dobrych powodów, aby krytykować federalizm etniczny, ale różne grupy w tym kraju dały jasno do zrozumienia, że - dobrze uzbrojeni i świadomi politycznie - nie mogą być rządzeni wbrew ich woli" - pisze analityk BBC News.

"Model federalizmu etnicznego jest bardzo drażliwym tematem - czyni z etnoregionów minipaństewka +narodowe+, a zarazem spycha mniejszości w ich obrębie do roli +obcych+. Sprzyja to napędzaniu nacjonalizmów etnicznych i zanikaniu poczucia etiopskości jako wartości wspólnej. A Abiy Ahmed musi ją wzmocnić" - zauważa rozmówca PAP.

Z drugiej strony, każde takie działanie, jak np. utworzenie ogólnoetiopskiej partii rządzącej, Partii Dobrobytu, jest w regionach odbierane jako zamach na federalizm. "TPLF nie zgodziło się na wejście do Partii Dobrobytu i przedstawia się jako obrońca federalizmu. Obecnie w Etiopii nie ma politycznej siły, żeby naruszyć kompromis federacyjny. Nie oznacza to, że on działa - fragmentacja Etiopii postępuje i reforma systemu jest konieczna" - podkreśla ekspert.

Rząd Etiopii zarzuca władzom Tigraju dążenie do secesji. "TPLF nie zażądał oddzielenia od reszty kraju, ale logika obecnej konfrontacji prowadzi ich tą drogą" - wskazuje De Waal w swojej analizie.

Konflikt w Etiopii z dnia na dzień wymyka się spod kontroli i prawdopodobnie będzie kosztować życie dziesiątki tysięcy istnień ludzkich. Doniesienia z frontu wojennego wskazują na masakrę Amharów. Doniesienia z Addis Abeby i innych miast mówią o masowych łapankach i internowaniu Tigrajczyków. Siły rządowe narzuciły Tigrajowi blokadę wiadomości. Zakładają też całkowitą blokadę w regionie, wstrzymując dostawy pomocy humanitarnej.

Zaledwie po dwóch tygodniach konfliktu UNHCR już informuje o "kryzysie humanitarnym na pełną skalę" w Etiopii, skąd ponad 27 tys. osób uciekło przed ciężkimi walkami do sąsiedniego Sudanu.

Eksperci uważają, że konflikt może zdestabilizować Róg Afryki wciągając w wojnę sąsiednią Erytreę, czy prowadząc do wzmocnienia się sił radykałów islamskich z Asz-Szabab z graniczącej z Etiopią Somalii (Etiopia wycofała z granicy z Somalią 600 żołnierzy, eksperci nie wykluczają, że dojdzie do wycofania kolejnych).

Z inicjatywami rozmów pokojowych miały wystąpić takie kraje, jak Uganda, Kenia i Nigeria oraz Norwegia. Do deeskalacji i zakończenia konfliktu, poza ONZ i Unią Afrykańską, wzywa jeszcze Norweski Komitet Noblowski, który w 2019 r. przyznał premierowi Abiyowi pokojowego Nobla za jego inicjatywy w sprawie zakończenia konfliktu granicznego z Erytreą.

Gdy w ub.r. Komitet ogłosił laureata, jego przewodnicząca Beritt Reiss-Andersen podkreśliła, że jest to "nagroda za zasługi, ale też zachęta na przyszłość".

Ale Abiy, będący przedstawicielem największej grupy etnicznej Oromo, która od dawna skarżyła się na wykluczenie z polityki, zwrócił się przeciwko ruchowi młodzieżowemu Oromo, który de facto wyniósł go do władzy. Po zabiciu w lecie br. piosenkarza Oromo, Haacaaluu Hundeessy, w zamieszkach etnicznych zginęło ponad 230 osób, a władze uwięziły ponad 10 tys. osób - większość z nich to nie ofiary policji, tylko nacjonalistycznych bojówek Oromo, które atakowały mniejszości etniczne na terenie regionu Oromia, rozciągniętego na środkową, południową i zachodnią Etiopię. Uzbrojone gangi nazywające siebie Armią Wyzwolenia Oromo zabiły dwa tygodnie temu ponad 50 mieszkańców wioski Amharów w powiecie Wollega na dalekim zachodzie Oromii.

Spytany, czy Etiopia faktycznie stoi przed groźbą wojny domowej i podziałem kraju, ekspert PISM odparł, że wiele zależy od postawy samych Tigrajczyków. "Jeśli pozostaną zjednoczeni wokół TPLF, to przerodzi się to w długą wojnę domową. Jeśli jednak nowe władze regionalne pod przywództwem Mulu Negi, które próbuje zainstalować premier Abiy, będą miały konstruktywne propozycje dla regionu, zyskają poparcie i dadzą poczucie, że dla Tigrajczyków też jest miejsce w Etiopii, wtedy napięcie opadnie".

Ale widmo podziału Etiopii zawsze istnieje. Ta możliwość to zresztą konstytucyjne prawo każdego regionu. "Ale we wrześniowych wyborach regionalnych otwarci secesjoniści przegrali z kretesem. TPLF raczej toczy grę o porządki w Addis Abebie niż o secesję - choć w miarę pogarszania się sytuacji te nastroje mogą się zmienić" - zastrzega Czerep.

"Z jednej strony, Abiy jest nastawiony na szybkie zwycięstwo militarne, a z drugiej, gołym okiem widoczny jest niemożliwy do utrzymania w dłuższej perspektywie mur niechęci, jaki wyrósł pomiędzy władzami tigrajskimi a centralnymi. Ani jedna ani druga strona nie uznają w oponentach partnerów do rozmowy. Premier chciałby widzieć rozwiązanie konfliktu w Tigraju w taki sposób, jak to miało miejsce w regionie Ogaden, gdzie w 2018 r. interweniowały siły federalne, udało się wymienić władze lokalne (tamtejszy przywódca Abdi Mohammed Omer został aresztowany) i wyhamować tendencje odśrodkowe".

W Białej Księdze rządu z 2002 r. dotyczącej bezpieczeństwa narodowego przewidziano, że "nie można całkowicie wykluczyć perspektywy dezintegracji" kraju.