"Nie mamy wystarczającej wiedzy o tym, co faktycznie działo się wewnątrz Azowstalu, ale jasne jest, że jego obrońcy byli kompletnie otoczeni i było niemożliwe lub niemal niemożliwe, by dostarczyć im jakiekolwiek zaopatrzenie. Zatem sytuacja była taka, że albo się poddadzą, albo będą walczyć do śmierci" - wskazuje Rimmer, który jest obecnie wykładowcą w Departamencie Studiów nad Wojną w King's College London.

Wyjaśnia, że w sytuacji, gdy całe zakłady były otoczone, można było jedynie próbować do nich coś przerzucić na bardzo małą skalę, ale nie było żadnej szansy na jakiekolwiek większe wzmocnienia, dostarczenie żywności czy amunicji, bądź też ewakuowanie obrońców.

Reklama

"To musiała być trudna decyzja dla władz ukraińskich, które zdawały sobie sprawę, że Rosja będzie chciała wykorzystać obrońców Azowstalu do celów propagandowych. Można przypuszczać, że Rosja będzie chciała postawić niektórych z nich, zwłaszcza z Batalionu Azow, przed sądem, traktując to jako rewanż za to, iż Ukraina zaczęła sądzić rosyjskich żołnierzy za popełniane zbrodnie wojenne. Ale mimo wszystko Wołodymyr Zełenski uznał, że lepiej mieć żywych bohaterów niż martwych" - mówi ekspert, dodając, że wysiłki mające na celu umożliwienie im przeżycia podejmowały też ONZ i Czerwony Krzyż.

Rimmer podkreśla, że obrońcy Azowstalu militarnie zrobili to, co maksymalnie byli w stanie, to znaczy uniemożliwili Rosjanom szybkie zdobycie Mariupola związując ich wojska na znacznie dłużej niż ktokolwiek mógł oczekiwać.

Uważa on, że jakkolwiek przejęcie pełnej kontroli nad Mariupolem przez Rosjan jest znaczące, nie pokazuje nic nowego, jeśli chodzi o rosyjską taktykę. "To jest coś, czego mogliśmy się spodziewać, bo Rosjanie mają przytłaczające siły artyleryjskie. Używają ich w bardzo sowieckim stylu, tzn. prowadząc potężny ostrzał artyleryjski, bez żadnego manewrowania w zachodnim stylu. Oni po prostu rozbijają wszystko po drodze, idąc stopniowo, powoli do przodu. Oczywiście oznacza to przy okazji bardzo dużą liczbę ofiar" - wyjaśnia Rimmer.

Wskazuje, że zgodnie z tą taktyką prowadzona jest również ofensywa w Donbasie, która powoli, ale jednak posuwa się naprzód i Rosjanie zajmują kolejne obszary. Uważa on, że zajęcie Donbasu może dać Władimirowi Putinowi sposobność na wycofanie się z wojny. "Putin może zaoferować rozejm, mówiąc, że robi to w celu powstrzymania dalszego rozlewu krwi. Na potrzeby własnego społeczeństwa stworzy narrację, że "naziści zostali pokonani", że zagrożenie dla Rosji zostało usunięte. Oczywiście dla Ukrainy sytuacja, w której nadal miałaby rosyjskie wojska na znacznej części swojego terytorium, byłaby bardzo trudna" - mówi. Jak dodaje, Ukraina musi mieć nadzieję, że takie zagranie Putina nie osłabi spójności jej sojuszników, bo mogą się wówczas pojawić głosy, że potrzebujemy pokoju za wszelką cenę, a Ukraina pokoju za wszelką cenę nie może zaakceptować.

Wskazuje, że choć Wielka Brytania i USA popierają ukraińskie stanowisko, iż skutkiem wojny musi być całkowite wypchnięcie rosyjskich wojsk z terytorium Ukrainy, to, w jaki sposób realistycznie mogłoby to nastąpić jest zupełnie inną kwestią.

"To musiałaby być długa wojna na wyniszczenie. Ukraina musiałaby spowodować duże i bolesne straty dla Rosji, by zmieniły się w niej warunki i powstała sytuacja, w której czułaby, że musi się wycofać, np. gdyby wskutek wewnętrznej rewolty Putin zostałby zastąpiony albo opinia publiczna w Rosji zaczęłaby naprawdę rozumieć, co się dzieje. Ale to są bardzo optymistyczne i odległe scenariusze" - zastrzega Rimmer.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński