I znów ona – przysłowiowa matka narodu, idąca ze smutkiem przez gruzowiska i błoto w prawie doszczętnie zniszczonym przez powódź mieście Schuld, którego nazwa po niemiecku oznacza winę.

Niemiecka kanclerz Angela Merkel, na dwa miesiące przed wyborami, po których odejdzie na polityczną emeryturę, robiła wszystko co w jej mocy, aby trzymać się z dala od polityki. Ale katastrofa naturalna, która w ubiegłym tygodniu dotknęła jej kraj, nie pozostawiła jej wyboru – musiała znów się pojawić.

Regiony wzdłuż Renu oraz dopływów tej rzeki nie widziały powodzi na tę skalę od wieków, o ile w ogóle. Z liczbą śmiertelnych ofiar w Niemczech i Belgii zbliżającą się do 200, a wciąż wielu ofiar nie odnaleziono, dla wielu mieszkańców tego regionu powódź jawi się jako początek średniowiecznego moralitetu. Czy historia z Schuld przypomina tę z Księgi Rodzaju 6-9, w której Bóg każe ludzkość za zanieczyszczenie swojego stworzenia?

Jak dotąd Niemcy, tak jak wiele innych bogatych narodów, zmiany klimatu postrzegali w dużej mierze w abstrakcyjny sposób. Zmiany te dotykały głównie biednych państw, takich jak Bangladesz czy Burundi lub też zagrażały egzotycznym wyspom, takim jak Malediwy. Ale teraz – i to szybciej niż wynikałoby to z prognoz naukowców – zagrożony jest już cały świat, łącznie dobrze prosperującymi Niemcami.

Kiedy bowiem północne połacie Syberii, Finlandii czy Ameryki północno-wschodniej nad Pacyfikiem duszą się w kopułach ciepła wywołanych przez czyśćcowe pożary, gdy postawione na solidnych podstawach domy nad Renem są zmywane razem z fundamentami, czas na zmianę starych założeń.

Jakie efekty przyniesie powódź w Niemczech?

Jednym z politycznych efektów tych katastrof jest przekształcenie czegoś abstrakcyjnego – efektu cieplarnianego i globalnego ocieplenia – w coś bardzo konkretnego: ludzka krzywda i cierpienie są również oskarżeniem rzuconym w stronę naszych społeczeństw. Na przykład nie tak daleko od niemieckiego Schuld woda podmyła dom opieki dla osób niepełnosprawnych, w wyniku czego zginęło 12 osób. Sąsiedzi słyszeli, jak umierający niepełnosprawni krzyczeli w agonii.

Innym efektem jest przesunięcie debaty publicznej poza typowe dzielenie włosa na czworo, które następowało zazwyczaj po wcześniejszych kataklizmach – czy to wina klimatu, czy może pogody, czy to duży trend, czy jednak jednorazowe wydarzenie.

W sensie technicznym żadnego pojedynczego nieszczęścia nie można wiązać z antropogenicznym efektem cieplarnianym. A jednak nauka w bardzo jasny sposób opisuje, jak globalne ocieplenie powoduje tego rodzaju katastrofy i jak dochodzi do ich rozprzestrzeniania się.

Jeśli chodzi bezpośrednie skutki powodzi dla wyników wyborów w Niemczech, sprawa nie jest jasna. Kiedyś obowiązywała zasada, że jakakolwiek katastrofa naturalna była też szansą dla polityków, aby pokazać swoją empatię oraz kompetencje, a dzięki temu ugrać kilka punktów wyborczych.

Na przykład po powodzi w 2002 roku poprzednik Angeli Merkel – kanclerz Gerhard Schroeder - chodził w gumowych butach po błocie i ściskał ręce ofiar powodzi – gest ten pomógł mu uzyskać reelekcję w tym samym roku. Merkel zrobiła coś podobnego w czasie powodzi w 2013 roku – również tuż przed wyborami. Dlatego obecni liderzy trzech dominujących w sondażach partii niemieckich rzucili wszystko i udali się objazd stref powodziowych, aby wyglądać na dobrych przywódców.

