Prawdopodobnie kończy się długi okres dezinflacji, którego skutkiem były malejące stopy procentowe. Kryzys przeżywa też globalizacja. W wielu miejscach świata rosną nastroje nacjonalistyczne i protekcjonistyczne. Polityka Trumpa może wzmocnić obie tendencje.

Destabilizacja rynków finansowych

Polityka Trumpa spowoduje istotne zmiany w gospodarce amerykańskiej, których skutki odczuje świat, w tym Unia Europejska. Najważniejszymi będą:

Wzrost deficytu budżetowego i szybsze narastanie długu publicznego.

Planowany na rok fiskalny 2016 r. deficyt budżetu USA ma wynieść 550 mld dolarów, czyli 3,3 proc. PKB. Według niektórych ekonomistów deficyt wzrośnie w najbliższych latach do 1 bln dolarów, co będzie miało istotny wpływ także na światową gospodarkę.

W maju 2016 r. Donald Trump stwierdził, że dług amerykański może zostać częściowo defaultowany (nie w całości spłacany). Później do tego pomysłu nie wracał, ale w swej karierze biznesowej uciekał się do tzw. Prepackaged Bankruptcy, co jest odpowiednikiem polskiego postępowania układowego. Jeśli Trump rzeczywiście zaproponowałby takie rozwiązanie, byłby to potężny wstrząs dla światowych rynków finansowych, który mógłby wywołać kolejny kryzys finansowy. Spadłaby wartość amerykańskich papierów dłużnych, co postawiłoby europejskie banki w trudnej sytuacji. Wiele z nich ma w swych portfelach amerykańskie aktywa.

Rosnąca inflacja, spowodowana impulsem fiskalnym.
Wzrost stóp procentowych i rentowności obligacji amerykańskich.
Umocnienie dolara na skutek wzrostu stóp procentowych. Coraz tańsze wobec dolara euro sprzyjać będzie eksportowi Unii Europejskiej. Pozostanie otwarta kwestia, czy Stany Zjednoczone nie zareagują restrykcjami wobec importu z Europy.

Wzmocnienie dolara i wzrost inflacji w USA będą działać proinflacyjnie na obszar Unii Europejskiej. W dolarach rozliczany jest import ropy naftowej i gazu oraz niektórych innych surowców.

Niespójność polityki pieniężnej między USA i UE i znaczny wzrost stóp procentowych Stanach Zjednoczonych mogą rykoszetem uderzyć w rynki wschodzące. Wzrost oprocentowania może spowodować nagły odpływ kapitału z krajów, należących do tej grupy. Kryzys zadłużenia w latach 80. XX wieku, a także kryzys w Meksyku w latach 1994-1995 i w Azji Wschodniej 1997-1998 były częściowo wynikiem zmiany polityki pieniężnej USA. Fala kryzysów finansowych na rynkach wschodzących miałaby oczywiste negatywne konsekwencje dla gospodarek Unii Europejskiej. Polska waluta mogłaby się w takiej sytuacji znacząco osłabić.

Podobne negatywne skutki miałoby „twarde lądowanie” gospodarki chińskiej, w wyniku wojny handlowej z USA. Spowolnienie w Chinach wpłynęłoby na rynki surowcowe, powodując między innymi spadki cen węgla i miedzi.

Handel zadrży

Bezpośredni wpływ na światową i europejską gospodarkę będzie miało wprowadzenie ceł i renegocjacja lub wypowiedzenie traktatów handlowych. W konsekwencji mogą ucierpieć wzajemne obroty USA i UE.

Unia Europejska i Stany Zjednoczone są najbardziej rozwiniętymi gospodarczo obszarami współczesnego świata. Łącznie stanowią najbogatszy i najbardziej chłonny rynek w skali globu: wytwarzany przez nie produkt krajowy brutto (PKB) stanowi prawie 46 proc. światowego. Oba te obszary łączyły wspólnie wyznawane wartości, na których opiera się ich ład społeczny i główne zasady polityki gospodarczej – przede wszystkim swoboda prowadzenia działalności gospodarczej i ograniczona ingerencja państwa w gospodarkę.

Polityka Trumpa hamowania globalizacji odbije się na obrotach między obu obszarami odgrodzonymi Atlantykiem. Prezydent nie podjął jeszcze decyzji w sprawie kontynuowania rokowań dotyczących Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-inwestycyjne (TTiP), ale jest prawie pewne, że rozmowy zostaną co najmniej zawieszone.

Według Macieja Cybulskiego, prezesa Polsko-Amerykańskiej Izby Gospodarczej w Warszawie, nie dojdzie do wojny handlowej USA z Unią Europejską, ale potencjalni eksporterzy będą mieli trudniej.

