AfD coraz bliżej samodzielnych rządów. Na celowniku dwa landy

Od początku swojego istnienia AfD pozostaje poza nawiasem niemieckiej polityki władzy. Pozostałe partie – od chadecji po lewicę – zbudowały wobec niej tzw. Brandmauer, zaporę ogniową wykluczającą ją z jakiejkolwiek współpracy rządowej, zarówno na poziomie federalnym, jak i w 16 krajach związkowych. Strategia ta miała ograniczyć wpływy skrajnej prawicy i skazać ją na marginalizację.

Efekty są jednak odwrotne od zamierzonych. Bowiem AfD nie tylko utrzymała wysokie poparcie, lecz stała się najsilniejszą partią w części wschodnich Niemiec. Decydujący test nadejdzie we wrześniu 2026 roku, kiedy wybory odbędą się w Meklemburgii-Pomorzu Przednim oraz Saksonii-Anhalt – dwóch landach uznawanych za bastiony AfD. Sondaże wskazują, że w obu ugrupowanie to może znaleźć się o krok od samodzielnej większości, co w niemieckich realiach – zdominowanych przez rządy koalicyjne – byłoby wydarzeniem bez precedensu.

Szczególnie wrażliwym punktem jest Saksonia-Anhalt. Land ten od ponad dwóch dekad pozostaje pod rządami CDU. Jeśli AfD nie zdobędzie tam absolutnej większości, może próbować przeciągnąć na swoją stronę część chadeckich posłów, zmęczonych wielkimi koalicjami z socjaldemokratami lub Zielonymi, zawieranymi wyłącznie po to, by blokować skrajną prawicę.

To byłyby polityczny wstrząs, który odczuje cała Europa

Ewentualne samodzielne rządy AfD w którymkolwiek landzie oznaczałyby pierwsze wejście skrajnej prawicy do władzy w Niemczech od zakończenia II wojny światowej. Jak zauważa brytyjski tygodnik "The Economist", byłby to polityczny wstrząs, którego konsekwencje odczułaby cała Europa.

AfD nie jest bowiem zwykłą partią protestu. Ugrupowanie to ostro atakuje imigracją i klimatyczną politykę obecnego rządu, a także wspieranie Ukrainy. Niemieckie służby bezpieczeństwa formalnie uznały partię za "prawicowo-ekstremistyczne", co umożliwia jej zwiększoną inwigilację (decyzję tę partia zaskarżyła). W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się też postulaty delegalizacji ugrupowania.

Jednocześnie izolacja AfD nie zahamowała wzrostu jej popularności. W wyborach federalnych w lutym 2025 roku partia zajęła drugie miejsce, ale została całkowicie odsunięta od wpływów: jej posłowie nie objęli żadnych kluczowych stanowisk parlamentarnych, a nawet zostali wykluczeni z drużyny piłkarskiej Bundestagu. Jak zauważa "The Economist", brak realnej ścieżki do udziału we władzy sprzyja radykalizacji – skoro nie ma czego stracić, to po co się miarkować?

Niemiecki dylemat, europejski problem

Spór o AfD wpisuje się w szerszą europejską debatę o tym, jak reagować na wzrost znaczenia populistycznej prawicy. Jedni decydują się ją "oswajać", dopuszczając do rządów, jak w Austrii czy Holandii. Inni – jak we Francji – próbują budować narrację starcia "obozu demokratycznego" z radykałami, licząc na mobilizację centrum. Przykład Włoch pokazuje jeszcze inną ścieżkę: tam tradycyjna centroprawica została zepchnięta do roli młodszego partnera koalicyjnego rządu Giorgii Meloni.

W Niemczech kanclerz Friedrich Merz i kierowana przez niego CDU wciąż powtarzają, że dzięki skutecznemu rządzeniu uda się odebrać AfD wiatr z żagli. Problem w tym, że poparcie dla partii w sondażach ogólnokrajowych nadal rośnie. Jeśli w Saksonii-Anhalt doszłoby do choćby pośredniej współpracy z AfD, Merz mógłby zostać zmuszony do odcięcia regionalnych struktur CDU, by ratować wiarygodność partii na szczeblu federalnym.

Rok 2026 pokaże więc, czy niemiecka Brandmauer rzeczywiście chroni demokrację, czy raczej przyspiesza jej erozję. Dla reszty Europy byłby to wyraźny sygnał, że nawet w największej demokracji kontynentu dotychczasowe metody radzenia sobie ze skrajną prawicą przestają działać.