Elbridge Gerry należał do grona tych oświeconych jegomościów, których Amerykanie do dziś czczą jako swoich ojców założycieli. Sygnował Deklarację niepodległości oraz artykuły konfederacji i wieczystej unii. Był również przyjacielem Thomasa Jeffersona, gubernatorem czy wreszcie wiceprezydentem USA (u Jamesa Madisona). Jednocześnie ten sam oświecony ojciec założyciel najstarszej demokracji świata w 1812 r. tak wyrysował okręgi wyborcze w stanie Massachusetts, żeby wygrała jego Partia Demokratyczno-Republikańska (to ci, którzy rywalizowali z federalistami Hamiltona i Adamsa). Po zaserwowanych zmianach mapa wyborcza stanu wyglądała więc jak salamandra. Prześmiewcy ukuli na to termin „gerrymandering” (gerrymanderyzacja?), który funkcjonuje do dziś. Tylko czasem przed końcówkę wstawia się nazwisko aktualnie aktywnego na tym polu polityka.

Głównym i bezpośrednim celem takich kombinacji jest oczywiście wygrywanie wyborów. Z drugiej strony każde takie posunięcie jest przez oponentów bezwzględnie wytykane. Bywa, że kiedy w końcu zmienia się władza (bo sam gerrymandering wyborów w nieskończoność nie będzie wygrywał), to pojawia się postulat, by rysowanie granic okręgów oddać jednak w ręce „niezależnej komisji”. Wtedy pojawiają się wątpliwości, kto właściwie ma wchodzić w jej skład. Chcąc nie chcąc, komisja też w końcu komuś doda, a komuś innemu odbierze, więc za jakiś czas powróci postulat, by może jednak nie przesadzać z tą technokratyzacją ordynacji wyborczej. I tak w kółko.

Zostawmy jednak na chwilę bieżące skutki i popatrzmy szerzej. Tym tropem poszedł ostatnio błyskotliwy amerykański bloger Steve Randy Waldman. Stawia on tezę, że jedną z mniej dostrzeganych konsekwencji gerrymanderingu jest pompowanie polaryzacji klasy politycznej. No bo popatrzmy, co się dzieje. Za gerrymanderyzacją stoi racjonalne skądinąd założenie, że po co marnować głosy, które już się ma. Przyczepiamy więc okręg, gdzie nasza partia dysponuje powiedzmy 70 proc. poparcia wśród chodzących na wybory, do takiego, gdzie aktualnie delikatnie przegrywamy (powiedzmy 45 do 65). Wtedy nasze szanse w tym nowym okręgu rosną i pojawia się realna możliwość jego odbicia. Tak to przynajmniej wygląda z poziomu makro.

Ale teraz popatrzmy na dynamikę w tymże nowym okręgu. Polityk partii, która na gerrymanderingu traci, jest oczywiście przerażony i chce odeprzeć atak. Podkreśla, że tamci to kanalie. Podobnie jego doklejona do „naszej małej ojczyzny” baza wyborcza. Tym samym decyzja co do kierunku kampanii została już podjęta. Taki polityk nie będzie przecież apelował do intruzów i próbował przekonać do siebie tych umiarkowanych spośród nich. Nie, on sięga do swojej sprawdzonej bazy. Do żelaznego elektoratu i do ich ulubionych tematów. Mobilizuje własne zaplecze tak, by odeprzeć atak.

A rywale (ci, którym gerrymandering ma posłużyć) robią dokładnie to samo. Tu nie ma mowy o eksperymentowaniu i wyciąganiu ręki do centrystów. Tak można by było zrobić w tym starym i pewnym okręgu, gdzie „swoich” już się ma. A „nowi” i tak nie mają na kogo głosować”. Ale tu walczymy przecież na nowym boisku. Nie ma więc czasu na eksperymenty. Czyli co? Polaryzujemy? Polaryzujemy.

Efekt gerrymanderyzacji jest więc zaskakujący. Jeśli wszyscy robią to odpowiednio długo i intensywnie, to nie ma siły. Będą szli w kierunku swoich żelaznych zasobów, tematów i obsesji. Jednocześnie odklejając się jednak od rzeczywistości. To tylko przypuszczenie, ale chyba to właśnie przydarzyło się republikanom w USA. Którzy od 2010 r. gerrymanderyzowali wyjątkowo mocno. I dostali... Donalda Trumpa, który jako kompletny outsider (można nawet powiedzieć, że w kontrze do partyjnego establishmentu) ukradł im Biały Dom. Kto mieczem wojuje... ⒸⓅ