Marzec przejdzie do historii jako czarny miesiąc dla cen ropy naftowej. Wojna cenowa między Arabią Saudyjską a Rosją, potem decyzja władz USA o wstrzymaniu lotów z Europy oraz druga w ciągu zaledwie 2 tygodni obniżka stóp procentowych przez Fed przyczyniły się do załamania cen tego surowca.

Inflacja ofiarą koronawirusa

Interwencyjne działania Fed podjęte na skutek szerzącej się epidemii koronawirusa zbiegły się z eskalacją napięć między Riyadem a Moskwą odnośnie wydobycia ropy naftowej. Taka mieszanka musiała wywołać silne spadki cen ropy, co na pewno będzie miało przełożenie na dynamikę zmian innych cen w nadchodzących miesiącach.

Innymi słowy, wiele wskazuje na to, że inflacja w wielu częściach świata stanie się kolejną ofiarą koronowirusa. Chyba rację mają ci, którzy nie wykluczają kolejnego epizodu deflacji.

Mnie jednak w tym tekście będą interesować oddziaływania Fed na ceny ropy naftowej i wyjdę z dość prowokacyjną tezą, w myśl której Fed będzie sojusznikiem producentów ropy naftowej, z dwóch ważnych powodów.

Reklama

Po pierwsze dalszy spadek cen ropy naftowej może doprowadzić do deflacji. Owszem deflacja z połowy drugiej dekady XXI zostawiła, zwłaszcza wśród konsumentów, raczej miłe wspomnienia, gdyż przez jakiś czas nie musieli się martwić wzrostem cen.

Niestety ekonomiści (zwłaszcza ci, którzy nie przysypiali na wykładach z historii gospodarczej) słyszeli o innym obliczu deflacji, tej sprzed prawie dziewięćdziesięciu lat, kiedy poziom cen w okresie Wielkiego Kryzysu był w stanie spaść nawet o połowę. A jeżeli pandemia koronowirusa nie zostanie szybko wyhamowana, to nie da się powtórki z lat trzydziestych wykluczyć.

Po drugie Fed nie przyzna się, najprawdopodobniej nawet będąc przypartym do muru, że w jego interesie leży kontynuacja konfliktu między głównymi producentami ropy naftowej w nieskończoność. Wojna naftowa jest najlepszym gwarantem, że potencjał wzrostowy cen ropy będzie pozostawać mocno ograniczony. Aby jednak wojna ta trwała w nieskończoność, nie wolno dopuścić do wykrwawienia się którejkolwiek ze stron.

Władze monetarne a ceny czarnego złota

Może właśnie za sprawą toczącej się wojny między producentami ropy słyszało się w ostatnich latach przeszyte sarkazmem głosy ekonomistów sugerujące, że to Wiedeń powinien zostać ogłoszony światową stolicą bankowości centralnej. I bynajmniej nie za sprawą poczciwego i obchodzącego w 2016 r. 200. rocznicę swego powstania OeNB Oesterreichische Nationalbank.

Czynnikiem przemawiającym za Wiedniem jako stolicą światowej bankowości centralnej miała być siedziba OPEC. Pogłoski o śmierci OPEC ciągną się za nami już od kilku dekad i można sprzeczać się, czy OPEC jest w stanie wywierać wpływ na ceny ropy.

Ale tak długo jak w jego skład będzie wchodzić Arabia Saudyjska, to analizowanie poziomu cen i abstrahowanie od decyzji podejmowanych na raczej mało ruchliwej, ale usytuowanej w samym centrum Wiednia Helferstorferstrasse 17, byłoby dużym błędem.

W zależności od tego, co Arabia Saudyjska czyni ze swym kurkiem regulującym wydobycie ropy naftowej, mamy do czynienia albo z epizodem deflacji, albo inflacji. No i tu należy się zatrzymać, bo ostatnie zdanie wydaje się być jedynie częściowo prawdziwe.