Spadek obrotów handlowych USA-UE odbije się negatywnie na wzroście gospodarczym obu obszarów, ale dla gospodarki europejskiej nie musi to być szokiem. Handel wewnątrzunijny jest dwukrotnie większy niż handel z zewnętrznymi partnerami. Eksport dóbr i usług UE do USA to zaledwie 3,6 proc. unijnego PKB. Dla Stanów Zjednoczonych eksport dóbr i usług do Unii Europejskiej stanowi zaledwie 2,6 proc. PKB.

Dla Stanów Zjednoczonych znaczenie Unii Europejskiej jako partnera handlowego zmniejszy się po wyjściu z Unii Wielkiej Brytanii. Dotychczas Wielka Brytania była drugim, po Niemczech, partnerem handlowym USA. Obroty są zrównoważone (w 2015 roku USA miały deficyt w handlu towarami nieco ponad 2 mld dol.). Natomiast z Niemcami deficyt handlowy wyniósł aż 68 mld dol. Większy deficyt Stany Zjednoczone mają tylko w handlu z Chinami. Jest zatem prawdopodobne, że Niemcy staną się jedną z pierwszych ofiar protekcjonistycznej polityki Trumpa.

W 2016 roku amerykański eksport dóbr do Unii Europejskiej wyniósł 247,4 mld dolarów, zaś import 381,5 mld dolarów. Stany Zjednoczone zanotowały deficyt w wysokości 134,1 mld dolarów. W porównaniu z rokiem 2015 amerykański eksport obniżył się o blisko 10 proc., zaś import o ponad 10 proc. Unia Europejska jest najważniejszym rynkiem zbytu towarów amerykańskich i drugim (po Chinach) dostawcą towarów na rynek amerykański.

Stany Zjednoczone mają natomiast dodatni bilans wymiany usług z Unią Europejską. W 2015 roku wyniósł on 54 mld dolarów. Stany Zjednoczone wyeksportowały do Unii Europejskiej usługi warte 226,8 mld dolarów, a importowały za 172,8 mld dolarów. (dane za U.S. Census Bureau, U.S. Bureau of Economic Analysis, U.S. Department of Commerce).

Według wstępnych danych polskiego Ministerstwa Rozwoju, w okresie od stycznia do listopada 2016 r. wartość polskiego eksportu do USA wyniosła 3 963,6 mln euro, natomiast wartość importu z USA 4 653,9 mln euro. Stany Zjednoczone są na 12 miejscu jako odbiorca polskich towarów i na 8 jako dostawca na polski rynek. Udział eksportu do USA wynosi 2,36 proc. eksportu ogółem, a udział importu z USA – 2,84 proc. importu ogółem.

Wyzwanie amerykańskie

W głośnej przed 50 laty, dziś nieco zapomnianej książce „Wyzwanie amerykańskie” francuski politolog i ekonomista Jean-Jacques Servan-Schreiber uznał, że drugim światowym mocarstwem są amerykańskie korporacje umiejscowione w Europie. Miażdżąca przewaga ponadnarodowych przedsiębiorstw amerykańskich w Europie miała ogromny wpływ na rozwój powojennej Europy. Pozwalała zmniejszyć dystans technologiczny i wpływała też na europejskie regulacje, dotyczące funkcjonowania różnych branż. Stopniowo europejskie korporacje zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę w USA.

Od początku XX w. Europa była głównym miejscem inwestowania amerykańskiego kapitału, a od 1945 r. europejskie inwestycje zagraniczne lokują się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. W latach 2000 – 2013 około 56 proc. amerykańskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych przypadało na Europę – do 2013 r. inwestycje firm amerykańskich w krajach Unii wyniosły 1 bln 652 mld euro, z kolei europejskie firmy zainwestowały w USA 1 bln 687 mld euro.

Przedsiębiorstwa amerykańskie zainwestowały w krajach Unii do tej pory trzy razy więcej niż w całej Azji, a wartość unijnych nakładów za oceanem stanowi ośmiokrotność tego, co UE inwestuje łącznie w Chinach i Indiach.

W Unii Europejskiej obecne są takie amerykańskie banki jak: J.P.Morgan, Citigroup, Morgan Stanley. Są też znane międzynarodowe korporacje niefinansowe, jak: General Electric, Penske Automotive Group, PPL Corporation, PRA Health Sciences, Invesco, Xerox, Ford MotorCopart Inc, CBRE Group Genesee & Wyoming Inc, eBay Inc, Google, Microsoft, Apple.

W Stanach Zjednoczonych swoje zakłady mają między innymi korporacje, których siedziby znajdują się w krajach Unii Europejskiej: Royal Dutch Shell, BP, Volkswagen, Daimler AIG, Siemens, Enel SpA, i kilka europejskich banków, np. Deutsche Bank.

