Zamieszanie wyniknęło ze zmiany terminologii. Za trzy tygodnie dotychczasowy chodnik stanie się drogą dla pieszych. A ta według nowych przepisów techniczno-budowlanych ma składać się z trzech części – właściwego chodnika, z którego korzystać mogą tylko piesi, przylegającego do jezdni pasa buforowego, który może być właśnie przeznaczony do parkowania, i znajdującego się przy budynku pasa obsługującego, na którym mogą znaleźć się schody czy budki handlowe. Tyle że taki precyzyjny podział ma obowiązywać tylko w przypadku wszystkich budowanych od nowa czy modernizowanych dróg. Samorząd, planując nowe inwestycje drogowe, musi na chodniku wyznaczać część, która będzie ściśle przeznaczona do parkowania. Jeśli na taki pas buforowy nie będzie miejsca, parkowanie nie będzie tam możliwe. Wtedy zarządca drogi będzie musiał postawić znak zakazu zatrzymywania lub postoju pojazdów albo fizycznie uniemożliwić parkowanie, np. montując słupki.
W praktyce takie porządkowanie przestrzeni dla pieszych potrwa bardzo długo – 20, może 30 lat. Tymczasem w Polsce od dawna mówiło się o konieczności uregulowania zasad parkowania w miastach. Dopuszczenie parkowania na chodnikach spowodowało, że zostają one często zawłaszczone przez samochody. Wielu kierowców ignoruje zasadę pozostawienia 1,5 m dla pieszych, a policjanci czy strażnicy miejscy rzadko karzą za takie przewinienia. Owe 1,5 m to też zresztą niewiele, bo przy takiej szerokości trudno się minąć np. rodzicom z wózkami. Tymczasem w wielu krajach Europy Zachodniej, np. w Niemczech, Norwegii, Holandii czy we Francji, parkowanie na chodnikach co do zasady jest zakazane. Istnieje tam wyraźny podział – miejsca postojowe są częścią jezdni.
Reklama