Wysokie ceny ropy naftowej i zalewające świat petrodolary były zmorą banków centralnych w latach 70. ubiegłego stulecia. Wystarczy przyjrzeć się, jak oba szoki naftowe (1973 r. i 1979 r.) psuły szyki bankom centralnym w ich staraniach zmierzających do utrzymania inflacji na niskim poziomie. Działo się tak między innymi za sprawą dużego przeregulowania wielu gospodarek oraz występującego wówczas ich uzależnienia od ropy. W takich warunkach kontrola inflacji była utrudniona, choć – jak to w życiu bywa – jedne banki sprawowały tę kontrolę lepiej niż inne. Ale nie zmienia to faktu, że trauma pozostała na długie lata.

Ostatnie dwie dekady ubiegłego stulecia, a zwłaszcza początek lat 80., to okres intensywnych zmian w gospodarce światowej. Słynna czerwona taśma odklejała się, a konsumenci przerażeni ponad dziesięciokrotnym wzrostem cen ropy w niespełna osiem lat przeszli w kierunku daleko posuniętej racjonalizacji zużycia ropy naftowej.

Na wyniki długo nie trzeba było czekać i już w 1986 r. niektóre kraje zaczęły testować wygenerowaną spadkiem cen ropy deflację. Nie zmieniło to jednak nastawienia do cen ropy, które nadal postrzegano w kategoriach czynnika inflacjogennego.

"Mimo 15-krotnego wzrostu cen ropy w latach 1999-2008, ich przełożenie na inflację było niewielkie."

Dopiero wydarzenia z początku XXI wieku uzmysłowiły wielu ekonomistom wysoką odporność gospodarki na wzrost cen ropy. Mimo ich niemalże piętnastokrotnego wzrostu w latach 1999-2008, przełożenie na inflację było stosunkowo niewielkie i ograniczało się do lat 2007-2008.

Sam Fed zdążył w trakcie tych dziesięciu lat obniżyć stopy do poziomu 1 proc., a następnie podnieść je do ponad 5 proc., dając wyraźnie do zrozumienia, że wzrost cen ropy nie spędzał mu już snu z powiek.

Oczywiście rodzą się dwa pytania.

Pierwsze – co stałoby się z inflacją, gdyby nie kryzys z 2008 r., który między innymi przyczynił się do gwałtownych spadków cen ropy? W tym tekście jednak nie ma miejsca na przysłowiowe gdybanie.

Drugie – szok naftowy z początku bieżącego stulecia był w przeciwieństwie do szoków z lat siedemdziesiątych szokiem popytowym. Co by się stało, gdybyśmy mieli do czynienia z szokiem podażowym? Akurat odpowiedź na to pytanie przyniosła dekada, której początek przypadał na 2008 r.

Ten straszny 2008 rok

12 lat temu ceny ropy naftowej szybowały ku górze w zapierającym dech tempie. Do lipca 2008 r. niemal nie było tygodnia, kiedy jej ceny nie osiągały kolejnego rekordu, aż zatrzymały się na poziomie ok. 147 dolarów za baryłkę. Pierwsze siedem miesięcy 2008 r. przypominały układ, w którym ceny ropy wspinały się na najwyższy szczebel ślizgawki, by następnie zjechać w dół.

Jest rzeczą oczywistą, że popyt na ropę naftową zależy od koniunktury gospodarczej na świecie, a nie ma chyba drugiej instytucji, która mogłaby równać się z Fed pod kątem wywierania wpływu na koniunkturę.

Czy zatem producenci cen ropy naftowej muszą tańczyć w takt muzyki granej przez Fed? Nie da się tego wykluczyć, choć trudno jest wychwycić zależność i jeszcze trudniej byłoby ją doprecyzować. Teza, w myśl której Fed miałby być sprzymierzeńcem producentów ropy naftowej wydaje się bardzo ryzykowna, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że załamanie się cen ropy w 2014 r. niemal zbiegło się w czasie z zakończeniem przez amerykański bank centralny skupu aktywów.

