Podczas gdy piłkarze decydują o tym, co dzieje się na murawie boiska, tak ich agenci mają największy wpływ na wszystko to, co wydarzy się poza nim. To im zawodnicy powierzają kariery i życiowe sprawy. Wschodzących gwiazd futbolu agenci wyszukują na boiskach i na portalach społecznościowych. Robią to z licencją lub bez. Biznes jest zarazem tak niepewny i intratny, że mogą wznieść piłkarza na wyżyny albo całkowicie go zepsuć.

Zasada jest prosta – im bardziej rozwinięty rynek piłkarski, tym większa rzesza agentów futbolowych. W 2010 r. najwięcej działało ich we Włoszech (725), Hiszpanii (585), Anglii (428), Brazylii (328) i Niemczech (320). Choć zdarzają się także wyjątki – w pierwszej dziesiątce państw z największą liczbą działających agentów znalazły się Bośnia (122) oraz Nigeria (119). Polski Związek Piłki Nożnej do tej pory licencjonował 65 piłkarskich menedżerów.

To jednak niepełne statystyki: w branży działają też osoby bez licencji. – Jest ich w Polsce nawet ok. 100 – mówi Michał Karpiński, agent piłkarski oraz właściciel Champions Football Agency. Choć współpracujący z takimi osobami piłkarze mogą zostać zawieszeni w prawach zawodnika lub otrzymać karę w wysokości co najmniej 10 tys. franków szwajcarskich, proceder kwitnie. Jak wskazują statystyki, na które w zeszłym roku powoływał się serwis BBC Sport, tylko co trzeci międzynarodowy transfer piłkarski był dokonany przez licencjonowanego agenta.

Być może jest tak dlatego, że zdobycie licencji jest sporym wyzwaniem. W naszym kraju procedura jest dwuetapowa. Najpierw trzeba złożyć serię oświadczeń: o korzystaniu z pełni praw publicznych i pełnej zdolności do czynności prawnych, o niezajmowaniu żadnego stanowiska w FIFA, UEFA, PZPN i klubie, do tego jeszcze zaświadczenie o niekaralności. Potem wystarczy już zdać egzamin (przede wszystkim ze znajomości skomplikowanych wewnętrznych przepisów FIFA), za który trzeba zapłacić 5 tys. zł.

Doradcy od wszystkiego

Wysiłek i wydatki mogą się opłacać, biorąc pod uwagę możliwe profity. Agent piłkarski może liczyć na prowizje rzędu 10 – 50 proc. od zawartych umów sponsorskich i 2 – 10 proc. w przypadku transferów. Do tego czasem dochodzą pensje, które wypłacają im podopieczni, lub kluby, dla których agenci pracują.

Z danych firmy doradczej Deloitte za sezon 2009/2010 wynika, że tylko w lidze angielskiej agenci piłkarscy na tamtejszych graczach zarobili 80 mln funtów. Stanowiło to 13 proc. wydatków transferowych brutto 92 największych klubów zrzeszonych w Football Association. Stawki pobierane przez agentów są nieraz tak ogromne, że mogą zniechęcać kluby – nawet te, które nie klepią biedy – do kupna nowego piłkarza. Jeszcze przed zwycięstwem w Lidze Mistrzów Chelsea rozpoczęła rozmowy z 20-letnim Edenem Hazardem (czytaj również na str. 9) . Klub, który zdecyduje się na nabyć Hazarda, będzie musiał wydać dodatkowe 6 mln funtów na same prowizje dla przedstawicieli zawodnika.

Sporo, choć rzecz jasna nie tak wiele jak na Zachodzie, zarabiają również najlepsi agenci w Polsce. Bartłomiej Bolek, jeden z najskuteczniejszych krajowych piłkarskich menedżerów, w zimowym okienku transferowym w 2011 r. zainkasował – zdaniem sportowych mediów – nawet 150 tys. euro, umieszczając pięciu polskich piłkarzy w drużynach tureckich. Od każdej transakcji pobrał 2,5 proc. prowizji.

