Czy ja też? Oczywiście, że #MeToo, co nikogo już nie dziwi ani nie wstrząsa w obliczu tsunami kobiecych wyznań w internecie. Dla tych, co jeszcze nie słyszeli: #MeToo to hashtag, jaki – za namową aktorki Alyssy Milano wstrząśniętej doniesieniami o licznych gwałtach hollywoodzkiego magnata Harveya Weinsteina – umieszczają w mediach społecznościowych kobiety, które doświadczyły jakiejkolwiek formy molestowania seksualnego. Skala zjawiska okazała się szaleńcza. Miliony kobiet ujawniły, że je molestowano, na profilach prywatnych i publicznych, czasem pisząc o swojej historii, częściej po prostu oświadczając, że „one też”. Wśród nich aktorki, działaczki polityczne, pracownice uniwersytetów, celebrytki, intelektualistki, dziennikarki. Amerykanki, Polki, Rosjanki, Szwedki i Nigeryjki. Wygląda na to, że przemoc seksualna jest wszędzie, nawet w najbardziej hermetycznych enklawach progresywno-liberalnych, takich jak zachodni przemysł filmowy czy północnoamerykańskie uczelnie.

Karolina Lewestam

Karolina Lewestam

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

A więc #JaTeż, i #TyTeż, i #OneTakże. Szok. Ale po szoku przyszły opinie. Dla jednych akcja jest długo wyczekiwaną rewolucją, która może sprawiedliwiej rozdać karty w wojnie płci. Dla innych to hucpa i nadwrażliwość, która nie przysłuży się sprawie faktycznie molestowanych kobiet, a wręcz jej zaszkodzi. Kto ma rację? Rzecz łatwa nie jest. Przyjrzyjmy się wspólnie różnym racjom.

Rewolucja pod miotłą

Co miała w założeniu przynieść akcja #MeToo? Pokazać skalę problemu, przekonać molestowane kobiety, że nie są same. To się na pewno udało – jest nas wiele milionów, a to tylko w samych mediach społecznościowych, gdzie przecież nie każda odważyła się ujawnić. Jednak słowem kluczem, które wybrzmiewało najczęściej w kontekście akcji, było „empowerment”. Może i Polacy nie gęsi, ale takiego słowa akurat nie mają – oznacza ono umocnienie, polepszenie pozycji, zastrzyk mocy, społeczny awans, zwiększenie kontroli. Żadne z tych tłumaczeń jednak nie oddaje dobrze emocji, jakie to słowo wyraża. Empowerment w USA to najczęściej nie tyle zwykłe umocnienie, ile mitologiczne powstanie z duchowych popiołów, psychologiczno-społeczna wersja American Dream. W oryginalnym amerykańskim śnie awans był ekonomiczny – zaczynałeś od łachmanów, by skończyć w bogactwach; w tym nowym śnie startujesz jako mysz pod miotłą, którą inni zamiotą, gdzie im się podoba, a kończysz jako akceptujący siebie pan swojego losu, który nie boi się już sam sięgać po drążek miotły i metaforycznie zamiatać innymi myszami. Czy akcja #MeToo naprawdę przyniosła kobietom spodziewany empowerment?

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej

O co chodzi w akcji #MeToo?