Ale ich prognozowane dwucyfrowe wzrosty w dużej mierze są efektem statystycznym, bo oba państwa są pogrążone w konfliktach, których jednym z efektów był wcześniejszy duży spadek PKB. Prawdziwymi liderami będą Indie i kilka krajów Afryki Subsaharyjskiej, w których gospodarka od kilku lat rośnie po 6–7 proc. Z punktu widzenia świata jeszcze większe znaczenie ma to, że w 2017 r. nie licząc Wenezueli, żadna z naprawdę ważnych gospodarek nie będzie w recesji, podczas gdy bieżący rok na minusach kończą m.in. trzy największe gospodarki Ameryki Południowej (Brazylia, Argentyna i Wenezuela), największa w Afryce (Nigeria), a także Rosja.

Na papierze wygląda, że wszystko zmierza w dobrym kierunku – w przyszłym roku mniej ma być państw pogrążonych w recesji, mniej takich, które kompletnie nie panują nad inflacją i takich, które utrzymują katastrofalnie wysoki deficyt budżetowy, a więcej niż teraz tych z dwucyfrowym wzrostem gospodarczym i nadwyżką w budżecie. Problem w tym, że prognozy – zresztą nie tylko te autorstwa MFW – trzeba traktować ze sporą ostrożnością. Ten sam Jemen, któremu Fundusz przewiduje drugi najwyższy wzrost na świecie, już w jego zeszłorocznej prognozie na 2016 r. miał być liderem. Okazało się, że zamiast 11-proc. wzrostu był 4-proc. spadek. Akurat w tym przypadku to efekt trwającego w tym kraju konfliktu, ale przykładów, że tegoroczne dane są gorsze, niż mówiły prognozy, jest znacznie więcej. Zatem na obwieszczanie, że cały świat wyszedł już z kryzysu, jeszcze za wcześnie. Nie zawsze trafione prognozy nie zmieniają faktu, że lepiej znajdować się w nich po jasnej stronie mocy. Polska wciąż tam jest i miejmy nadzieję, że mimo różnych niepokojących sygnałów tam zostanie. ⒸⓅ