Ponadto sensowność takiej tezy można zakwestionować na inny sposób: otóż wspieranie producentów ropy naftowej przez Fed musiałoby doprowadzić do wyższych cen i w efekcie podbić stawkę inflacji, co siłą rzeczy stałoby się kontrproduktywne. Niemniej warto przyjrzeć się nieco bliżej tak stawianej tezie.

"W drugiej dekadzie XXI w. popyt na ropę naftową nie nadążał za podażą."

Nie wolno zapominać, że o cenach ropy naftowej decyduje nie tylko polityka pieniężna. Dochodzą jeszcze czynniki natury politycznej, no i przede wszystkim analiza popytu i podaży. Druga dekada XXI w. przeszła do historii, jeśli chodzi o ropę łupkową i przyczyniła się do kolejnego szoku podażowego. O ile jednak w latach 70. ubiegłego wieku podaż ropy nie nadążała za popytem, o tyle w ciągu ostatniej dekady mieliśmy do czynienia z odwrotną kombinacją.

Ropy na rynku było za dużo i może dlatego czołowe banki centralny (a Fed z powodu rosnącej niezależności energetycznej USA) nie musiały się już tak bardzo obawiać wzrostu jej cen. Tak długo jak czołowi producenci ropy naftowej (OPEC+) chcieli ze sobą współpracować, tak długo można było rozważać scenariusze przewidujące wzrost cen ropy.

Notowane od około roku symptomy spowolnienia gospodarczego były gwarantem, że wzrost cen ropy nie będzie zbyt duży. Natomiast kiedy porozumienie OPEC + okazało się być fikcją, ceny ropy zaczęły ponownie spadać, a wybuch pandemii jedynie przyspieszył dynamikę spadku.

Nie wylać dziecka z kąpielą

Wzrost cen ropy naftowej w najbliższym czasie jest raczej nieprawdopodobny. Dodatkowo warto pamiętać o opisanych zmianach strukturalnych, jakie przeszła światowa gospodarka i za sprawą których wiele krajów zwiększyło swoją odporność na wzrost cen ropy.

Jednak całkowita obojętność ze strony decydentów na to, co dzieje się na rynku ropy byłaby nierozsądnym zachowaniem. Dzisiaj i jutro ropa będzie tanieć, ale za jakiś czas może ponownie zacząć drożeć. Z kolei przezwyciężenie koronowirusa może przyczynić się do zmiany percepcji aparatu państwowego. Nie da się wykluczyć regresu w deregulacji gospodarek i co może siłą rzeczy zmniejszyć odporność na wzrost cen. Dlatego w przypadku banków centralnych lepiej jest dmuchać na zimne.

Zakrojony na szeroką skalę plan ratowania gospodarki amerykańskiej wskazuje, że Fed podchodzi do wywiązywania się ze swojej misji wyjątkowo poważnie. Niezależnie od działań Fed rodzi się pytanie o stan przemysłu łupkowego w USA.

To w końcu łupki przyczyniły się w dużej mierze nie tylko do nawisu ropy w gospodarce światowej, ale też de facto zneutralizowały jej inflacjogenny charakter. Przemysł łupkowy wysyłał niepokojące sygnały już od połowy ubiegłego roku.

Marcowe załamanie się cen ropy na światowych rynkach może stanowić olbrzymi cios. A jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę presję na łupki będącą pochodną troski o środowisko naturalne, nie będzie przesadą twierdzenie, że łupki stanęły w obliczu zagrożenia egzystencjalnego.

Jak napisałem na początku – w interesie Fed – jak i innych banków centralnych- nie powinno leżeć zbytnie wykrwawienie się którejkolwiek ze stron. W przeciwnym razie dojdzie do przysłowiowego wylania dziecka z kąpielą. A taki scenariusz na pewno nie leży w interesie żadnego banku centralnego.

Opinie wyrażone w tekście są opiniami autora i nie wyrażają oficjalnego stanowiska NBP.

Autor: Paweł Kowalewski, ekonomista w Departamencie Operacji Krajowych Narodowego Banku Polskiego; specjalizuje się w zagadnieniach polityki pieniężnej.

Źródło nieznane