Czym – w imieniu piłkarzy – zajmują się tak sowicie opłacani agenci? Można powiedzieć, że niemal wszystkim. – Zawodnik musi się skupić na pracy, czyli dobrze grać. Wokół niego jest jeszcze sporo rzeczy związanych z kontraktem, sponsoringiem czy doradztwem inwestycyjnym. Trzeba pamiętać, że piłkarz będzie zarabiać na boisku tylko przez kilkanaście lat, a potem musi się z czegoś utrzymać – tłumaczy Szymon Pacanowski z Fabryki Futbolu, który brał udział m.in. w sprzedaży bramkarza Artura Boruca do Celticu Glasgow. Michał Karpiński dodaje, że równie ważne jest także dbanie o wizerunek podopiecznych. – Medialność podnosi wartość zawodnika. Ta niemal zawsze spada, gdy stanie się bohaterem publikacji w tabloidach – mówi.

Polowanie na pieniądze

Wciąż jednak najważniejszym elementem pracy każdego agenta jest wyszukiwanie młodych talentów i kierowanie ich karierą. W tym celu większość czasu spędzają w terenie, obserwując poczynania juniorów i młodych zawodników. Niektórzy idą jednak na łatwiznę. Tajemnicą poliszynela w branży jest to, że potężne agencje futbolowe same nie szukają zawodników, lecz płacą tym wyróżniającym się (których wcześniej odkrył ktoś inny) za podpisanie z nimi umowy.

Jeśli uda się już pozyskać piłkarza, zaczyna się walka o jego sportową przyszłość. I o prowizje. – Dobra gra zawodnika nie wystarczy, by go dobrze sprzedać. Przede wszystkim trzeba mieć kontakty w klubach i cały czas nawiązywać nowe znajomości – opowiada Pacanowski. Dlatego Cristiano Ronaldo, którego przecież nikomu nie trzeba przedstawiać, znajduje się w jednej z największych piłkarskich stajni – portugalskiej GestiFute, która opiekuje się nie tylko kilkoma dziesiątkami znakomitych futbolistów, lecz także trenerami (swoją karierę powierzył jej m.in. Jose Murinho). Wayne’em Rooneyem przez długie lata opiekował się często działający na granicy prawa Paul Stretford z Proactive Sports Management, z kolei Izraelczyk Pinhas Zahavi reprezentuje Carlosa Teveza i Rio Ferdinadem. Z ogólnego trenu wyłamuje się za to Leo Messi – oficjalnie nie ma agenta, a w sprawach kariery i finansów doradza mu rodzina.

Agenci wysyłają płyty DVD z wyczynami podopiecznych do potencjalnie zainteresowanych nimi klubów, spotykają się z ich przedstawicieli i przedstawiają oferty, a jeśli dobrze pójdzie – negocjują kontrakty. Te rozmowy, jak zaznaczają nasi rozmówcy, do łatwych nie należą. Standardowo piłkarz zarabia rocznie ok. 20 proc. swojej wartości, ale klub najchętniej widziałby go grającego za półdarmo. A wynegocjować trzeba bardzo szczegółowe sprawy, nie tylko związane z wynagrodzeniem i premiami zawodnika, lecz także rzeczy takie, jak warunki leczenia operacyjnego po kontuzji czy prawa do jego wizerunku.

Ale często zanim dojdzie do jakichkolwiek negocjacji, agenci piłkarscy próbują wysondować na różne sposoby wartość rynkową zawodnika. Jednym z nich jest rozsiewanie plotek. – Nie stosuję tego typu praktyk, ale są one w branży wykorzystywane – potwierdza Michał Karpiński.

Przykład? Ostatnio huczy od plotek, które wywołał Cezary Kucharski, menedżer Roberta Lewandowskiego, gwiazdy Borussii Dortmund. – To, czy w następnym sezonie Robert nadal będzie grał w Borussii, jest sprawą otwartą – powiedział kilka tygodni temu w wywiadzie dla gazety „Westfaelische Rundschau”. Mimo że wart ok. 25 mln euro piłkarz jest jeszcze bardziej powściągliwy od komentarzy, słowa agenta wywołały falę spekulacji o możliwych transferach. Świetnie grającym Lewandowskim mają ponoć interesować się najlepsze kluby świata, m.in. Bayern Monachium, Arsenal, Chelsea, Manchester City. Notowania piłkarza wzrosły – pytanie tylko, czy sposób, w jaki to się stało, był działaniem zamierzonym. Tego Cezary Kucharski najwyraźniej nie chce ujawniać. Mimo umówionego wcześniej miejsca i czasu spotkania nie pojawił się na spotkaniu i nie odbierał telefonów.