W przemyśle samochodowym cały czas po II wojnie światowej toczyła się rywalizacja: USA – Japonia – Europa. Przez wiele lat numerem jeden w branży był General Motors, ale Ameryka przegrała rywalizację z firmami europejskimi i azjatyckimi.

Dziś amerykańskie firmy przewodzą w branży teleinformatycznej: Apple, Google, Amazon.

Po obu stronach Atlantyku wielkie korporacje muszą dostosowywać się do lokalnych regulacji i przepisów. W ubiegłym roku Apple został ukarany przez Komisję Europejską grzywną w wysokości 13 mld euro za unikanie podatków. Komisja prowadzi też postępowanie przeciwko Google, oskarżając spółkę o praktyki monopolistyczne.

Z kolei unijne spółki, np. BP, Volkswagen, Deutsche Bank zostały ukarane w USA ogromnymi sumami za łamanie przepisów. Ich ekspansja na drugą stronę Atlantyku w dużej mierze zależy od przyjaznego klimatu. Jeżeli dojdzie do zaostrzenia relacji między UE, a USA na skutek polityki nowego prezydenta, ofiarami będą zagraniczne korporacje.

Ręczne sterowanie 

Wypowiedzi Donalda Trumpa dotyczące polityki gospodarczej (i nie tylko) są często niespójne i nie sposób przesądzić, które pomysły będą wprowadzane w życie i z jaką determinacją.

Trump z jednej strony zapowiada deregulację gospodarki i obniżanie podatków, co może przypominać ekonomię podażową z lat 80. Jest zdecydowanym zwolennikiem usunięcia przepisów hamujących wydobycie gazu łupkowego i ropy, i sceptycznie odnosi się do kosztownych programów walki z globalnym ociepleniem. USA stały się największym na świecie producentem ropy i są w stanie kontrolować ceny surowca na światowym rynku.

Relatywnie tania energia to atut gospodarki amerykańskiej, pozwalający przyciągać zagraniczne firmy produkcyjne. Unia Europejska mająca znacznie droższą energię – nie tylko z uwagi na niedobór własnych surowców, lecz przede wszystkim z uwagi na odmienne regulacje – nie jest w stanie w wielu dziedzinach (np. w przemyśle chemicznym) ze Stanami Zjednoczonymi konkurować. Polityka Trumpa pogłębi tę sytuację, choć marzenia prezydenta o stworzeniu w przemyśle tak wielu miejsc pracy, jak to miało miejsce w latach 50. I 60. XX wieku jest nierealne.

Trump, stawiając na deregulacje rynku wewnętrznego krytykuje jednocześnie globalizację, której beneficjentami stało się wiele krajów wschodzących, w tym członkowie UE z Europy środkowowschodniej. Grozi też podjęciem indywidualnych interwencji w stosunku do firm, które nie zastosują się do oczekiwać rządu.

W grudniu ubiegłego roku producent klimatyzatorów i urządzeń grzewczych Carrier Corp. (firma australijska) zrezygnował z planów zamknięcia fabryki w Indianapolis i przeniesienia produkcji do Meksyku po tym, jak Trump zagroził cofnięciem ulg podatkowych i wprowadzeniem wysokich ceł na produktu Carrier eksportowane do USA. Zwolennicy prezydenta uznali to za pierwszy sukces jego polityki reindustrializacji i utrzymania w USA miejsc pracy.

Stany Zjednoczone są zbyt wielkim rynkiem, by światowe korporacje mogły sobie pozwolić na ich zlekceważenie. Podniesienie ceł może zmusić zagraniczne korporacje do inwestowania w Stanach, by mieć dostęp do tamtejszego rynku. Według agencji Reuters inwestycje w Stanach Zjednoczonych zapowiedział koreański Samsung, który w Austin w Teksasie już zainwestował 17 mld dolarów. Trump podziękował koreańskiej korporacji za inwestycje na twitterze. Inna koreańska firma LG Elektronics rozważa inwestycje w stanie Tennessee.

Jeśli Trump podejmie poważną krucjatę przeciwko globalizacji, doprowadzając do sparaliżowania Światowej Organizacji Handlu, będzie to miało ogromny wpływ na kondycję europejskiej gospodarki. Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że deregulacja przyniesie ożywienie w USA i inne kraje podążą tą samą drogą, wracając do liberalnych zasad gospodarowania.

Rozważam sprzeczne scenariusz trumponomiki, bo 45. prezydent Stanów Zjednoczonych po miesiącu urzędowania wciąż jest niewiadomą.

Autor: Witold Gadomski