Wydaje się, że Armin Laschet z centroprawicowego CDU powinien uzyskać przewagę jeśli chodzi o możliwości robienia sobie zdjęć na terenach powodziowych. Otóż jako premier Nadrenii Północnej – Westfalii – landu o największej liczbie ludności w Niemczech oraz najbardziej dotkniętego powodzią regionu – jest jedną w wyborczym wyścigu osobą sprawującą funkcję szefa rządu regionalnego. Mimo to zmarnował tę okazję, gdy zauważono, że chichotał z innymi w tyle w czasie, gdy prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier szukał uroczystych słów, aby wyrazić żal z powodu ofiar powodzi. Wiele wskazuje na to, że Armin Laschet zostanie kolejnym kanclerzem Niemiec. Ale kontrast pomiędzy jego zachowaniem a godną postawą Merkel w Schuld nie działa na jego korzyść.

jest również jasne, czy Zieloni, mający drugie najlepsze notowania, zyskają wiele w tej sytuacji. Walka ze zmianami klimatu jest ich znakiem rozpoznawczym, więc powódź powinna przysporzyć im zwolenników, przynamniej okresowo. A jednak szefowa tego ugrupowania - Annalena Baerbock – popełniła własne błędy, a u jej partia z poparciem na poziomie 18 proc. jest w tyle za chrześcijańskimi demokratami, przegrywając z nimi o ok. 10 pkt proc.

Zniszczone przez powódź miasto Schuld, Niemcy, 17.07.2021 / Bloomberg / Liesa Johannssen-Koppitz

Brak prostych rozwiązań

Większym problemem dla wyborców, zarówno w Niemczech, jak w innych krajach, jest fakt, że powodzie, pożary, susze oraz inne katastrofy związane ze zmianami klimatu nie wskazują w prosty sposób na tworzenie określonych polityk i działań, a już z pewnością nie sprzyjają udzielaniu partyjnych rad. Poza populistami wszystkie partie głównego nurtu w Niemczech zgadzają się co do celu zupełnego wyeliminowania emisji CO2 najpóźniej do 2045 roku. Różnice między nimi sprowadzają się do metod, jak to osiągnąć oraz jak pogodzić te cele z innymi, takimi jak spójność społeczna i gospodarcza konkurencyjność.

Partie centroprawicowe podkreślają potrzebę wykorzystania mechanizmów sprzyjających rynkowi, takich jak ceny emisji, zaznaczając jednocześnie, że wprowadzenie pewnych innych ograniczeń może być konieczne. Z kolei partie centrolewicowe odwrotnie – skupiają się bardziej na bezpośredniej interwencji państwa, takiej jak zakaz stosowania silników spalinowych czy zakaz krótkodystansowych lotów oraz wyższe ceny emisji. Dla laików są to raczej pewne niuanse niż twarde alternatywy. Wyjaśnia to, dlaczego wielu Niemców chce, aby przyszły rząd stworzyli chrześcijańscy demokraci w połączeniu z Zielonymi.

Pomimo szoku wywołanego powodzią, Niemcy obawiają się też zbyt radykalnej odpowiedzi na jakąkolwiek katastrofę. Wiele osób pamięta gwałtowne wycofanie się Niemiec z energii nuklearnej, które nastąpiło po katastrofie elektrowni w Fukushimie dekadę temu. Ta zbyt mocna reakcja sprawiła, że dekarbonizacja niemieckiej sieci energetycznej stała się niepotrzebnie utrudniona.

Tegoroczne powodzie oraz inne katastrofy pokazują coraz większej grupie ludzi, że walka ze zmianami klimatu zasługuje na to, aby stać się naszym politycznym priorytetem – nawet w czasach pandemii i przesilenia geopolitycznego. Takie wydarzenia przypominają nam również, jak bolesne mogą być nasze wybory.

Tego lata wielu Niemców czuje się – co jest zrozumiałe – przytłoczonych i podejrzewa, że ich polityczni liderzy zbytnio się od nich nie różnią. Nieważne, jaki będzie wynik wyborów we wrześniu, los miasta Schuld pokazuje, że ludzkość ma jeszcze dużo do zrobienia.